Zamojszczyzna 2014 – dzień piąty

niedziela, 31 Sierpień 2014

Na ostatni dzień mojego pobytu na Zamojszczyźnie zaplanowałem sobie wycieczkę do Bełżca. W planach miałem także, o ile będzie taka możliwość, odwiedzenie Zwierzyńca, do którego jakoś dotąd nie było mi po drodze. Do Bełżca zaplanowałem sobie przejazd pociągiem, a potem ewentualnie pociągiem przejazd do Zwierzyńca i powrót do Zamościa autobusem tak, żeby zdążyć jeszcze na autobus do domu.

W zderzeniu z rzeczywistością komunikacyjną Lubelszczyzny moje założenia niestety musiały ulec zmianie. Po części też dlatego, że późno się zebrałem na wycieczkę do Bełżca. Tyle, że to akurat było zaplanowane. Mogłem jechać pociągiem z samego rana, gdzieś około 8.00 albo w południe. Wybrałem tę drugą opcję, żeby zbyt rano nie wstawać i nie pakować się w pośpiechu. To niestety oznaczało, że starczy mi czasu tylko na dojazd do Bełżca, zwiedzanie i powrót do Zamościa z nawet sporą zakładką czasową, która jednak nie wystarczyłaby na wizytę w Zwierzyńcu. Przynajmniej na tyle długą, żeby w ogóle był sens wysiadać z pociągu.

W związku z powyższym spokojnie zjadłem śniadanie w hostelu, spakowałem się, oddałem klucze i podziękowałem za miłe przyjęcie. Do dworca PKP miałem chyba nawet mniej niż pięć minut drogi, więc wyszedłem praktycznie tuż przed końcem doby hotelowej, czyli przed południem. Współpasażerów miałem dość liczną grupę. Wiele osób z rowerami. Pociąg jechał do Jarosławia i nawet tam kilka osób z Zamościa się wybierało. Ja, zgodnie z planem, kupiłem bilet do Bełżca.

Jechałem nieco ponad godzinę. Na miejscu chciałem przede wszystkim zwiedzić teren byłego obozu zagłady, ale ze stacji PKP nie było żadnych drogowskazów w tamtym kierunku. Jak się później okazało, miałem to miejsce oznaczone na mapie w odbiorniku GPS, ale jakoś w pierwszym podejściu nie znalazłem go i ruszyłem najpierw w kierunku cmentarza z I wojny światowej. Żeby jednak coś zobaczyć. Jednak mniej więcej w połowie drogi znalazłem to, czego szukałem na mapie w odbiorniku GPS. Zawróciłem więc, bo chciałem jak najwięcej czasu poświęcić na zwiedzanie obozu.

Doszedłem do niego bardzo okrężną drogą. Kiedy już się znalazłem na miejscu, okazało się, że dużo szybciej i łatwiej doszedłbym wzdłuż głównej drogi, która przebiega przez Bełżec. Ale z mojej mapy to nie wynikało. Przez co do wejścia dotarłem od tyłu. Przy wejściu uwieczniłem na zdjęciu napis.

Bełżec - napis przy wejściu

Bełżec – napis przy wejściu

Ten napis jest tam umieszczony w trzech językach: po polsku, po angielsku i po hebrajsku. Z tym, że z tym ostatnim językiem niektórzy mają problem, co stwierdziłem, kiedy wychodząc już z terenu obozu słyszałem, ja jedna starsza pani rzuciła do drugiej, że to „po żydowsku”. Miałem ochotę rzucić ciętą ripostę, że „po żydowsku” to może być najwyżej karp, a to jest po hebrajsku, ale uznałem, że szkoda czasu. Moja nauka i tak poszłaby w las.

Po wejściu na teren byłego obozu najpierw wszedłem do budynku muzeum. Po części także dlatego, że zbierało się na deszcz. I dobrze, że tak zrobiłem, bo mogłem obejrzeć wystawę w muzeum bez pośpiechu. Kilka rzeczy zrobiło na mnie spore wrażenie, ale chyba największe ta gablota z kluczami wykopanymi podczas prac archeologicznych. Kluczami, z których może niektóre jeszcze dziś pasowałyby do jakichś zamków…

Muzeum w Bełżcu - gablota z kluczami

Muzeum w Bełżcu – gablota z kluczami

Po wyjściu z muzeum skonstatowałem z satysfakcją, że pogoda się poprawiła i mogę zwiedzić teren obozu w zdecydowanie bardziej sprzyjających okolicznościach. Zwiedzanie, ze względu na formę, jaką nadano temu miejscu, ograniczyło się do obejścia terenu samego obozu po betonowej alei, która raz wspina się w górę, raz opada w dół. Na każdym jej fragmencie znajdują się nazwy miejscowości, skąd pochodziły ofiary obozu. Napisy są w dwóch językach.

Bełżec - fragment alei

Bełżec – fragment alei

Sam teren okolony tą betonową aleją pamięci wygląda tak, jak na zdjęciu poniżej. Taki był zamysł architekta, bo teren obozu po wojnie był po prostu nieużytkiem z nielicznymi może śladami po budynkach obozowych. Sami Niemcy jeszcze w czasie wojny zadbali o ukrycie tego miejsca i zatarcie śladów. Muzeum na tym miejscu powstało dopiero około 10 lat temu.

Bełżec - widok terenu byłego obozu

Bełżec – widok terenu byłego obozu

Mniej więcej w miejscu, gdzie stała komora gazowa, w której mordowano więźniów (zwykle zanim jeszcze stali się właściwie więźniami), betonowa aleja zamienia się w schody, które prowadzą w dół. Tam można wśród wysokich ścian znaleźć między innymi tablicę z imionami ofiar zamordowanych w Bełżcu.

Bełżec - tablica z imionami

Bełżec – tablica z imionami

Pomyliłby się jednak ktoś, kto założyłby, że po prostu wzięto jakiś imiennik i po prostu je wykuto z niego imiona jak leci. Trzeba by wziąć do tego przynajmniej wszystkie imiona polskie, żydowskie, niemieckie i czeskie, a pewnie i z innych języków. Tymczasem nie wszystkie imiona tam są. Ja na przykład jednego nie znalazłem. Znalazłem za to swoje.

Bełżec - fragment tablicy z imionami

Bełżec – fragment tablicy z imionami

Do miejsca tego prowadzi też środkiem terenu płaska aleja wyłożona kamiennym brukiem. Zrobiłem jej zdjęcie z obu stron. I od strony tej „studni” jaką tworzy podnoszący się teren i od strony jej początku, gdzie nie robi tak dużego wrażenia. Zdecydowałem, że zamieszczę to pierwsze zdjęcie, chociaż robione było pod słońce. Ale może dlatego wyszło, według mnie, ciekawsze i lepiej oddające klimat.

Bełżec - mauzoleum

Bełżec – mauzoleum

Miałem w opisie tego zdjęcia dodać określenie „aleja śmierci”, ale nie wiem, czy taka nazwa funkcjonuje. A sam się na nadanie takiej nazwy nie poważę.

Po zwiedzeniu muzeum i mauzoleum wróciłem na stację PKP w Bełżcu, gdzie wkrótce nadjechał pociąg do Zamościa. Znów się zdziwiłem, bo jechało nim sporo osób i sporo osób jeszcze do niego wsiadło. Myślę, że częściowym wyjaśnienie tego jest fakt, że pociągiem tym większość osób zamierzała dojechać do Lublina. Moje przypuszczenia okazały się trafne, bo na ostatniej stacji przed samym Zamościem, czyli w Zawadzie, konduktor oznajmił, że osoby, które jadą do Lublina proszone są o przesiadkę do pociągu stojącego przy drugiej krawędzi peronu. Przesiedli prawie wszyscy.

Po dojechaniu do Zamościa ruszyłem w stronę dworca PKS, choć miałem jeszcze sporo czasu. Tuż za dworcem zaczepiła mnie dwójka młodych (znaczy młodszych sporo ode mnie) turystów. Właściwie to zaczepił mnie turysta z dziewczyną, bo to on zadawał pytania. Spytał najpierw, czy wiem, jak dostać się do Starego Miasta. Odpowiedziałem, że owszem i wskazałem azymut. Nie bawiłem się w szczegółowe opisywanie trasy, bo cel praktycznie było widać. Potem zapytał mnie jeszcze, czy nie wiem może, jak dojść do dworca PKS. Odpowiedziałem również twierdząco dodając, że właśnie tam idę. Powiedziałem też, że najlepiej przejść skrajem starego miasta i przyjąwszy kierunek drogi, jaki skraj ten wyznacza, iść przed siebie aż do „nowoczesnego kościoła z dziwną wieżą”, jak go nazwałem naprędce nie znajdując lepszego określenia. Miałem na myśli to, że ma on ażurową kopułę, ale słowa te przyszły mi do głowy później.

Po moich wyjaśnieniach dziewczyna towarzysząca zainteresowanemu turyście rzuciła tonem, który uznałem za nieco zaczepny, że nie pójdą skrajem, ale środkiem Starego Miasta. Nie odpowiedziałem, ale pomyślałem sobie, że dziewczątko pewnie nie wie, że w takiej sytuacji nasze marszruty przebiegną równolegle, a dzielić je będzie może nawet nie sto metrów. Pomyślałem o tym z rozbawieniem, kiedy idąc drogą, o której wspominałem, nacieszyłem jeszcze oko widokiem zamojskiego ratusza i rynku nie zbaczając wcale z trasy.

Na dworzec PKS przyszedłem z dużym wyprzedzeniem, więc posiliłem się i czekałem na autobus. Jakąś godzinę po mnie dotarli wspomniani wyżej turyści, którzy pewnie spędzili pewnie trochę czasu na starówce. Okazało się, że jechali tym samym autobusem, co ja. Chociaż nie wiem, gdzie, bo bilety mieli już kupione. Tym samym autobusem wracał też ze mną dziadek zagadywacz z żoną, którego spotkałem na dworcu jadąc kilka dni wcześniej do Zamościa. Ale chyba mnie nie poznał. Może dopiero na miejscu przy wysiadaniu.

Podróż minęła szybko i nieuciążliwie. Usiadła koło mnie starsza pani jadąca do samego końca, czyli do Ustki. Na szczęście nie była nadmiernie chętna do nawiązywania rozmowy. Udało mi się też uniknąć przykrej sytuacji, jaka spotkała dwójkę pasażerów w Warszawie. Wyszli oni do ubikacji, a po powrocie okazało się, że ktoś zajął ich miejsca. A to dlatego, że na bilecie były numery tych właśnie miejsc. Nie rozumiem takich ludzi. Autobus to nie kino. Miejsca zajmuje się, jak leci, nawet jeśli są jakieś numery na bilecie. Numery są dlatego, że by nie sprzedać biletów więcej niż miejsc w autobusie. Zresztą ja jak kupuję bilet przez internet, to miejsca na nim nie ma i co wtedy? Może mam zająć jedyne nienumerowane miejsce – fotel kierowcy? Albo czekać aż się łaskawie usadowią ci z numerami? Zwykle takich problemów nie ma, ale czasem trafi się ktoś taki, że on czy ona musi siedzieć na tym miejscu, które wskazuje bilet. I czasem kierowca potrafi takich pasażerów spacyfikować, ale czasem nie i są z tego kwasy.

Zamojszczyzna 2014 – dzień czwarty

czwartek, 28 Sierpień 2014

Na sobotę, 16 sierpnia, zaplanowałem sobie podczas cyklu zwiedzania Zamojszczyzny odwiedzenie Hrubieszowa. Tak przy okazji napiszę, że dziwnym trafem kiedy piszę na klawiaturze słowo „Hrubieszów”, to w większości przypadków wychodzi „Grubieszów”. Fakt, że na klawiaturze litery g oraz h są obok siebie. Ale warto dodać, że na przykład w języku ukraińskim literę Г czyta się jako h, a w rosyjskim jako g. Stąd Hrubieszów po ukraińsku to Грубешів, co ktoś mógłby przeczytać z rosyjska właśnie jako Grubiesziw.

Wspomniałem o języku ukraińskim, bo Hrubieszów leży niemal na granicą z Ukrainą (jest najdalej na wschód wysuniętym miastem Polski) i wpływy języka ukraińskiego na tym terenie na pewno są znaczne. Zresztą sam dopiero niedawno wydedukowałem, że słowo Galicja pochodzi od miasta Halicz, który po ukraińsku nazywa się Галич, co znów odczytując z rosyjska można wziąć za Galicz. Wikipedia częściowo moje przypuszczenia potwierdza, choć tam niekonsekwentnie napisane jest najpierw na początku, że Halicz po łacinie to Halicia, a potem w tekście, że Galicia i stąd nazwa krainy. Poprawiać nie będę, bo na łacinie się nie znam, ale niezależnie od wersji trop okazał się właściwy.

Ale wróćmy do Hrubieszowa. A raczej się dopiero do niego wybierzmy. Ja się do niego nie śpieszyłem podobnie jak dzień wcześniej do Tomaszowa Lubelskiego. Przyszedłem sobie około południa z hostelu na parking dla busów po niezbyt długim oczekiwaniu jechałem już do Hrubieszowa. Na miejscu, podobnie jak dzień wcześniej, chciałem sprawdzić, o której mam kurs powrotny. Znów nie było to łatwe ze względu na mnogość połączeń różnych firm przewozowych, z których każda reklamowała się inaczej i miała inaczej opisany rozkład jazdy. W końcu jednak znalazłem jakiś kurs i żeby to uczcić przeszedłem się kawałek do ławki nieopodal marketu „Stokrotka”.

Posiliłem się przed ruszeniem na miasto, po czym rzuciłem okiem na mapę w odbiorniku GPS. Szczególnie pomocna nie była, ale pomogła mi przynajmniej zdecydować się, jaki kierunek marszu obrać. Skierowałem się więc tam, gdzie spodziewałem się centrum. Po drodze wszedłem na chwilę do apteki kupić sobie kompresy. Kiedy wychodziłem, nad miasto nasuwała się już gruba, ciemna chmura, która nie wróżyła nic dobrego i wydawała złowrogie pomruki.

Po kolejnym rzucie oka na odbiornik GPS postanowiłem się skierować do sanktuarium Matki Boskiej Sokalskiej, czyli do kościoła pw. św. Stanisława Kostki. Szedłem tam dość szybkim krokiem licząc na to, że deszcz nie zdąży mnie zmoczyć nim dotrę do celu. Kiedy byłem już całkiem niedaleko, na ostatniej prostej, zauważyłem sporego kota z puszystym ogonem, który wylegiwał się na chodniku przed jedną z posesji. Miałem nawet ochotę podejść i sprawdzić, czy jest z tych, które dają się pogłaskać, ale nadciągający deszcz mnie do tego zniechęcił. „Pokiciałem” tylko trochę, ale kotu nawet ogon nie drgnął. Pomyślałem, że pewnie głuchy i poszedłem do kościoła, bo już zaczęło kropić.

W kościele czekały na mnie dwie niespodzianki. Pierwszą było to, że mogłem sobie normalnie wejść do środka, a nie tylko posiedzieć w kruchcie. Sprawa się dość szybko wyjaśniła za sprawą tabliczki stojącej przed prezbiterium. Uwieczniłem ją na fotografii, bo taka była ładna i… z takim bykiem… I to była ta druga niespodzianka.

Sanktuarium w Hrubieszowie - tabliczka

Sanktuarium w Hrubieszowie – tabliczka

Natomiast samym wnętrzem kościoła specjalnie się nie zachwyciłem. Wzrok przyciągał, zwłaszcza w panującym półmroku, dość jasno oświetlony obraz wspomnianej wyżej Matki Boskiej Sokalskiej. Nie mam do takich artefaktów jakiegoś szczególnego nabożeństwa, co nie powinno dziwić u ateisty. Ale ponieważ tak się ładnie odcinał od ciemnego wnętrza kościoła, więc zrobiłem mu zdjęcie na pamiątkę. Nie wyszło zbyt ostre, bo aparat mam amatorski, a do tego ustawiłem wysoką czułość, co zaowocowało długim czasem ekspozycji. No ale nikt nie będzie z tego zdjęcia pocztówek robił.

Matka Boska Sokalska

Matka Boska Sokalska

Kościół co prawda szczególnie piękny nie był, ale okazał się użyteczny. Mogłem sobie w spokoju przeczekać deszcz, który na szczęście okazał się przelotny, choć intensywny. Kiedy po nim wyszedłem, po „głuchym” kocie nie było śladu. Może był głuchy, ale najwyraźniej nie głupi. Co zabawne, idąc dalej tą ulicą, która prowadziła od kościoła do centrum miasta natknąłem się na kolejnego kota, który stał w pozie „U drzwi Twoich stoję, Panie, czekam na Twe zmiłowanie„. Kiedy przechodziłem dosłownie metr od niego, przebierał nogami, jakby mu się sikać chciało albo jakby rozważał, czy lepiej przede mną czmychnąć czy jeszcze chwilę poczekać, bo może drzwi się otworzą. Poszedłem dalej nie próbując go zaczepiać, żeby mu poziomu stresu nie podnosić.

Pora była już bliska tego, żeby się kierować z powrotem na przystanek busów i jechać do Zamościa. Ale rozczarowany sanktuarium postanowiłem odwiedzić jeszcze dwa przybytki religijne w Hrubieszowie: kościół pw. św. Mikołaja i mieszczącą się po sąsiedzku cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Niekoniecznie była to dobra decyzja, bo ze względu na niewielki zapas czasu obie świątynie zobaczyłem tylko z zewnątrz. Na dodatek cerkiew była akurat w remoncie. Dlatego na zdjęciu, na którym ją uwieczniłem, widać przede wszystkim rusztowania, płot i drzewa zasłaniające tą bardzo piękną budowlę.

Hrubieszów - Cerkiew Zaśnięcia NMP

Hrubieszów – Cerkiew Zaśnięcia NMP

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że remoncie jej uroda będzie odpowiednio wyeksponowana.

Po zrobieniu tego zdjęcia szybkim krokiem ruszyłem na przystanek. Dotarłem na czas, a nawet jeszcze kilka minut poczekałem na odjazd. W Zamościu, gdzie pogoda była ładna w przeciwieństwie do Hrubieszowa w chwili wyjazdu, poszedłem do Kauflandu zrobić sobie zakupy na ten dzień i następny, którego miałem zaplanowany powrót. Ale ponieważ powrót zaplanowałem wieczorem, więc miało sporo czasu do dyspozycji. Jak go wykorzystałem, o tym w następnej notce.

Kolejnym obiektem, który chciałem zobaczyć w Tomaszowie Lubelskim był cmentarz żydowski. Sprawdziłem na planie miasta, jak do niego dojść i ruszyłem w jego kierunku. Mogłem tam dojść na różne sposoby, ale na szczęście wybrałem akurat taką drogę, która pozwoliła mi zobaczyć obiekt, który o mały włos bym ominął, a tymczasem był to ze wszystkich zabytkowych budynków ten najbardziej wart obejrzenia i odwiedzenia.

Mam na myśli drewniany kościół pw. Zwiastowania NMP. Zobaczyłem ten kościół, kiedy już miałem skręcić w przeciwną do niego stronę. Odłożyłem więc na później wizytę na kirkucie i poszedłem obejrzeć kościół. Było co oglądać. Drewniane kościoły nie są w Polsce zbyt liczne, a mają swój urok. Zwykle są one niezbyt duże, a ten, ze wszystkich, które dotąd miałem okazję na żywo oglądać, jest największy. Obszedłem go dookoła, przeszedłem też kawałek drogi krzyżowej znajdującej się na przyległym terenie, po czym wszedłem do środka. Posiedziałem tam przez chwilę wdychając powietrze przesycone specyficznym zapachem drewna. Obejrzałem konstrukcję, zdobienia, wyposażenie. Zrobiłem kilka zdjęć na zewnątrz. Jedno z nich zamieszczone jest poniżej.

Kościół pw. Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim

Kościół pw. Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim

Nacieszywszy się widokiem tej drewnianej świątyni i towarzyszącej jej drewnianej dzwonnicy ruszyłem dalej obejrzeć ostatni obiekt na mojej krótkiej liście.

Cmentarz znalazłem bez kłopotu i, co ważne po moich doświadczeniach ze Szczebrzeszyna, nie był to tym razem zarośnięty trawą po pas spłacheć zapuszczonej łąki. Robił zdecydowanie lepsze wrażenie od szczebrzeszyńskiego kirkutu, ale tamten miał w stosunku do tego tomaszowskiego jedną przewagę – na tamten można było wejść. W Tomaszowie wejście było zamknięte na klucz. Klucz, o czym głosiła kartka, można było wziąć od jednej z mieszkanek, ale ja niestety nie miałem już tyle czasu, żeby peregrynować do pani pełniącej rolę klucznika. Zadowoliłem się więc obejrzeniem cmentarza zza bramy. Przy okazji zauważyłem i uwieczniłem dość poważny błąd na pomniku poświęconym tomaszowskim żydom. Widać go na poniższym zdjęciu. Napis głosi „Ś.P. ŻYDZI TOMASZOWA”. Nie jestem specjalistą od żydowskiej religii czy nekropolii, ale to jedno wiem. Na żydowskich grobach nie pisze się o zmarłych per „świętej pamięci”, ale „błogosławionej pamięci”. Niby drobiazg, ale dla mnie to zgrzyt. Nadgorliwi katolicy napisali po swojemu. Ja uważam, że powinno się uszanować tradycję tych, których pamięć chce się uhonorować. Zdjęcie na dowód poniżej.

Cmentarz żydowski w Tomaszowie Lubelskim

Cmentarz żydowski w Tomaszowie Lubelskim

Obejrzawszy cmentarz skierowałem się na dworzec PKS. Tam usiadłszy sobie na ławce skonsumowałem kabanosy zagryzając chlebem, co miało mi zastąpić obiad. Najadłem się tym niezbyt wyszukanym posiłkiem. Do Zamościa wróciłem PKS-em, ale nie autobusem, tylko busem, bo taki mały pojazd został podstawiony przez PKS Tomaszów.

Po powrocie do Zamościa zastanawiałem się, czy wzorem dwóch poprzednich dni nie iść na rynek, ale byłem zmęczony i chciałem trochę odpocząć. Pomyślałem, że może najpierw się trochę prześpię, a potem pójdę na rynek. Jednak po dojściu do hostelu odeszła mi ochota na powrót na starówkę. Zamiast tego wziąłem prysznic i włączyłem sobie telewizor. Pooglądałem trochę telewizję, po czym poszedłem spać, bo oczywiście na kolejny dzień miałem znów w planach wycieczkę. Tym razem do Hrubieszowa. I uznałem, że dobrze będzie się wyspać.

Trzeciego dnia mojego pobytu w Zamościu planowałem wybrać się do Tomaszowa Lubelskiego. I tak też zrobiłem z tą drobną różnicą, że planowałem wyjechać PKS-em o zaplanowanej godzinie, ale ostatecznie pojechałem busem. Na PKS po prostu nie zdążyłem. Zdążyć zresztą nawet nie próbowałem, bo jakoś wyjątkowo słabo się tego dnia zbierałem. A  autobus miałem zdecydowanie zbyt rano jak na dzień świąteczny.

Zdecydowałem się więc pójść na żywioł. Spokojnie sobie wstałem (przyznaję, dość późno), zjadłem śniadanie bez pośpiechu i poszedłem na parking-dworzec przy ulic Gminnej, skąd odjeżdżają busy. Nie musiałem nawet długo czekać, bo niecałe pół godziny. Czas oczekiwania umilałem sobie lekturą „Gazety Wyborczej”, którą kupiłem dzień wcześniej. Zaskakujące jest dla mnie to, że po kilku latach od porzucenia lektury tej gazety w wersji papierowej, na nowo w tym zasmakowałem. Jednak czytanie na papierze jest przyjemniejsze niż na ekranie.

W drodze do Tomaszowa mieliśmy krótki pozaplanowy przystanek. Kierowca, który nas wiózł podjechał na chwilę do siebie do domu zmienić koszulę i wziąć drugą jeszcze na zmianę. Tłumaczył, że jedzie dziś jeszcze do Warszawy, gdzie nocuje i nie będzie miał już okazji wziąć świeżych ubrań. Wszyscy pasażerowie, łącznie ze mną przyjęli to ze zrozumieniem. Zwłaszcza, że człowiek bardzo szybko się uwinął.

Po dojechaniu na miejsce próbowałem się zorientować, o której będę miał jakiś transport z powrotem, co nie było łatwe. Rozkłady jazdy w różnej formie, o różnej czytelności i przejrzystości znajdowały się w kilku miejscach wokół placu postojowego. Na dodatek były dość skromnie objaśnione. No bo na przykład czy bus, który jeździ od poniedziałku do piątku, przyjedzie w taki dzień jak 15 sierpnia – i piątek i święto? Niby powinien, choć od poniedziałku do piątku jeździ dlatego, że są to zwykle dni robocze. W każdym razie w końcu coś znalazłem i ruszyłem w stronę centrum miasteczka.

Nie uszedłem daleko, kiedy zobaczyłem dworzec PKS. Budynek był spory, niewiele ustępował temu w Zamościu, a ponieważ plac przed nim pełnił jednocześnie najwyraźniej funkcję zajezdni, było na nim ze dwadzieścia autobusów. Tutaj też przyjrzałem się godzinom kursów. I znalazłem jeden pewniejszy. Tym zdecydowałem się wrócić.

Znów ruszyłem w stronę centrum, gdzie najwyraźniej odbywał się jakiś piknik z okazji święta. Była scena, było trochę kramów i spora grupka widzów. Na scenie zaś produkowała się miejscowa orkiestra dęta z wiązanką pieśni patriotycznych. Ponieważ mieli solistę, który, jak na moje ucho, miał niezły głos i nie gorszy słuch, więc postałem chwilę i posłuchałem kilku utworów. Zrobiłem nawet kilka zdjęć. Niestety, na jednym mam całą orkiestrę, na innym wokalistów, a na jeszcze jednym baner z nazwą imprezy. Wszystkich tutaj nie wrzucę, więc zamieszczam to z orkiestrą.

Tomaszowski Jarmark Ordynacki

Tomaszowski Jarmark Ordynacki

Posłuchawszy trochę muzyki postanowiłem ruszyć dalej na zwiedzanie miasta. Najbliżej miałem do budynku, który obecnie mieści szkołę muzyczną, a wcześniej był ratuszem lub siedzibą straży pożarnej. Niestety, nie mam jasności, czy mieściły się tam obie instytucje, oczywiście nie w jednym czasie, tylko jedna z nich, bo źródła, z których korzystałem, piszą raz o jednym innym razem o drugim. Ale mniejsza o to. Budynek tak czy inaczej wart był uwiecznienia, co też zrobiłem.

Tomaszów Lubelski - siedziba szkoły muzycznej

Tomaszów Lubelski – siedziba szkoły muzycznej

Tuż obok znajdowały się jeszcze dwa warte uwagi budynki. Pierwszy z nich to cerkiew prawosławna pod bardzo sympatycznym wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy. Cerkiew jest najwyraźniej w trakcie renowacji i żałuję, że nie mogłem jej obejrzeć po zakończeniu prac, które pewnie jeszcze trochę potrwają. Ale nawet na tym etapie prezentuje się bardzo ładnie. Poniżej jedno ze zdjęć, na których ją uwieczniłem.

Cerkiew pw. św. Mikołaja Cudotwórcy - Tomaszów Lubelski

Cerkiew pw. św. Mikołaja Cudotwórcy – Tomaszów Lubelski

Obejrzawszy ją od zewnątrz zajrzałem do środka. Do samego środka nie wszedłem, choć byłaby taka możliwość. Na kracie oddzielającej kruchtę od wnętrza świątyni wisiała kartka z informacją, że w celu zwiedzenia cerkwi należy się skontaktować z księdzem (tj. popem). Niestety, podana też była godzina, po której można się kontaktować akurat tego dnia (na dodatkowej kartce) i była to godzina, która dla mnie była już zbyt późna. Dlatego zadowoliłem się zrobieniem kilku zdjęć wnętrza zza kraty, z których jedno jest poniżej. Zanim wyszedłem, wziąłem jedyną palącą się jeszcze świecę woskową pozostawioną przez kogoś z wiernych i odpaliłem pozostałe, które najwyraźniej wcześniej zgasły z powodu przeciągu.

Cerkiew - wnętrze

Cerkiew – wnętrze

Po wyjściu z cerkwi skierowałem się jeszcze raz na rynek czy też to miejsce, które za rynek wziąłem. Uwieczniłem tam na zdjęciu budynek drewnianej herbaciarni, ale żeby nie przeładowywać tej notki zdjęciami, nie umieszczam już tutaj tej fotki. Zresztą nie oddaje uroku tego budynku, bo widać na niej tylko jedną elewację. Na rynku tymczasem znalazłem mapkę miejscowości z zaznaczonymi ciekawymi obiektami. Postanowiłem odwiedzić jeszcze jeden, ale o tym będzie już w kolejnej notce.

Po obejrzeniu kościoła pw. św. Jerzego poszedłem odwiedzić kościół pod wezwaniem Trójcy Świętej i Wniebowzięcia NMP. Swoją drogą zastanawiam się, kto wymyśla takie barokowe wezwania dla kościołów? Sam kościół prezentował się całkiem ładnie. Widać to zresztą na zdjęciu poniżej, które mu zrobiłem.

Kościół pw. Trójcy Świętej i Wniebowzięcia NMP w Biłgoraju

Kościół pw. Trójcy Świętej i Wniebowzięcia NMP w Biłgoraju

Obejrzałem go nie tylko z dystansu. Obejrzałem go z bliska i wszedłem do środka na tyle, na ile się dało. A dało się tylko wejść do przeszklonych drzwi, zza których można sobie było obejrzeć wnętrze. Zza drzwi nie wyglądało aż tak ciekawie, więc poczytałem sobie trochę o historii budynku i zawróciłem.

Na mapie w GPS-ie miałem zaznaczony jeszcze jeden kościół, który zdecydowałem się odwiedzić. Tym razem było to sanktuarium św. Marii Magdaleny. Mieści się ono niemal po drugiej stronie miasteczka, jeśli za środek wziąć okolice dworca PKS, a za pierwszy koniec opisany powyżej kościół. Za to lokalizację ma bardzo dobrą, bo stoi na wzgórzu na skrzyżowaniu trzech ważnych dróg przebiegających przez Biłgoraj.

Szedłem do niego nieco się już śpiesząc, bo zbliżała się godzina odjazdu mojego autobusu powrotnego do Zamościa, a nie chciałem spędzić w Biłgoraju kolejnej godziny czy dwóch czekając na kolejny. Poza tym zaczęła się psuć pogoda i kiedy już dochodziłem do kościoła, zaczęło padać. Co prawda opad był niewielki, ale jednak dodatkowo zmobilizował mnie, żeby się uwinąć. Dlatego zrobiłem tylko zdjęcie z zewnątrz zakładając, że do środka i tak nie wejdę dalej niż do jakichś kolejnych drzwi z szybkami. Zdjęcie to znajduje się poniżej.

Sanktuarium św. Marii Magdaleny w Biłgoraju

Sanktuarium św. Marii Magdaleny w Biłgoraju

Kościół, jak widać, niczego sobie. Wcześniej był częścią zespołu klasztoru franciszkańskiego, ale klasztor został skasowany jeszcze zanim wybudowano obecny kościół, który jest którymś z kolei w tym miejscu. Wcześniejsze kościoły padały ofiarami pożarów. Swoją drogą zawsze mnie to dziwi, że różni bogowie nie dbają o miejsca, w których wierni oddają im cześć. Dla mnie to jest argument za tym, że tych bogów po prostu nie ma. Ewentualnie, że te świątynie nie są tym bogom na nic potrzebne. Potrzebują ich jedynie ludzie.

Ale wracając do mojej wycieczki po Biłgoraju, dużo ładniejszy obiekt, choć zdecydowanie mniejszy, uwieczniłem tuż przy ww. sanktuarium. Piękna, błyszcząca jeszcze jak nowa cerkiewka. Będą w Biłgoraju nie wiedziałem, pod jakim jest wezwaniem. Teraz przeczytałem w Wikipedii, że jej patronem jest św. Jerzy. Robi wrażenie.

Cerkiew pw. św. Jerzego w Biłgoraju

Cerkiew pw. św. Jerzego w Biłgoraju

Po obejrzeniu dwóch wyżej wspomnianych świątyń ruszyłem na dworze, żeby wrócić do Zamościa. Zanim napiszę, co robiłem po powrocie, mała dygresja związana z Biłgorajem. Przede wszystkim z miastem tym związanych jest całkiem sporo mniej lub bardziej znanych ludzi. Na przykład mój obecny szef, ten najważniejszy, urodził się w Biłgoraju. Podobnie jak Janusz Palikot. Również znani pisarze, bracia Singerowie – Isaac Bashevis i Israel Joshua są związany z tym miastem, chociaż urodził się w nim tylko ten, drugi, starszy. Młodszy, noblista, w mieście tym mieszkał. Ostatnim biłgorajskim akcentem, jaki tu zamieszczę, jest teledysk do utworu „Piejo kury, piejo” Grzegorza Ciechowskiego. Jest tam taki fragment „oj, ładna to jest ładna, biłgorajsko nuta”. Dziwne tylko, że w teledysku wykorzystano stroje łowickie. Gdzie Łowicz, gdzie Biłgoraj?


Wróćmy jednak do Zamościa, gdzie wróciłem z Biłgoraja. Ponieważ dzień był jeszcze młody, zdecydowałem się zajrzeć na rynek. Usiadłem sobie w tym samym ogródku kawiarnianym co poprzedniego dnia. Zamówiłem jednak tym razem pieczone jabłko z miodem i cynamonem. Ponieważ trochę zmarłem i obawiałem się, że mogę się zaziębić, wziąłem też herbatę z rumem zamiast kawy. No i oczywiście cydr.

Nie dane mi się było w spokoju delektować zamówionymi daniami, bo nad Zamość przyszedł deszcz. I to nie jakiś przelotny. Musiałem zmienić miejsce, bo to, które zająłem najpierw, deszcz moczył. Próbowałem przeczekać opady, ale w końcu dałem za wygraną. Zapłaciłem rachunek z niewielkim napiwkiem, wyciągnąłem parasol i ruszyłem do hostelu. Czekała mnie jeszcze tego dnia wizyta w sklepie (znów był to Kaufland), ponieważ niezbyt mądrą decyzją parlamentarzystów kolejny dzień był świętem, w którym handel zamiera. Musiałem więc zrobić zaopatrzenie większe niż poprzedniego dnia.

No i zrobiłem. A co robiłem poza tym, zanim poszedłem spać, to nie jest już na tyle ciekawe, żeby zajmować tu miejsce opisem.

Drugiego dnia pobytu w Zamościu zaplanowałem sobie wycieczkę do Biłgoraja. Pojechałem tam PKS-em, ale przekonałem się, że do wielu miejscowości można z Zamościa dojechać licznymi busami, które swój dworzec mają tuż za płotem dworca PKS. Wiedza ta przydała mi się w kolejnych dniach.

Czułem się tego dnia trochę nieswojo. Być może podziębiłem się trochę poprzedniego dnia. W każdym razie w autobusie zaczął mnie morzyć sen, co wcale nie powinno być takie oczywiste pod dobrze przespanej nocy. Jednak jakoś dojechałem w miarę przytomnie na miejsce.

Na miejscu postanowiłem najpierw się posilić, żeby mieć siłę zwiedzać miasteczko. W tym celu wyciągnąłem prowiant i usiadłem na ławce przy najbardziej oddalonym od budynku dworca stanowisku autobusowym. Chciałem sobie spokojnie zjeść i popatrzeć na plan w odbiorniku GPS. Widać jednak mam jakieś szczęście do dziadków zagadywaczy albo coś we mnie ich przyciąga, bo akurat na tej ławce przysiadł taki jeden i po chwili zapytał, czy ja do Zamościa. Chcąc dać mu do zrozumienia, że nie mam chęci na pogawędkę, pokręciłem głową, że nie i nie skończywszy posiłku poszedłem w kierunku dworca.

Tutaj najpierw sprawdziłem, o której mam autobus powrotny, po czym usiadłem aby dokończyć posiłek. Tym razem mnie nikt nie zagadał, ale jakiś przyjezdny zaczął się żalić autochtonowi, że go okradli. Nie wiem, co dokładnie stracił, ale usłyszałem, że to coś człowiek ten zostawił na ławce, żeby pójść sprawdzić, o której ma autobus. Nie mogłem wyjść ze zdumienia nad lekkomyślnością człowieka. Mnie się czasem też zdarza coś zostawić na ławce, żeby nie dźwigać, ale wtedy nie spuszczam tego z oka i nie oddalam się na tyle, żeby tego na oku nie mieć. Zwłaszcza, gdyby miało to być coś cennego.

Jeszcze bardziej zdumiałem się usłyszawszy, że okradziony człowiek wyraził opinię, że ludzie powinni nie brać tego, co nie jest ich. „Jak nie Twoje, to nie bierz”, tak stwierdził. Oczywiście to bardzo piękna i chlubna zasada postępowania, ale niestety nie bierze pod uwagę istnienia ludzi, którzy żyją właśnie z tego, że biorą to, co do nich nie należy, kiedy właściciel im ku temu stworzy okazję. Kurczę, czy ten człowiek nigdy nie słyszał o złodziejach? Przecież złodziej, gdyby go usłyszał, zaśmiałby mu się w twarz (no może nie w twarz, ale w swój kułak, żeby jednak się nie zdemaskować).

Posiliwszy się ruszyłem do miasta. Postanowiłem zobaczyć dwa kościoły oraz zagrodę sitarską będącą muzeum-skansenem. Ten pierwszy obiekt postanowiłem odwiedzić pierwszy. Znalazłem go na mapie w moim odbiorniku GPS i kierowałem się wskazaną na nim trasą. Daleko nie musiałem iść, ale dopóki nie stanąłem niemal tuż przy szukanym obiekcie, nie wierzyłem, że idę we właściwym kierunku. Byłem w samym środku osiedla składającego się z bloków. Moje wyobrażenie o skansenach było dotąd takie, że są to dość rozległe instytucje o powierzchni liczonej w hektarach, na której rozmieszczone są różne muzealne obiekty. Tymczasem skansen w Biłgoraju to chałupa z przyległościami usytuowanymi wokół niewielkiego podwórka otoczona drewnianym płotem w samym środku betonowego osiedla. Tak mnie to zaskoczyło, że nawet nie zrobiłem zdjęcia.

Kolejnym obiektem, który postanowiłem zobaczyć, był kościół pw. Trójcy Świętej i Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Nie miałem do niego daleko, ale zanim poszedłem w jego kierunku, po drodze trafiłem do kościoła pw. św. Jerzego. Ten niewielki kościółek ma niezbyt długą, ale ciekawą historię, bo był najpierw cerkwią greckokatolicką, potem prawosławną, potem kościołem rzymskokatolickim, następnie znów cerkwią prawosławną i w ostatecznie został kościołem rzymskokatolickim i jest nim do dziś. Jemu też nie zrobiłem zdjęcia, ale usiadłem naprzeciw niego na skwerze i kontemplując jego bryłę ponownie się posilałem. Zmierzyłem sobie też temperaturę i okazało się, że mam niewielką gorączkę. Po kilkunastu minutach ruszyłem dalej, ale o tym napiszę już w następnej notce.

Po zrobieniu krótkiej rundki wokół Szczebrzeszyna wróciłem na rynek miasteczka. Usiadłem na ławce, wyciągnąłem prowiant, który przywiozłem z domu i posiliłem się. W międzyczasie pogoda trochę się poprawiła. Słońce wyjrzało zza chmur i zrobiło się cieplej. Dzięki temu nie czuło się już tak wilgoci w powietrzu. Pomyślałem, że może jednak odwiedzę jeszcze Zwierzyniec podjechawszy tam busem.

Poszedłem więc na dworzec i sprawdziłem odjazdy w stronę Zwierzyńca. Okazało się, że miałem ponad godzinę czasu do zagospodarowania. Ponieważ już wcześniej zauważyłem przy rynku pizzerię i miałem ochotę na trochę obfitszy posiłek, niż ten, który wcześniej skonsumowałem, więc poszedłem tam coś zjeść. Na miejscu okazało się, że w wywieszonym w lokalu menu trudno jest znaleźć jakąś pizzę. Poprosiłem więc o coś, co było w menu (niestety, nie pamiętam dokładnie o co). Okazało się, że nie ma. Drugi strzał też okazał się niecelny, więc poprosiłem o wskazanie, co jest. Trzy pozycje, w tym frytki i zapiekanka. Wziąłem zapiekankę.

Czekałem na moją zapiekankę dość długo, ale bez irytacji, bo i tak miałem dużo czasu. W końcu doczekałem się i z satysfakcją skonstatowałem, że nie jest to jakiś kupiony w sklepie gotowiec podgrzany tylko w mikrofalówce. Widać było, że to własny wyrób (do pewnego stopnia) właścicielki. Kiedy zjadłem, poszedłem jeszcze obejrzeć jeden z kościołów Szczebrzeszyna i ruszyłem na dworzec, żeby tam spędzić resztę czasu pozostałego do odjazdu.

Wyciągnąłem Kindle’a i zacząłem czytać książkę o kotach. Czytałem z przerwami, bo czułem się trochę senny i dla otrzeźwienia co jakiś czas podnosiłem wzrok znad czytnika rozglądając się dookoła. Jednak w pewnym momencie złapałem się na tym, że na chwilę przysnąłem. Czytnik zaczął mi się wysuwać z ręki. Pomyślałem, że nie jest dobrze i że w takim stanie trzeba raczej wrócić do Zamościa i tam się zameldować na zarezerwowanej kwaterze, żeby móc odespać noc.

Wsiadłem do najbliższego busa jadącego do Zamościa. Na miejscu okazało się, że mam jeszcze ponad godzinę do rozpoczęcia doby hotelowej. Może by mnie zameldowali na miejscu wcześniej, ale nie postanowiłem poczekać do właściwej godziny i ruszyłem na stare miasto. Tutaj zachciało mi się zjeść gofra, więc wszedłem do ogródka jednej z knajpek i chciałem go sobie zamówić na wynos. Jednak chłopak z obsługi poprosił, żebym usiadł, a on podejdzie i przyjmie zamówienie. Dał mi po chwili kartę, z której zamówiłem sobie gofra i dużą latte, żeby się dobudzić.

Ponieważ dobrze mi się siedziało, miałem ładny widok na rynek i gofr był smaczny, więc posiedziałem trochę dłużej. Zamówiłem jeszcze małą butelkę cydru, który sobie powoli sączyłem. Wreszcie poprosiłem o rachunek, zapłaciłem i ruszyłem w stronę Hostelu Zamość, gdzie planowałem się zatrzymać. Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcie zamojskiego ratusza, które zamieszczam poniżej.

Zamość - ratusz

Zamość – rynek

Zrobiłem sobie też pamiątkową cieniufkę na zamojskim rynku. Co to jest cieniufka, można sobie przeczytać w tej notce. Moją zamojską cienufkę zamieszczam poniżej.

Zamość - cieniufka na rynku

Zamość – cieniufka na rynku

Po dotarciu do miejsca zakwaterowania, załatwiłem formalności i mogłem się nacieszyć pokojem, który miał stać się moim tymczasowym domem do niedzielnego przedpołudnia. Rozpakowałem się, wziąłem prysznic i poszukałem na mapie w GPS-ie, gdzie się mogę zaopatrzyć w Zamościu w artykuły spożywcze. Znalazłem Kaufland i wieczorkiem udałem się tam na zakupy. W drodze powrotnej ze sklepu złapał mnie deszcz, ale nie dałem się zaskoczyć. Za radą B. kupiłem sobie już wcześniej tani niewielki parasol, który na taką okoliczność okazał się w sam raz. Żeby było zabawniej, deszcz przestał padać, jak tylko doszedłem do hostelu. Deszcze przestał, ale ja padałem z nóg, dlatego po umieszczeniu zakupów w lodówce wykąpałem się i poszedłem spać. Nazajutrz miałem w planach kolejną wycieczkę w okolice Zamościa.

W kilku notkach opiszę mój sierpniowy wypad na Zamojszczyznę, który odbyłem w celu bliższego zapoznania się z województwem, na które chciałbym jeszcze w tym roku rozszerzyć swoje uprawnienia przodownika turystyki pieszej.

Pierwszy dzień rozpoczął się dość wcześnie, bo już o godzinie 0:25, kiedy to miał przyjechać autobus z Ustki i zabrać mnie do Zamościa. Autobus trochę się jednak spóźniał. Oprócz mnie czekało na niego starsze małżeństwo, które się chyba nieco niecierpliwiło. Mężczyzna należał najwyraźniej do gatunku zagadywaczy, bo szukał okazji, żeby do mnie zagadać, mimo że ja akurat starałem się mu takiej okazji nie dostarczać.

W końcu jednak udało mu się do mnie zagadać i po upewnieniu się, że czekamy na ten sam autobus, uraczył mnie informacją, że może ten autobus nie przyjedzie, bo raz już się na niego naciął czekając do 2:00 w nocy. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem tego, co dowiedziałem się kilka dni później, że on po prostu jeździ co drugi dzień. A to dlatego, że kiedy obsługiwały ten kurs na zmianę dwa PKS-y: słupski i zamojski, a jakiś czas temu ten pierwszy się wycofał.

Nie podjąłem dyskusji z dziadkiem czarnowidzem, tylko cierpliwie czekałem. Autobus przyjechał. Jakieś pół godziny po czasie, ale na takiej trasie to jeszcze akceptowalne spóźnienie. Gorzej, że trudno było w środku znaleźć wolne miejsce. Był środek nocy, więc jak ktoś nawet siedział sam, to zwykle rozłożył się na obu siedzeniach i spał. W końcu jednak znalazłem miejsce na końcu autobusu między dwoma zajętymi siedzeniami. Jeden z moich sąsiadów pomarudził trochę, że będzie ciasno, ale nie przejąłem się tym. Skoro było wolne miejsce, to znaczy, że nie byłem nadliczbowy.

Do Zamościa dojechałem przed 8.00. Skorzystałem z WC, kupiłem bilet komunikacji miejskiej i pojechałem na dworzec PKP skąd zamierzałem pojechać do Szczebrzeszyna. Mój ambitny plan był taki, że po dojechaniu na miejsce przejdę piechotą ze Szczebrzeszyna do Zwierzyńca, po czym wrócę pociągiem do Zamościa. Życie zweryfikowało jednak mój plan. Okazało się, że nocna podróż była tak męcząca, że przejście z buta ponad 20 km nie wchodziło w grę. Zwłaszcza, że pogoda była mało przyjemna. Niby nie było słońca, nie było więc gorąco, ale było parno. Wilgotność była taka, że nie wiedziałem, czy mokry jestem dlatego, że się pocę ze zmęczenia, czy dlatego, że skrapla się na mnie wilgoć z powietrza.

Jeszcze jedna rzecz ostudziła mój wędrowniczy zapał. Okazało się, że stacja PKP Szczebrzeszyn mieści się w miejscowości Brody Małe, a do samego miasta jest dobrze ponad 3 km. Oczywiście przemaszerowałem ten dystans, ale poczułem w trakcie tego marszu, jak bardzo jestem zmęczony. W Szczebrzeszynie obejrzałem m.in. kościół pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, który widać na zdjęciu poniżej.

Szczebrzeszyn - kościół pw. św. Katarzyny

Szczebrzeszyn – kościół pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej

W sąsiadującym z nim budynku znajduje się szpital. Kiedy go oglądałem, naszła mnie myśl, że jest coś chorego w polskiej służbie zdrowia, że w mieścinie mającej około 5.000 mieszkańców działa szpital. Przecież Szczebrzeszyn to nawet nie powiat. Ile osób potencjalnie może być w rejonie tego szpitala? Gdyby to był jakiś ośrodek specjalistyczny, to jeszcze może byłoby to zrozumiałe, ale to jest taki zwykły szpital. Niewielki, jak samo miasto. Pewnie niektóre przychodnie bywają większe.

Ale mniejsza o to. Po obejrzeniu ww. obiektów poszedłem rzucić okiem na dawną synagogę. Również jej zrobiłem zdjęcie, które umieszczam poniżej.

Szczebrzeszyn - dawna synagoga

Szczebrzeszyn – dawna synagoga

Niedaleko niej stała mapa okolic miasta i na podstawie tej mapy zaplanowałem sobie spacer. Krótszy niż ten początkowo planowany. Tym razem miałem zrobić jakieś 10 km. Ale kiedy ruszyłem, poczułem, że to też przekracza moje możliwości tego dnia. Ostatecznie zrobiłem niewielką pętelkę, w czasie której zobaczyłem kawałek wąwozu lessowego, których sporo jest w okolicach Szczebrzeszyna. Zwiedziłem też szczebrzeszyński kirkut, który według tabliczki przy wejściu ma być jednym z najlepiej zachowanych cmentarzy żydowskich w Polsce. Jeśli przyjąć by to za dobrą monetę, to wszystkie pozostałe musiałby wyglądać jak nieużytkowana i niekoszona łąka, na której nie został nawet ślad jej poprzedniej funkcji.

Ciąg dalszy opisu tego dnia w kolejnej notce.

Jak już wspomniałem w poprzedniej notce poświęconej OWRP, z Sorkwit, gdzie skończyliśmy wędrówkę, do Olsztyna, gdzie było zakończenie, dowiózł nas autobus. Zakończenie zaplanowane zostało w Bazie Sportów Wodnych „Słoneczna Polana” w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska Aeroklubu Warmińsko-Mazurskiego. Miejsce to przypadło mi do gustu. A ponieważ do tego jeszcze pogoda była ładna, więc i humor mi dopisywał.

Po dojechaniu na miejsce i odnalezieniu swoich bagaży, które przyjechały oddzielnie, zostało trochę czasu do oficjalnego zakończenia. Była okazja spotkać znajomych turystów, którzy wędrowali na innych trasach. Przy okazji dowiedziałem się, że na jednej z tras doszło do poważnego spięcia części uczestników z kierownictwem. Szczegółów nie poznałem, bo nie dociekałem. Ale w informacje, jakie do mnie dotarły, a według których wina leżała po stronie uczestników, nie chciało mi się za bardzo wierzyć. Trochę to wszystko zaciążyło na atmosferze zakończenia, ale nie za mocno.

Więcej spustoszenia narobiła nagła, choć krótkotrwała, zmiana pogody. Przeszła nad nami gwałtowna burza z solidną ulewą. Udało nam się jednak przed nią schować. Szybko też po niej wyjrzało znów słońce.

Tradycyjnie na zakończeniu OWRP odbył się egzamin przodownicki. R. miał zamiar się rozszerzać na nim, ale, jeśli dobrze pamiętam, przez jakieś zamieszanie z papierami nie było go na liście zdających. A ponieważ od czasu wprowadzenia egzaminów testowych każdy dostaje test przygotowany dla siebie i podpisany własnym nazwiskiem, nie da się nikogo dokooptować do grona zdających tuż przed egzaminem.

Do samego oficjalnego zakończenia ja nie doczekałem. Spieszyłem się do domu, no i miałem bardzo dobre, bezpośrednie połączenie. Gdybym został, pewnie musiałbym wracać z przesiadkami albo zostać na drugi dzień, żeby pojechać tym samym kursem. Dlatego pożegnałem się z R. i P. po czym ruszyłem z bagażem na dworzec. Miałem tego bagażu dużo, a i drogi spory kawałek. Co prawda zaplanowałem, że podjadę komunikacją miejską, ale i do przystanku miałem dość daleko. Widać musiałem się prezentować dość żałośnie, bo jeden z wracających z Rajdu własnym samochodem uczestników zaproponował mi podwózkę. Skwapliwie przystałem na propozycję i zostałem odwieziony na sam dworzec. Powiedziałem wcześniej co prawda, że wystarczy, jak zostanę dowieziony na przystanek, skąd złapałbym już autobus miejski, ale kierowca był tak uprzejmy, że dostarczył mnie prosto do celu.

Z dworca pojechałem do domu autobusem PKS i tak zakończył się dla mnie OWRP 2010.

To był ostatni marszowy dzień OWRP 2010. Trasa wiodła, jak to zostało zapisane w tytule z Bieniek do Sorkwit. Przebieg trasy zapisany za pomocą odbiornika GPS można sobie obejrzeć tutaj.

Trasa wiodła przez cały czas szlakiem niebieskim. I tylko na jednym krótkim odcinku niedaleko początku trasy zeszliśmy z niego. Potem szliśmy nim jak po sznurku, co w pewnym momencie doprowadziło nas na teren… ośrodka wypoczynkowego. Nie wiem, czy to niedopatrzenie znakarza, czy raczej lekceważący stosunek do prawa właściciela ośrodka, ale szlak prowadzący tuż nad brzegiem jeziora był przecięty w dwóch miejscach ogrodzeniem. Dało się co prawda tym szlakiem przejść, bo w ogrodzeniu były otwarte furtki, niemniej jednak ja miałem mieszane uczucia paradując przez ośrodek.

Żeby się tak do końca nie czuć intruzem, zaszedłem do barku na terenie ośrodka. Nawet myślałem o wypiciu tam jakiegoś piwka, ale ceny mnie zniechęciły. Widać było, że jest to ośrodek wysokiej klasy dla posiadaczy sporej kasy. Poszliśmy więc dalej.

Trasa była dość monotonna i prowadziła niestety w większości po drogach asfaltowych. Jako że pogoda była raczej ciepła, skusiłem się, jak rzadko, aż dwa razy na lody zakupowane w napotykanych przy drodze sklepach. R. chyba nawet w co najmniej jednym wziął sobie piwko. Ja, jeśli dobrze pamiętam, akurat się chyba nie skusiłem.

Ostatnia część trasy, kiedy wyszliśmy już z lasów i nie szliśmy wzdłuż jeziora, to była już nieco uciążliwa monotonia. Nawet sklepów nie było już po drodze. Tylko asfalt. Całkiem dobrej jakości zresztą, ale akurat dla piechura to niewielka różnica.

Poprzednio nie napisałem, że hałaśliwa część uczestników naszej trasy powzięła poprzedniego dnia decyzję, że przejdzie ten ostatni etap nocą. Wyszli poprzedniego dnia wieczorem. Plus tego rozwiązania był taki, że nie będąc na noclegu nie mieli możliwości zakłócać nam snu. Po dojściu do miejsca noclegu w Sorkwitach, uważaliśmy, żeby rozłożyć się możliwie daleko od tych hałaśliwych młodych ludzi. Nie było to trudne ze względu na rozległość terenu. Zresztą oni chyba też chyba mieli chęć rozlokować się z dala od większości, bo zajęli dość odległą miejscówkę. Na tyle daleko od nas, że raczej byłem spokojny o to, że tym razem nie będą uciążliwi. Na razie zresztą głównie odsypiali swoją nocną eskapadę. Mnie sam pomysł nocnego przejścia się podobał, ale w tym towarzystwie raczej bym się na to nie zdecydował. Ale może kiedyś w innych okolicznościach…

Po dojściu na miejsce pogoda była ładna. Znaleźliśmy sobie więc miejscówkę bez pośpiechu i rozłożyliśmy namioty. Ośrodek był o tyle ciekawy, że na jego terenie stały już namioty. Tyle, że takie wojskowe, wieloosobowe. Pozamykane, jakby czekały na jakieś kolonie, czy innych chętnych do noclegu w nich.

Niedługo po tym, jak się rozłożyliśmy, pogoda się popsuła. Obawiałem się, czy nie na dłużej, ale ostatecznie opady okazały się przejściowe. Z racji tego, że był to ostatni nocleg w tym gronie, zaczęliśmy sobie robić pamiątkowe zdjęcia. R. narobił ich całkiem sporo, w tym z naszymi kierownikami tras. Ale, jak to zostało wspomniane wcześniej w opisie tego OWRP, z racji awarii aparatu, żadne ze zdjęć się nie uchowało. A mieliśmy nadzieję, że może jednak ta awaria nie jest tak poważna, bo aparat zdradzał symptomy poprawy. Stąd też w ogóle te zdjęcia były robione. Wyglądało na to, że będzie nam dane się nimi nacieszyć. Dopiero kilka miesięcy później R. rozwiał wszelkie nadzieje. Żadnych zdjęć nie będzie.

W Sorkwitach był dobrze zaopatrzony sklep, w którym zrobiłem chyba ostatnie na tym OWRP zakupy. Kursowałem do niego nawet ze dwa razy. A rano, po pobudce i zwinięciu namiotów, autobus podstawiony przez organizatorów odwiózł nas na metę w Olsztynie. Nie jest to ulubiony przeze mnie sposób docierania na metę. Wolę dojść o własnych nogach. Ale tym razem organizatorzy rozwiązali sprawę inaczej.

O samym zakończeniu i wyjeździe do domu w tej notce już nie napiszę. Poświęcę temu kolejną, ostatnią notkę tego chyba najdłużej dotąd opisywanego OWRP.

 

Już się zabierałem do napisania kolejnego, ostatniego zapewne, odcinka opisu OWRP 2014, kiedy przyszło mi na myśl, że jest jeszcze jedna rzecz, którą powinienem na gorąco po ostatnim rajdzie napisać. Pod tym bowiem względem ten rajd również był wyjątkowy. Niestety, nie jest to jednak sprawa przyjemna, ale może właśnie dlatego dobrze będzie o tym napisać i wyrzucić sprawę z głowy.

Rzecz dotyczy jednej turystki z grona tych starszych. Turystki, której nie podam nawet inicjału, bo nie chodzi o zrobienie nagonki na konkretną osobę. Osobę tę znam od pierwszego mojego rajdu i gdzieś do połowy tego ostatniego miałem ją za przesympatyczną i ciepłą osobę. Nawet P. kilka dni przed incydentem, który całkowicie zmienił moją opinię, przyszedł do nas po rozmowie z tą osobą i stwierdził coś w stylu, że do jej poziomu sympatii i kultury nikt nie dorasta (nikomu nic nie ujmując). Byłem wtedy zgodzić się bez zastrzeżeń z tą opinią.

Aż tu na jednym z noclegów doszło do incydentu, kiedy ta wspomniana osoba, nie wiem, z jakiego konkretnie powodu, zaczęła narzekać na warunki, w jakich musiała rozbić namiot. Może wpłynął na to fakt, że przyszła, kiedy część osób już zajęła dobre lokalizacje, ale zaczęła się złościć. Początkowo myślałem, że to po prostu chwila słabości. Kiedy usłyszałem, że gotowa była rozłożyć się na złość B. w miejscu dla nas niedogodnym, potraktowałem to jeszcze jako żart. Podobnie, kiedy osoba ta zadeklarowała, że jak zrobi komuś na złość, to się lepiej poczuje i należy tak postępować w życiu. Okazało się jednak, że nie była to czcza deklaracja. Za słowami poszły czyny. Do pewnego stopnia prowokacyjne, ale nie daliśmy się sprowokować.

Niestety, musiałem po tym incydencie zmienić moje zdanie diametralnie. I choć jestem oswojony z hipokryzją, ponowne poważne zdziwienie przeżyłem dowiadując się od B., że osoba ta deklaruje się jako gorliwa katoliczka, w której życiu Kościół Katolicki bardzo wiele znaczy. No cóż, od jakiegoś czasu nie dziwię się  już sytuacjom, kiedy ktoś jedną ręką zamaszyście kreśli w powietrzu krzyże, a drugą daje w tym samym momencie komuś w zęby. Jednak znów powołam się na ten konkretny przykład, że po tej osobie zupełnie bym się tego nie spodziewał. Już raczej po pewnej innej, która akurat w tej kwestii zaskoczyła mnie pozytywnie. Dlatego dobrze, że się zawczasu mimo pewnych poszlak nie uprzedziłem.

Reasumując, na szlaku turystycznym, zwłaszcza w trudnych warunkach, można poznać ludzi od zupełnie nieznanej strony. I to zarówno na plus, jak i na minus. Chciałbym odkryć tego drugiego rodzaju dokonywać jak najmniej. I tego życzę też innym. :)

Następna notka będzie już na pewno powrotem na temat OWRP 2010.

Nie wiem, kiedy uda mi się opisać poprzednie rajdy i zacznę opisywać tegoroczny, dlatego na gorąco podzielę się wrażeniami z niego, póki mam go jeszcze w miarę świeżo w pamięci.

Był to pod wieloma względami rajd dla mnie nietypowy. I w sensie pozytywnym i negatywnym, choć określenie negatywny niekoniecznie jednoznacznie oznacza tu coś złego. Raczej chodzi o odejście od pewnych zasad czy niespełnienie oczekiwań, z czym jestem pogodzony.

Przede wszystkim był to chyba pierwszy mój rajd, na którym byłem od początku do końca bez zjeżdżania do domu w trakcie lub przed końcem. Tak mi się przynajmniej wydaje na gorąco. Chociaż nie, zrobiłem sobie naprędce zestawienie odbytych rajdów (było ich już 9) i wygląda na to, że jeszcze raz tak się zdarzyło. W 2008 roku. W pozostałych latach najczęściej stanęły temu na przeszkodzie obowiązki zawodowe, a raz towarzyskie (byłem świadkiem na ślubie) oraz zdrowotne (poważne „zabąblowanie” nogi na pierwszym moim rajdzie).

Niestety, był to też rajd, na którym się podwoziłem. Miałem szczerą wolę przejść całą trasę, ale stan zdrowia nie pozwolił. I po trosze pewnie też kondycja, bo przez ostatni rok z racji kontuzji nogi praktycznie nie wykazywałem żadnej aktywności fizycznej. Nawet chodzenie ograniczyłem do minimum.

Był to również rajd, na którym się dobrze odżywiałem. Dzięki B., która wzięła na siebie rolę szefa kuchni. Pewnie przez to nie udało mi się ani odrobinę schudnąć na trasie, na co liczyłem. Nie mogę też nie docenić starań Komandora rajdu, D., który nakarmił nas jednego dnia na trasie pieczonym dzikiem (pycha), a na mecie pieczonym strusiem (też bardzo dobry).

Również po raz pierwszy byłem na rajdzie jako członek Komisji Turystyki Pieszej Zarządu Głównego PTTK. Przez to Komandor wielokrotnie na mój widok wołał, że wita „kolegę członka”. Nie wiedziałem, czy wita mnie, czy członka i czy mam mu podawać rękę czy tenże narząd.

I wreszcie na koniec napiszę, skąd tytuł notki. Otóż na ostatnim noclegu przed metą odbyła się imprezka, na której niejaki P. nazywany Mecenasem, mając już nieco w czubie wyraził tuż nad moim uchem opinię, która jednak nie była do mnie świadomie skierowana, że ma nadzieję, że opis tejże imprezy nie trafi do tego blogu, bo będzie rzeźnia. Mam wrażenie, że Mecenas nie kojarzył, że wypowiada te słowa w przytomności autora tegoż blogu. Ale tak czy inaczej chciałbym kolegę Mecenasa uspokoić. Co było na imprezie, zostanie na imprezie. Rzeźni nie będzie. ;)

I na koniec nasze hasło OWRP 2014, które moim zdaniem najlepiej oddawało jego atmosferę: „Życie jak w Madrycie, żarcie jak w Dżakarcie, sranie jak w Ghanie”. :)

Wydaje mi się, że ta notka będzie jedną z krótszych. Tego dnia niewiele się działo podczas drogi, a przynajmniej niewiele mi utkwiło w pamięci. Myślałem nawet, że ograniczę się do napisania, że wyszliśmy, poszliśmy i doszliśmy. Jednak rzut oka na mapkę (można ją obejrzeć klikając na ten link) oraz na poprzedni wpis co nieco mi przypomniał.

Przede wszystkim przypomniał mi, że wstałem niewyspany. I że przyczyna tego niewyspania, kiedy my już wychodziliśmy na trasę, dopiero zaczynała się wygrzebywać z namiotów. Żeby trochę przyspieszyć im tę czynność, licząc w cichości na to, że mają gigantycznego kaca, przed wyjściem w trasę zadąłem w fujarkę. Jeśli komuś wydaje się, że coś źle przeczytał, to potwierdzę, że dmuchnąłem w fujarkę. Taką drewnianą. Mam ją zresztą nadal na biurku. Kupiłem ją gdzieś wcześniej, ale jakoś nie potrafię sobie teraz przypomnieć, gdzie to było. Niewykluczone, że w Kadzidłowie, pewności jednak nie mam.

W zasadzie fujarka jako taka nie jest niezbędnym wyposażeniem turysty, ale ja jakoś nabrałem ochoty, żeby ją mieć. A że wydaje dźwięk donośny i dla ucha zbyt blisko usytuowanego, nieprzyjemny, więc dmuchnąłem w nią na pożegnanie naszych współuczestników, którzy lubią nocami pobalować.

Dalsza droga była mało urozmaicona. Las i szlak. Szlak i las. Las oczywiście trochę się zmieniał. Raz był nieco młodszy, raz starszy, raz rzadszy, raz gęstszy, ale to nadal był wciąż las. Szlak natomiast w pewnym momencie wywiódł nas w pole. A stało się to w miejscu, gdzie akurat rozłożyli sobie obozowisko jacyś turyści zmotoryzowani. Szlak przechodził prawie przez środek tego obozowiska i wydawało się, że zaraz za nim gdzieś skręcał. No i z tym skrętem był problem, bo go jednak nie było.

Szlak więc zgubiliśmy. Trochę się cofnęliśmy, żeby go odnaleźć, ale za bardzo nie można było, żeby nie wchodzić w paradę wspomnianym wcześniej biwakowiczom. Trudno byłoby łazić im po „podwórku” czy nawet w bezpośrednim sąsiedztwie szukając szlaku. Po jakimś czasie R. zrezygnował z poszukiwań i poszedł w kierunku, jaki wydawał mu się słuszny. Nie wiem, kiedy na niego znów trafił, bo się rozeszliśmy. Ja chciałem dalej iść szlakiem i zacząłem go szukać.

Zajęło mi to więcej czasu niż chciałem i spory kawałek szlaku ominąłem, bo poszedłem w przeciwną stronę. Ale w końcu go znalazłem. Tak samo jak R. Patrząc na podlinkowaną mapę można zauważyć, że niedługo po odejściu od brzegu Jeziora Gant, zrobiłem, nie wiedzieć czemu, małą pętelkę w lewo. Nie pamiętam, czym się kierowałem. Możliwe, że tak prostu prowadziły ścieżki po lesie, a ja nie chciałem chaszczować. W każdym razie gdybym ściął tę pętle, to w miejscu, gdzie ona się kończy na mapie, trafiłbym właśnie na szlak. I tak trafiłem, ale stałoby się to szybciej.

Od tego miejsca do stanicy PTTK Bieńki, gdzie mieliśmy nocleg, było już niedaleko. Muszę stwierdzić, że bardzo mi się to miejsce spodobało. Warunki bardzo przyzwoite. Spokój i do tego… dwa koty. :) Oba nawet dały się pogłaskać. Miejscówkę sobie zajęliśmy w sąsiedztwie ławki, która nam służyła za stolik. Jezioro było na wyciągnięcie ręki, więc oczywiście skorzystaliśmy. Co prawda były łazienki z prysznicami i to też w bardzo przyzwoitym standardzie, ale mocno oblegane. Można się było na miejscu zaopatrzyć w coś do jedzenia, co było dużą zaletą. Ogólnie to był jeden z lepszych noclegów na tym OWRP, chociaż pozostałym też niewiele brakowało. :)

Ze Zgonu nasza trasa prowadziła okrężną drogą do miejscowości Babięta. Gdyby z jednej miejscowości do drugiej przejechać samochodem po trasie łączącej je obie, należałoby pokonać trochę ponad 10 km. Tymczasem nasza piesza, okrężna, ale za to dużo ładniejsza, trasa tego dnia miała 25 km. Można ją sobie obejrzeć pod tym linkiem.

Trasa przez praktycznie cały czas biegła lasem. Prowadził nas szlak niebieski. Szlak ten na odcinku, który tego dnia pokonywaliśmy, został wytyczony malowniczo brzegami pięciu jezior. Były to po kolei jeziora: Uplik, Kierwik, Spychowskie, Zyzdrój Mały i Zyzdrój Duży.

Pewnym urozmaiceniem tego leśno-jeziornego otoczenia, które towarzyszyło nam niemal cały dzień było Spychowo, które leżało mniej więcej w połowie naszej drogi. Pamiętam, że R. kończyła się gotówka i rozglądaliśmy się za jakimś bankomatem, w którym mógłby uzupełnić jej zapas. Jak wiadomo, w lasach bankomatów jeszcze się nie stawia (i mam nadzieję, że to się nie zmieni), więc jedyną nadzieją było Spychowo.

Niestety, nie udało nam się znaleźć w tej miejscowości bankomatu. Była tam siedziba nadleśnictwa, zespół szkół i kościół, ale banku ani bankomatu nie było. Była też na szczęście poczta. A poczta od jakiegoś czasu oferuje usługi wypłaty pieniędzy w urzędzie jak w bankomacie. Ja sam nie korzystałem wtedy jeszcze z takiej opcji, a do dziś może skorzystałem raz. R. pewnie też wcześniej nie korzystał, ale skoro była taka konieczność, to postanowił skorzystać.

Zaopatrzywszy się w gotówkę poszliśmy dalej i właściwie do samych Babięt nie zdarzyło się nic wartego odnotowania. Kiedy doszliśmy do Babięt, byliśmy już trochę zmęczeni marszem. Dlatego, kiedy wyszedłszy z lasu zobaczyliśmy sklep, postanowiliśmy uzupełnić elektrolity. Sądziliśmy, że do miejsca noclegu jest już tylko kilka kroków, więc postanowiliśmy się nie śpieszyć i spokojnie wypiliśmy sobie po piwku. Okazało się jednak później, że do miejsca noclegu mamy jeszcze kawałek. Jak przed chwilą sprawdziłem, mieliśmy tam jeszcze około kilometra do przejścia, zanim doszliśmy do stanicy PTTK, gdzie rozbiliśmy na tę noc namioty.

Tym razem nocleg nie został zorganizowany nad jeziorem, choć tyle jezior mijaliśmy po drodze. Do najbliższego sklepu też mieliśmy kawałek, bo oczywiście znajdował się on w Babiętach. Ale nie to sprawiło, że ten nocleg dość dobrze zapamiętałem. Powód był innego rodzaju i nie wiązał się z tym miejscem i jego walorami (lub wadami), ale ze składem naszej trasy. Otóż tej nocy, zresztą nie jedynej, nasza rajdowa młodzież postanowiła się zabawić dłużej w nocy. Z tego powodu nocy tej nie dane mi było spokojnie przespać. Budziłem się kilka razy, w tym raz po to, żeby wysłuchać jak jeden młodzieniec pyta głośno koleżanki jak ma na imię. A że udawali się oboje razem do namiotu, więc pomyślałem, że to raczej ona jego powinna zapytać, jak ma na imię, na wypadek, gdyby skutkiem tej nocy miała być niechciana ciąża. Zawsze to łatwiej potem znaleźć ojca, kiedy zna się przynajmniej jego imię, bo wskutek spożycia dużej ilości napojów wyskokowych twarzy można sobie rano nie przypomnieć. :)

Mimo wszystko trochę tej nocy pospałem, bo towarzystwo w końcu się zmęczyło harcowaniem, ale rano następnego dnia miałem wyjątkowo wisielczy humor. To już jednak temat na kolejną notkę.

OWRP 2010 – część ósma (Kamień – Zgon)

piątek, 25 Październik 2013

Kolejny dzień OWRP 2010 zastał nas na noclegu w Kamieniu. Nazwa miejscowości ciekawa, ale jeszcze ciekawsza była nazwa wyznaczonej na ten dzień mety. Wędrówka tego dnia zakończyła się bowiem w Zgonie. Nazwa ciekawa i budząca różne skojarzenia. Żartowaliśmy sobie, że tego dnia etap będzie trudny, bo zaliczymy zgon. Zastanawialiśmy się też, czy z racji tej nazwy nie powinniśmy wejść do miejscowości śpiewając „Anielski orszak”. Nawet na tę okoliczność postanowiłem nauczyć się słów, które znałem dotąd dość wybiórczo. No ale ostatecznie uznaliśmy, że to byłby żart nieco niesmaczny. Zresztą, a wiedzą to pewnie także moi czytelnicy, nazwa miejscowości nie odnosi się wcale do śmierci, ale do mających tu miejsce w dawniejszych czasach spędów bydła. Bydło tutaj zganiano do wodopoju, stąd Zgon.

Ale zacznijmy od startu, a nie od mety. Ilustrację przebytej trasy w postaci śladu z odbiornika GPS można obejrzeć pod tym linkiem. Jak widać na śladzie, najpierw doszliśmy z Kamienia do trochę lepszej drogi leśnej (szerokiej, ale nie utwardzonej), po czym ruszyliśmy w kierunku Iznoty. Ponieważ jednak przejście przez tą miejscowość oznaczałoby nadłożenie drogi, więc w pewnym momencie skręciliśmy w leśną dróżkę. Mieliśmy nadzieję, że pozwoli nam skrócić nieco drogę. Tak też się stało.

Cały czas idąc lasem wyszliśmy z niego na miejscowość Nowy Most. Muszę stwierdzić, że rzadko kiedy nazwa miejscowości tak dobrze do niej pasuje. W Nowym Moście poza mostem i kilkoma domkami nie ma prawie nic. Napisałem „prawie”, bo jest jest jeszcze stanica wodna PTTK, ale ona znajduje się kawałek drogi na północ od samej miejscowości i przechodzącej przez nią drogi.

Po przejściu mostu w Nowym Moście i minięciu kilku zagród znów weszliśmy w las. Wyszliśmy z niego w Kadzidłowie, gdzie znajduje się Park Dzikich Zwierząt. Postanowiliśmy go zwiedzić, co zresztą wyraźnie widać na śladzie GPS, bo nie wyłączałem odbiornika. Ta gmatwanina linii to głównie trasa naszego zwiedzania. Zobaczyliśmy wiele zwierząt na co dzień dziko żyjących w lesie. Niektóre nawet można było pogłaskać. Wcześniej nie miałem możliwości stanięcia oko w oko na przykład z jeleniem, a tam okazało się to możliwe.

Po zwiedzeniu Parku zaszliśmy do znajdującej się po sąsiedzku Oberży pod Psem. Do środka weszliśmy, ale tylko na chwilę, bo panował tam spory ścisk i trudno było znaleźć wolne miejsce. Nic dziwnego. Park w Kadzidłowie cieszył się sporym powodzeniem, a w okolicy nie było żadnego konkurencyjnego lokalu, gdzie można byłoby coś zjeść lub wypić. Ostatecznie usadowiliśmy się na zewnątrz. Przede wszystkim, a może i tylko, uzupełniliśmy płyny, bo pogoda dopisywała i słońce ładnie grzało. Odpoczęliśmy też trochę przed dalszą wędrówką i podzieliliśmy się wrażeniami z Parku.

Postój najwyraźniej trochę nas zdekoncentrował, bo po wyruszeniu w dalszą drogę w pewnym momencie źle wybraliśmy drogę i poszliśmy w stronę Ukty. Na szczęście pomyłkę dość szybko udało się odkryć i wróciliśmy na właściwą trasę, którą przez Gałkowo doszliśmy do Krutyni.

W Krutyni zatrzymaliśmy się na dłuższy popas. Zjedliśmy smaczny obiad w restauracji z widokiem na rzekę Krutyń. Było bardzo smacznie, niezbyt drogo i przyjemnie. Ale czas było ruszyć w dalszą drogę, czyli ostatni odcinek naszej trasy.

Wiódł on przez las, w którym znajdują się dwa rezerwaty o nazwach: Królewska Sosna i Zakręt. W tym drugim, który był pierwszy po drodze, obejrzeliśmy sobie trzystuletni dąb o nazwie Mazurski Dąb Bartny, w tym drugim zaś inny dąb (Dąb nad Mukrem), również pomnik przyrody, a także splecione ze sobą dąb i sosnę o nazwie Zakochana Para.

I tak idąc od pewnego momentu wzdłuż jeziora Mokrego wyszliśmy prosto na miejscowość Zgon. Nocleg mieliśmy niedaleko. Nad samym jeziorem w ośrodku PTTK „Wodan”. Sam ośrodek przypadł mi do gustu. Trochę mniej natomiast towarzystwo, z jakim przyszło nam spędzić noc. My nocowaliśmy niżej, mniej więcej na poziomie brzegu jeziora, natomiast powyżej w domkach ulokowało się jakieś hałaśliwe buractwo. Trochę rozrabiali po południu i wieczorem, ale o ile pamiętam, noc upłynęła spokojnie.

I tak zakończył się kolejny dzień OWRP 2010.

Po dojściu do Skorupek nastąpiła przerwa w mojej wędrówce, bo musiałem wrócić na jakiś czas do domu i załatwić ważne sprawy w pracy. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, bo to nie pierwszy rok, kiedy mój rajd przerywały obowiązki związane z pracą i już przed wyjazdem na OWRP zaplanowałem sobie, jak wrócę z Rajdu do domu i z domu na Rajd.

Do domu pojechałem z Rynu, a z domu przyjechałem do Rucianego-Nidy. Zarówno do Rynu musiałem dojść kilka kilometrów (ze Skorupek), jak też z Rucianego-Nidy czekał mnie spacer do miejscowości Kamień, gdzie akurat obozował OWRP. Obie te trasy zapisałem za pomocą odbiornika GPS i są do obejrzenia pod tym oraz pod tym linkiem.

Ciekawsza (i dłuższa) była ta druga droga z Rucianego-Nidy, bo niedługo po zejściu z drogi wojewódzkiej nr 610, w miejscowości Wygryny, przyczepił się do mnie jakiś pijaczek, który koniecznie chciał ze mną iść. Widziałem go już jakiś czas wcześniej, bo szedł przede mną. Ale w pewnym momencie wszedł na jakieś podwórko. Myślałem więc, że mam problem z głowy (sądziłem wtedy, że może mnie zaczepiać, jak będę go mijał). Ale za wcześniej się ucieszyłem, bo gość wyszedł z posesji, zanim ja ją minąłem. No i po jakimś czasie go doszedłem. Zresztą widząc mnie, wyraźnie zwolnił, więc wiedziałem, że bez jakiejś wymiany poglądów się nie obejdzie.

Był dość namolny, ale nie jakoś szczególnie agresywny. Nie chciał wyłudzić pieniędzy, ale najwyraźniej chciał mi towarzyszyć, co mnie akurat nie odpowiadało. Trochę czasu mi zajęło, zanim go zgubiłem, ale udało się. Nie wytrzymał mojego tempa, a poza tym on się kilka razy gdzieś zatrzymywał, a ja korzystając z tego, oddalałem się szybciej. W końcu poczęstował mnie jakąś wiązanką na pożegnanie i zrezygnował z dalszego pościgu.

Droga na nocleg szła mi sprawnie, co widać po statystykach. Nie robiłem żadnych postojów, więc przeszedłem jedenaście kilometrów w dwie godziny. Takie tempo normalnie na trasie trudno rozwinąć. Ale zwykle nie ma też do tego motywacji, bo to nie rajd w znaczeniu wyścigów. Tym razem jednak zależało mi na szybkim dojściu na miejsce noclegu. Zwłaszcza, że leżało ono nieco na odludzi i obawiałem się, że mogę błądzić po drodze.

Trafiłem jednak bez komplikacji. Namiot zastałem już rozstawiony, choć może nieco krzywo. No ale miejsce wybrane pod mój namiot było nieco nachylone, a on się w takich warunkach trudniej rozstawia. Co mogłem, to skorygowałem, ale nie za wiele. Zresztą namiot to nie był największy problem. Większym było to, co się stało z aparatem R. Pisałem o tym na początku opisu tego OWRP, a teraz mogę dopisać, że stało się to na spływie kajakowym, który odbył się właśnie wtedy, kiedy ja pojechałem do domu. Aparat zamókł i odmówił współpracy. Miałem jeszcze nadzieję, że może chociaż uda się odzyskać zdjęcia zapisane na karcie pamięci, ale już jakiś czas po OWRP R. poinformował mnie, że nie udało się żadnych zdjęć na niej znaleźć. Mimo to, ponieważ aparat dawał jakieś nadzieje, że będzie działał, R. zrobił jeszcze kilka zdjęć do końca OWRP. Ale nie mam nawet pewności, czy one rzeczywiście zostały zrobione.

Ze względu na powyższe dzień kończył się w dość minorowym nastroju. Ale nie trwał on długo. W końcu zdjęcia to tylko dodatek do OWRP. Przydają się, żeby sobie odświeżyć wspomnienia, ale można się bez nich obejść. :)

To był długi i męczący dzień. Trasa tego dnia przebiegała w większości po otwartym terenie z rzadka prowadząc przez lasy, co można zauważyć oglądając ślad przebytego tego dnia szlaku podążając za tym linkiem. Las mieliśmy na początku trasy po wyjściu z Wilkasów.

Do celu tego dnia miał nas od początku prowadzić szlak czerwony, ale ostatecznie weszliśmy na niego dużo później, bo dopiero przed Skopem. Tak zdecydowaliśmy po obejrzeniu na mapie przebiegu szlaku. Nadrobilibyśmy niepotrzebnie sporo kilometrów idąc według znaków. Przynajmniej na początkowym odcinku, dlatego poszliśmy trasą, która prowadziła mniejszymi zakosami. Szliśmy równolegle do drogi krajowej 59, ale drogami zdecydowanie mniej uczęszczanymi. Myśl, żeby w upale, jaki panował tego dnia, iść poboczem drogi krajowej, była niedorzeczna. Ostatecznie przeszliśmy się nią kawałek w Skopie, bo byliśmy już wtedy na czerwonym szlaku, a on tak właśnie prowadził. Zresztą nie było tam alternatywy. Może poza jakimś chaszczowaniem. :) W samym Skopie uzupełniliśmy zapasy wody przed dalszą wędrówką. Na OWRP woda to podstawa. Zdarzało się, że dźwigałem jej nawet prawie trzy kilogramy na plecach. Ale to był słodki ciężar. :) Poza tym dość szybko go ubywa w trasie.

Po minięciu Skopu skierowaliśmy się w stronę Jeziorka. Ale zanim do niego doszliśmy, najwyraźniej popełniliśmy jakiś błąd w nawigacji, bo zboczyliśmy ze szlaku w kierunku lasu i szliśmy tak około trzystu metrów. Nie pamiętam dokładnie tej sytuacji, ale możliwe, że znów zabrakło znaków, a droga prowadząca w lewo wydawała się lepsza (szlak zresztą skręcał w tę stronę, tylko spory kawałek dalej). Zorientowaliśmy się jednak po jakimś czasie, że o nie tędy droga i wróciliśmy na właściwą trasę. Zresztą chyba nie powinienem używać określeń „właściwa” i „niewłaściwa”, ale najwyżej „zaplanowana” i ” improwizowana”, bo każda droga, która prowadzi do celu, jest właściwa, a ta, którą początkowo poszliśmy, mogłaby nas doprowadzić w końcu do czerwonego szlaku, tylko inaczej. :) Poszliśmy jednak tak, jak prowadził szlak, bo nawet słabo oznakowany jest lepszy niż żaden. O ile się go nie zgubi, to przynajmniej wiadomo, że się idzie do celu.

Niedługo potem trafił się nam znów spory kawałek lasu, ale poza niższą temperaturą, którą należy uznać za zaletę, miał tę wadę, że był pełen komarów i podobnego robactwa. Dało nam się ono mocno we znaki. Do tego stopnia, że przy najbliższej okazji, to znaczy w Rynie, jako jedną z pierwszych odwiedziliśmy aptekę. Ale zanim do tego doszło, wyszliśmy znów na otwartą przestrzeń, a tuż przed Rynem szlak wprowadził nas w niewielki las, gdzie ja się prawie zgubiłem.

A to dlatego, że szlak w pewnym momencie schodził z drogi na jakąś ledwie widoczną ścieżkę, która zresztą bardzo szybko się skończyła. Znaki szlaku zresztą wkrótce też. Ścieżka po prostu zamieniła się w łączkę, która przechodziła w las. Ostatecznie poszedłem na azymut, bo widziałem na odbiorniku GPS, że Ryn jest niedaleko i w jakim kierunku powinienem iść. Po drodze udało mi się zobaczyć znów ze dwa znaki szlaku, ale one mnie tylko zmyliły, bo zamiast iść do miasta poszedłem w kierunku przeciwnym.

Co prawda nic złego by z tego nie wynikło, bo okazało się, że idąc tak obszedłbym jezioro Orłów i wszedł do Rynu w innym miejscu. Ale moja mapa nie pokazywała wcale tego tak jednoznacznie, więc zawróciłem. O tym, że jezioro można przejść niemal tuż obok brzegu dowiedziałem się od R., który właśnie w tamtym kierunku poszedł. Spotkaliśmy się potem obaj niedaleko apteki, do której weszliśmy kupić coś do odstraszania komarów i smarowania ukąszeń.

W Rynie zatrzymaliśmy się na trochę dłużej. Po części ze względu na zmęczenie tym odcinkiem trasy, jaki już zrobiliśmy, po części dlatego, że można tu było zrobić potrzebne zakupy i coś przekąsić. Zajęło nam to wszystko nieco ponad godzinę, po czym ruszyliśmy dalej. Początkowo wzdłuż drogi wojewódzkiej, ale dość szybko skręciliśmy w mniej uczęszczaną lokalną szosę, która po minięciu Rybicalu z asfaltowej zmieniła się w gruntową. Tuż za ostatnimi zabudowaniami tego ostatniego musieliśmy dokonać wyboru, czy iść dalej szlakiem, czy nie. Wydawało mi się, że szlakiem droga będzie dłuższa, więc ostatecznie poszliśmy na wprost (szlak odbijał w prawo).

Krótsza, czy nie, droga i tak była uciążliwa. Nie dość, że wyraźnie już odczuwałem zmęczenie całodzienną wędrówką, to jeszcze nie dawały nam spokoju komary, meszki i tym podobne. Jakoś jednak w końcu dotarliśmy do Skorupek. I chociaż dość dobrze potrafię sobie przypomnieć moment dojścia do samej wsi, to nie udaje mi się przywołać obrazu miejsca naszego noclegu. Obejrzałem sobie nawet to miejsce teraz na zdjęciu satelitarnym, ale to nie pomogło. Żadne obrazy ani wspomnienia mi się nie nasuwają. Widać miejsce nie było jakoś szczególnie ciekawe.

Zatem dokładniej o tym, jak spędziłem końcówkę tego dnia nie napiszę. Mogę jedynie napisać, że prawie na pewno wykąpałem się na miejscu w jeziorze, bo na tym OWRP stało się to normą. :) Nasunęła mi się też właśnie przed chwilą taka myśl, że to chyba w tym jeziorze przeszedłem po dnie ze sto metrów od brzegu, bo na takim odcinku było na tyle płytko. Gdyby udało się odzyskać zdjęcia, jakie R. robił podczas tego rajdu, to miałbym pewność, bo pamiętam, że poprosiłem, żeby mi zrobił zdjęcie na pamiątkę, jak stoję po szyję w wodzie daleko od brzegu. :)

Ale cóż, zdjęć nie ma i pozostała tylko zawodna ludzka pamięć. :)

Noc na polu sołtysa minęła spokojnie i wyspani mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Droga ta prowadziła do Wilkasów pod Giżyckiem, czyli do miejsca, gdzie tegoroczny OWRP na naszej trasie się zaczynał. Ja tam byłem po raz pierwszy, a moi współpiechurzy po raz drugi. Trasę tego dnia można obejrzeć klikając na ten link.

Zanim ruszyliśmy z Radziejów dalej na południe, zrobiłem jeszcze zaopatrzenie w miejscowym sklepie. Przede wszystkim zakupiłem wodę i tak przygotowany mogłem ruszyć w dalszą drogę. Prowadził nas dalej czerwony szlak. Najpierw minęliśmy Pilwę. Potem szliśmy jeszcze przez Dobę (gdybym to powiedział, zamiast pisać, byłby z tego żart językowy). W Dobie zeszliśmy ze szlaku w stronę jeziora Dobskiego. Zrobiliśmy tam sobie mały popas, który trwał prawie pół godziny.

Później szliśmy już tak, jak szlak prowadził, bez żadnych skoków w bok. Kolejny postój, ale krótszy, zrobiliśmy sobie doszedłszy do brzegu jeziora Dejguny. Sama wędrówka nie obfitowała w ciekawe wydarzenia. Prowadziła częściowo lasami, gdzie cięły nas komary, a częściowo polami, gdzie przypiekało słońce. Kilka kilometrów przed celem wędrówki weszliśmy na krótko na drogę wojewódzką, której poboczem prowadził szlak. Po przejściu tego odcinka, którym zresztą oddaliliśmy się od celu, zrobiliśmy kolejny postój. Do tego momentu niewiele się działo, bo miejscowości po drodze mieliśmy niewiele. Dopiero przed samą metą tego etapu trafiły się tereny gęściej zabudowane czyli Wronki i Niegocin. We Wronce zatrzymaliśmy się tego dnia po raz ostatni, żeby zrobić zakupy w sklepie. Od tego miejsca szliśmy już prosto na kemping nad jeziorem Niegocin.

Wędrówka tego dnia była długa i męcząca ze względu na słoneczną pogodę. Zrobiliśmy około 29 km pieszo. Po takim wysiłku należało odpocząć i coś zjeść. Najpierw zająłem się tym drugim, a resztę czasu chciałem poświęcić na to drugie. Jednak będąc tak blisko Giżycka, chciałem wybrać się do miasta, żeby przypomnieć sobie wyprawę sprzed 11 lat, na którą wybrałem się z A. To była moja pierwsza wyprawa pod namiot i w jej trakcie wylądowaliśmy m.in. w Giżycku, gdzie spędziliśmy kilka dni. Chciałem sobie teraz obejrzeć znajome miejsca, ale zmęczenie sprawiło, że trudno mi się było do tego zebrać. Dodatkowo ponieważ R. i P. byli już wcześniej w Giżycku z racji pierwszego noclegu w Wilkasach i miasto już zwiedzali, nie mieli specjalnie chęci się tam wybierać.

Jednak ostatecznie ruszyłem tam niekoniecznie dlatego, że chciałem. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiego powodu, ale stwierdziłem, że muszę odwiedzić aptekę (być może chodziło o zaopatrzenie się w Stoperan). A ponieważ na miejscu apteki albo nie było, albo nie była już czynna (sprawa wynikła pod wieczór), więc zdecydowałem się pójść do Giżycka. Nie był to dobry pomysł. To było dalej, niż mi się wydawało. A zmęczenie z każdym krokiem dawało się bardziej we znaki. Jakby tego było mało, poszliśmy na skróty przez las i komary cięły nas tam niemiłosiernie.

W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy warto iść dalej, czy lepiej zawrócić. Początkowo uznałem, że skoro już tyle przeszliśmy, to głupotą byłoby zawracać. Jednak im dłuższa stawała się droga (to znaczy, im dłużej nie było widać celu) tym bardziej miękłem. Ostatecznie jednak zawróciliśmy. Na szczęście fakt, że nie doszedłem do apteki i nie zrobiłem zakładanych zakupów, nic nie dolegało mi już do końca tego dnia i następnego z rana. Może poza bolącymi nogami, bo do zrobionych już kilometrów doszło kolejne kilka. Za to po tak męczącym dniu dobrze się spało. Zwłaszcza, że oczywiście będąc nad jeziorem tradycyjnie wzięliśmy w nim kąpiel. To co prawda nie zniwelowało skutków zmęczenia, ale złagodziło je.

OWRP 2013 – krótkie podsumowanie

poniedziałek, 22 Lipiec 2013

Zakończył się kolejny, mój ósmy, OWRP i zanim wezmę się za jego opisywanie na łamach blogu, chciałbym na gorąco podsumować go w kilku zdaniach.

Najkrócej i najogólniej napisać mogę, że tegoroczny OWRP był udany. Rozwijając tę opinię mogę napisać, że organizatorzy się spisali, kierownictwo było sympatyczne i kompetentne (choć w połowie wyjątkowo rozgadane), noclegi w przyzwoitych warunkach, a okolice ciekawe. Oczywiście były też mankamenty. Na przykład to, że w porządną mapę trzeba się było zaopatrzyć samemu, bo te, które dostarczyli organizatorzy w ramach materiałów krajoznawczych, nie były najwyższych lotów. Jedna była mocno schematyczna, a druga obejmowała tylko część tras. Dlatego w mapę, poza własnymi – wydrukowanymi, zaopatrzyłem się już na miejscu po kilku dniach rajdu.

Trochę nietypowo ponarzekam na coś, co z początku bardzo mi się spodobało (i pewnie nie tylko mnie), ale w praktyce nie za bardzo się sprawdziło. Chodzi mianowicie o wielokrotne noclegi. Z jednej strony to spore udogodnienie, kiedy się nie musi każdego ranka składać namiotu, a każdego popołudnia rozkładać. Ale okazuje się, że to po pierwsze rozleniwia, a po drugie… prowadzi do większego zabałaganienia namiotu.

Oczywiście bałagan w namiocie jest sprawą indywidualną, ale będąc kilka dni w jednym miejscu chyba każdy w większym stopniu przeczesuje swoje bagaże i wyciąga z nich różne rzeczy niż kiedy spędza tam tylko jedną noc. Co do rozleniwienia, to łatwiej zmobilizować się do wędrowania, kiedy się ma świadomość, że na kolejnym nocleg trzeba się przemieścić, niż kiedy się będzie nocować w tym samym miejscu. Z tego powodu ja na tym OWRP zrobiłem dość mało, jak na tę imprezę, kilometrów, bo jedynie 185.

Oczywiście to jest subiektywna opinia i pewnie mało kto ją podziela. Ale może takie spojrzenie też warto przedstawić. Zdaję też sobie sprawę z tego, o czym mówił kierownik naszej trasy, że obecnie trudniej załatwić nocleg, więc łatwiej jest w jednym miejscu przespać kilka nocy niż szukać dodatkowych miejsc na trasie. Nie mogę też nie docenić tego, że dzięki zatrzymaniu się na jeszcze jedną noc (co nie było planowane) w miejscu jednego z wielokrotnych noclegu, uniknęliśmy kłopotów. Inna trasa, z którą mieliśmy dzielić nocleg, doszła na miejsce i zastała m.in. miejsce noclegu zalane wodą po kostki. Nam to zostało oszczędzone, za co chylę głowę przed naszym kierownikiem. :)

Reasumując: organizacja była bardzo dobra. Jeśli coś natomiast uwierało, to wyłącznie to, co robili niektórzy współuczestnicy trasy. Ale większość tego i tak szybko się zapomina. A o tym, czego ewentualnie nie zapomniałem, napiszę przy okazji szczegółowego opisu rajdu. Jak zwykle nie wiem, kiedy się tym zajmę. Raczej jeszcze nie w tym roku. :)

Przyszło mi jeszcze na myśl, żeby napisać o dwóch sprawach. Po pierwsze, nie będzie w tym roku uzupełnień słowniczka OWRP, bo żadne nowe hasło mi na myśl nie przyszło. Po drugie, nie ukuliśmy w tym roku hasła OWRP, bo samo się jakoś nie wyłoniło. Ale mieliśmy bogactwo bon motów, którymi, niezamierzenie, sypała D. Myśleliśmy nawet, żeby któryś z nich uczynić hasłem, ale wybór był trudny, bo niemal każdy był zacny. Na przykład taki: Jestem już gotowa, ale jeszcze się nie ubieram (wygłoszony na trasie…) albo: Jak idę w tych butach, to się moczę (wątpliwe uroki starszego wieku?). :)

Kolejny dzień 51. OWRP powitał nas nieprzyjemną pogodą. Było wilgotno, chłodno i padało. Z tych trzech okoliczności tylko ta druga była w miarę korzystna, bo niedobrze jest, kiedy na trasie jest zbyt ciepło. Jednak takie poranki, jak ten 14 lipca 2010 roku, nie nastrajają zbyt pozytywnie. Przypomniał mi się pierwszy dzień OWRP sprzed dwóch lat, kiedy wychodziliśmy rano z Malborka w siąpiącym deszczu. Tamten dzień był jednak przełomowy, a i ten opisywany obecnie ostatecznie był dużo przyjemniejszy niż się na to początkowo zanosiło.

Nie pamiętam już, czy namioty udało nam się złożyć w miarę na sucho odczekawszy, aż deszcz przestanie chwilowo siąpić. Pamiętam jednak, że nawet jeśli taka chwila bez deszczu się trafiła, to nie trwała zbyt długo, bo całe przedpołudnie towarzyszył nam deszcz. Miałem nadzieję, że przejdzie, więc początkowo nie wdziałem na siebie przeciwdeszczowego płaszczyka, ale po jakimś czasie uznałem, że lepiej go włożyć. Trasę tego dnia umieściłem pod tym linkiem.

Na początek postanowiliśmy obejść bunkry znajdującego się tuż pod bokiem Oberkommando des Heeres w Mamerkach. Poprzedniego dnia powiedziano nam, że za zwiedzanie się płaci. Nastawiliśmy się więc na to, że trzeba będzie wyłożyć trochę gotówki. Tymczasem obeszliśmy spory teren, co widać na podlinkowanej mapie i… nie było ani komu, ani gdzie zapłacić. Może to dlatego, że na ten teren weszliśmy po prostu po pierwszej dobrej drodze, jaka odchodziła wgłąb od asfaltowej szosy. Nigdzie nie było żadnego ogrodzenia, ani drogowskazów. Możliwe, że w pewnym sensie zabłądziliśmy. Ale i tak zobaczyliśmy wiele ciekawych rzeczy.

Żałuję, że nie mamy zdjęć, które tam były robione, bo na pewno wyszłyby ciekawie. Jedną z atrakcji, jaką sobie zafundowaliśmy, było przejście między bunkrami zachowanym kanałem technicznym. Początkowo miałem obawy, czy się tam zmieszczę, ale okazało się, że nawet z plecakiem na plecach przeszedłem bez komplikacji.

Kiedy już się nazwiedzaliśmy bunkrów, naodpędzaliśmy od komarów, naugniataliśmy wysokich traw i znudziło nam się chodzenie w deszczu po chaszczach, wróciliśmy na szosę i poszliśmy poboczem na południe w kierunku Pniewa. Samej miejscowości nie pamiętam. Możliwe, że była tylko punktem orientacyjnym na drodze do Sztynortu, gdzie dotarliśmy w okolicy południa. Zmęczeni wędrówką w deszczu, która jest bardzo nużąca ze względu na wątpliwą przyjemność maszerowania w nieprzemakalnych płaszczykach, usiedliśmy na zadaszonym tarasie knajpy, która dopiero zaczęła tego dnia swoją działalność.

Posiedzieliśmy tam dobrą godzinę, w czasie której zjedliśmy po rybce na obiad. Podczas tego posiedzenia zorientowaliśmy się, że przeszliśmy trochę za daleko, przez co będzie trzeba wrócić, żeby znaleźć się na właściwej drodze do miejsca noclegu. Faktem jest, że miejsce, w którym należało skręcić, było bardzo słabo oznaczone. A szlak prowadzący dalej akurat w tym miejscu wyznaczony niedbale i niejednoznacznie. Ale nie tylko my się zapędziliśmy. Całkiem sporo uczestników minęło nas i poszło dalej w przekonaniu, że idą w dobrym kierunku. Mapa jednak nie pozostawiała złudzeń. Idąc dalej można było dojść jedynie do brzegu jeziora Dargin. Ale oczywiście wzdłuż tego brzegu można było dojść do miejsca naszego noclegu, tylko zajęłoby to dużo więcej czasu.

My postanowiliśmy wrócić na szlak i przez kolejne dwie lub trzy godziny maszerowaliśmy najpierw jakby łąką, gdzie nawet nie było za bardzo widać, czy biegnie nią ścieżka, czy nie. Tak było na odcinku prowadzącym wzdłuż brzegu Jeziora Sztynorckiego. Dalej zaczęła się droga, która już wyraźnie odcinała się od otoczenia. Deszcz przestał siąpić już w Sztynorcie i powoli się rozpogadzało. Zaczęło wychodzić nawet nieśmiało słońce, które wysuszyło nas nim doszliśmy do miejsca noclegu. A miejsce to było zacne. Jak rzadko kiedy. :)

Nocleg bowiem tym razem zaplanowany został… u sołtysa na polu. Dosłownie. Namioty rozłożyliśmy na rżysku. Za kran służył podciągnięty szlauch. Dobrze, że były podstawione dwa toi-toje, bo inaczej użyźnilibyśmy sołtysowi pole. Najciekawsze jednak było sąsiedztwo po drugiej stronie szosy. Bardzo spokojne. Był to mianowicie miejscowy cmentarz. To chyba był jedyny nocleg, na którym nie mieliśmy pod ręką jeziora, ale kilka osób wybrało się do najbliższego akwenu, żeby się popluskać.

Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że pisząc powyższe narzekam. Nie. Ja naprawdę nie potrzebuję wiele do szczęścia na OWRP. Pole było akurat, bo równe, miękkie (szpilki wchodziły bez kłopotu) i suche. Miejsca sporo. Kibelek niedaleko. Brak pryszniców i innych urządzeń sanitarnych przy tej liczbie kąpieli, jakie mogliśmy na tym OWRP zażywać na trasie, to był pryszcz. A poza tym mieliśmy całkiem blisko do sklepu. Słowem, było bardzo dobrze. Ale jednocześnie zabawnie. I za to właśnie lubię OWRP, bo gdzie indziej może się coś takiego zdarzyć, żeby nocować całą bandą na polu sołtysa w sąsiedztwie cmentarza?

Wieczorem było ognisko, na którym spędziliśmy trochę czasu karmiąc komary. A kiedy już się nam to znudziło, poszliśmy spać i przynajmniej ja zasnąłem snem sprawiedliwego. I tak skończył się kolejny dzień OWRP 2010. Kolejny w następnej notce. :)