Pociąg przyjechał, zająłem swoje miejsce i pojechaliśmy. Za oknem trochę padało, ale ponieważ była noc, nie miało to większego znaczenia. Próbowałem się zdrzemnąć, ale siedzenia w przedziale nie miały zagłówków między miejscami, więc nie mając o co oprzeć głowy miałem trudność w przyjęciu pozycji sprzyjającej drzemce. Mimo to udało mi się kilka razy zamknąć na dłużej oczy i odpłynąć nieco od rzeczywistości.

Dzień, który wstał po nocy spędzonej w podróży, nie zapowiadał się ciekawie. Było pochmurno, chłodno i zanosiło się na deszcz. Mało pociągający początek majówki. W czasie podróży wymieniłem kilka SMS-ów z R., żeby dowiedzieć się, czy też już jest w drodze. Myślałem, że może nawet jedzie tym samym pociągiem, ale okazało się potem, że przyjechał autobusem. Spotkaliśmy się na dworcu w Międzyzdrojach, gdzie po mnie wyszedł razem z P.

Przywitaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejsca naszego zakwaterowania, którym okazał się Dom Turysty PTTK (zdjęcie jest nieaktualne, bo w tej chwili nie ma tej drogi, która na zdjęciu jest przed budynkiem). Na miejscu nie było jeszcze B., która załatwiała naszą rezerwację, ale była jakaś pani w recepcji. Była i kipiała energią, ale nie był to ten rodzaj pozytywnej energii, jaką często emanują turyści i organizatorzy turystyki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że z pewną trudnością udawało się nam z nią dogadać, bo rozmowa od razu przybrała formę wielowątkową. Pani nie do końca widziała, czego chce się od nas dowiedzieć, ani jak otrzymane od nas informacje skonsumować. Zauważyłem, że obecność większej liczby osób najwyraźniej ją rozprasza i wprowadza jeszcze większe zamieszanie w jej działaniach, więc zostawiłem R. i P. w recepcji, żeby poszukać bankomatu i uzupełnić rezerwy gotówki. Chciałem opuścić pomieszczenie po angielsku, ale nie udało mi się, gdyż moje oddalenie się zostało zauważone przez panią recepcjonistkę, która zapytała mnie, dokąd idę, co wprawiło mnie w krótkotrwałą konfuzję. Podsumowując to spotkanie napiszę, że pani zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby rejestrującej zbyt wiele bodźców z otoczenia i nie dającej sobie rady z ich selekcją, hierarchizowaniem i reagowaniem wyłącznie na te najważniejsze. Efektem był męczący chaos działania. Z wyraźną ulgą opuściłem jej towarzystwo.

Nie zdążyłem jeszcze na dobre wyjść z budynku, kiedy pojawiła się B., co przyjąłem z niejaką ulgą, bo zakładałem, że ciężar dogrania sprawy naszego zakwaterowania weźmie na siebie. Co prawda zakładałem, że może to być przyczyną nasilenia chaosu, bo kolejna osoba, i to będąca źródłem silnych bodźców, mogła panią recepcjonistkę do reszty rozstroić, ale miałem to głęboko w nosie. Zapiąłem kurtkę, założyłem kaptur, bo cały czas albo mżyło albo się na to zanosiło i wyszedłem.

W drodze do bankomatu ktoś mnie zawołał po imieniu. W pierwszej chwili nie poznałem A., którego nie widziałem od roku. Ludzie w tym wieku bardzo się zmieniają w ciągu 12 miesięcy. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości i gładkich zdań poinformowałem go, że idę zatankować portfel i ruszyłem dalej. Ale po kilku krokach znów usłyszałem, jak znów ktoś woła mnie po imieniu. Tym razem miałem z identyfikacją osoby poważny problem. Starszy, drobnej budowy człowiek (niech mi wybaczy, jeśli to czyta) ostrzyżony krótko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakiś tutejszy. Może dlatego, że wyglądał na wysmaganego wiatrem i falami starego wilka morskiego. Zacząłem szybko przetrząsać zakamarki pamięci, żeby przypomnieć sobie, czy jest jakakolwiek szansa, że mam znajomego w Międzyzdrojach? Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Wreszcie po zdecydowanie za długiej chwili doznałem olśnienia: to był J. zwany częściej I., czyli ojciec A. i mąż B. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że ostatnio widziałem go prawie dwa lata temu, a poza tym nie spodziewałem się tam po prostu jego obecności. Z racji tej zdecydowanie zbyt długiej identyfikacji, na tyle długiej, że nie mogła nie zostać zauważona zwłoka, miałem do końca naszego wyjazdu niewielkie, ale dolegliwe poczucie winy. U mnie to się co prawda dość często zdarza, że mnie ktoś rozpozna pierwszy, zanim ja rozpoznam jego, ale bardzo rzadko bywa tak, że trwa to tak długo. Pocieszałem się myślą, że nie musiałem pytać “przepraszam, ale skąd my się znamy?”, albo udawać, że kogoś znam, a o kogo tożsamości nie miałbym pojęcia. Zmieszany, ale nie wstrząśnięty wydusiłem z siebie jeszcze bardziej zdawkowe słowa powitania oraz zaskoczenia tym miłym spotkaniem, po czym poczuwszy się jak skończony kretyn podążyłem w stronę bankomatu, który na szczęście nie był zbyt daleko.

Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, że sprawy zostały w międzyczasie załatwione i mogliśmy się rozlokować w naszych pokojach. My we trzech, tzn. ja, R. oraz P. dostaliśmy trójkę na pierwszym piętrze tuż przy świetlicy (która była o połowę mniejsza od naszego pokoju), a B. z rodziną trafili piętro wyżej. Oprócz wymienionych osób uczestniczyli jeszcze w tej majówce znajomi B., ale z racji tego, że rzadko wchodziliśmy ze sobą w interakcje i nie trzymaliśmy się kurczowo kupy, nie jestem dziś w stanie odtworzyć ani ich dokładnej liczby tej grupy, ani imion jej członków, ani nawet łączących ich wzajemnych relacji. Była co prawda okazja bliższej integracji przy alkoholu, ale nie wzięliśmy w niej udziału, bo akurat mieliśmy inne plany. Jak sobie przypomnę, kiedy to było i jakie to były plany, to może wspomnę o tym jeszcze w kolejnych częściach relacji. A na dziś to wszystko.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog