Wyjazd do Wilna – część szósta
piątek, 14 marzec 2008
Jazda do Troków zajęła nam około pół godziny, który to czas spędziliśmy stojąc w zatłoczonym mikrobusie. Trochę z własnej winy staliśmy, bo mając wykupione w kasie bilety mieliśmy prawo zająć miejsca, których numery były na tych biletach. Dowiedzieliśmy się tego empirycznie będąc świadkami bezceremonialnego wypraszania z miejsc jednych pasażerów przez innych, tych z biletami z kasy. My jednak staliśmy całą drogę. Nie wiem, jak R. i P., ale za siebie mogę napisać, że po pierwsze jako gość w obcym kraju nie chciałem się tak szarogęsić, po drugie trudno się wykłócać o swoje, kiedy się nie zna języka, wreszcie po trzecie nie jestem jakimś cherlakiem i te pół godziny mogę postać w autobusie.
W Trokach wysiedliśmy na dworcu autobusowym i pierwsze, co poczułem, to upiorny ziąb. Wiedziałem, że będzie zimno i byłem do tego przygotowany, ale i tak zmarzłem jak psi nos. Najpierw ruszyliśmy w kierunku zamku. To był pierwszy punkt programu. Po drodze zajrzeliśmy do miejscowej informacji turystycznej, gdzie kupiłem kilka kart, znaczki pocztowe i znaczek w kształcie połączonych drzewcami flag: polskiej i litewskiej (noszę go teraz przypiętego do kurtki). Zanim jednak ruszyliśmy w miast, R. sfotografował jego plan na dworcu. A oto on (te dopiski na nim poczynione nie są naszego autorstwa).

W drodze do zamku mieliśmy odwiedzić muzeum społeczności karaimskiej, ale kobieta, która nam otworzyła po dłuższej chwili dobijania się do budynku, powiedziała, że jeśli najpierw zwiedzimy zamek, a potem to muzeum, to dostaniemy znaczną zniżkę w opłacie za wstęp. Dlatego też zdecydowaliśmy się jednak iść najpierw do zamku, który na pięknej fotografii zamieszczonej przeze mnie poniżej, uwiecznił R.

Zamek w Trokach mieści się na wyspie, co zresztą widać na załączonym powyżej planie miasta. To ewenement na skalę światową. Żeby do niego dojść trzeba przejść po dwóch mostkach. Ten drugi widać nawet na powyższym zdjęciu. Kiedy pokonywaliśmy pierwszy z nich do uszu naszych dolatywała melodia fletu. Biorąc pod uwagę mróz i mocno wiejący wiatr, podejrzewałem początkowo, że jest to jakiś czarodziejski flet, bo jakiż flecista w tak nieprzyjazną pogodę dawałby publicznie koncert na otwartym powietrzu? Po dojściu do końca mostu okazało się, że był to jednak flecista z krwi i kości i do tego dziecko. Chłopiec na oko w wieku 8-10 lat siedział na pieńku i grał na flecie. Zwykle w takich wypadkach nie daję pieniędzy i tak też zrobiłem tym razem. Ale poszedłszy dalej doszedłem do wniosku, że tę determinację warto by jednak docenić. Nie zdecydowałem się jednak zawrócić, ale powziąłem postanowienie, że jeśli wracając spotkamy tego młodocianego muzyka ponownie to dam mu 10 a może nawet 20 litów i przegonię do domu (o ile by mnie zrozumiał i posłuchał). Niestety, w drodze powrotnej już go nie spotkałem. Trudno.
O samym zamku pisać dużo nie będę. Poniżej zamieszczam jego plan sfotografowany przez niezawodnego R.

W zamku mieści się Muzeum Historyczne, które, jak wyczytałem, gromadzi 80.000 eksponatów. Ekspozycja jest rzeczywiście bogata i ciekawa. Ilustruje życie polityczne, kulturalne, społeczno-obyczajowe Litwy na przestrzeni dziejów. Są tam też średniowieczne militaria oraz dokumenty i zbiory dotyczące historii litewskiej państwowości. Mnie najbardziej wzruszyły tam dość liczne polonica. Litwini mogą mieć nam za złe to, że Piłsudski po I wojnie światowej zaanektował część Litwy, w tym obecną stolicę – Wilno oraz m. in. Troki, ale szanuję ich za to, że pamiątki z tego okresu, w tym np. polskie obligacje, świadectwa, dokumenty, czy nawet publikacje świadczące o dbałości polskich władz o historyczne dziedzictwo tych terenów (artykuły na temat badań genealogicznych i prac restauratorskich) są prezentowane tuż obok dokumentów litewskich. Obecność polskiego państwa na tych terenach w czasie międzywojennym w moim odczuciu nie jest tutaj wstydliwie ukrywana. Ale może to wyłącznie moje wrażenie. Jeśli jednak nawet tylko ja, jako Polak, odniosłem takie wrażenie, to niezależnie od wszystkiego Litwini zasłużyli sobie za to na mój szacunek.
Po zwiedzeniu zamku ruszyliśmy z powrotem do miasta, żeby zapoznać się ze specjałami kuchni karaimskiej, bo Karaimowie są obok zamku drugą przyczyną, dla której warto odwiedzić Troki. O spotkaniu z kuchnią i kultura karaimską napiszę w kolejnej części, ale teraz jeszcze na zakończenie muszę wspomnieć o bardzo miłym spotkaniu, do jakiego doszło, kiedy w drodze powrotnej z zamku zeszliśy na stały ląd. Zatrzymaliśmy się wtedy na chwilę, żeby zdecydować, który z karaimskich lokali odwiedzimy i wtedy wyszedł nam na spotkanie niezbyt wysoki, blondwłosy opryszek. Wygląd miał może mało przyjazny, ale za to bardzo przyjaźnie się wobec nas zachowywał. Pewnie większość czytelników tej notki wie, kim był Lew Trocki, nie będę się więc tutaj streszczał jego biografii i przejdę od razu do informacji, że spotkaliśmy jego dalekiego kuzyna. Kuzyn ten w przeciwieństwie do swojego bardziej znanego antenata nie zajmuje się polityką, ale bardziej przyziemną działalnością, mianowicie tępieniem gryzoni. Mimo że na co dzień na pewno bardzo zajęty, znalazł chwilę, żeby się z nami przywitać. R. uwiecznił moje z nim spotkanie na poniższej fotografii. Panie i panowie, oto Kot Trocki, daleki krewny Lwa Trockiego. ;)







