Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część ósma
środa, 25 luty 2009
Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i tak też było w przypadku Majówki w 2008 roku. Ostatni jej dzień poświęciliśmy na powrót do domów. Jedni mieli blisko (B. i spółka) inni dalej (R., P. i ja). Powrót do domu nasza trójka zaplanowała pociągiem. Nie pamiętam już dokładnie, jak wracali R. i P., poza tym, że do Szczecina wracali razem ze mną. Ale ten właśnie fragment naszego wspólnego powrotu wart jest opisania.
Najpierw mieliśmy problem z nabyciem biletów. Kolejka do kasy była długa i poruszała się niemrawo, a tymczasem godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. Wreszcie pani z kasy zaanonsowała, że kto chce jechać najbliższym pociągiem, ma podejść bez kolejki. Myślałem, że dostaniemy bilety, ale gdzie tam. Pani wydawała zaświadczenia, że nie mogliśmy na czas zakupić biletów. Dzięki temu można było je zakupić w pociągu bez uiszczania dodatkowej opłaty. Tak też zrobiłem. Bilet na dalszą podróż do domu w tej sytuacji musiałem kupić w Szczecinie. Czasu miałem mieć wystarczająco dużo, o ile pociąg dojechałby na czas.
Wsiedliśmy do pociągu w Międzyzdrojach. Pociąg był już dość zatłoczony, więc musieliśmy zająć miejsca stojące, ale jakiegoś wyjątkowego tłoku nie było. Do czasu. Gdzieś w połowie drogi do Szczecina, na stacji o wdzięcznej nazwie Rokita, czekała niespodzianka. Niespodzianką było mrowie harcerzy z pełnym ekwipunkiem, którzy najwyraźniej mieli zamiar wsiąść do naszego pociągu. Pomysł był zdecydowanie karkołomny, bo w pociągu już było ciasnawo, a harcerzy było tylu, że zwątpiłem, czy ten pociąg wszystkich nas pomieści, nawet jeśli będziemy jechali ściśnięci jak sardynki w puszce. Oni jednak nie zniechęceni zaczęli się pakować do pociągu.
Ludzie znajdujący się już w pociągu, kiedy zobaczyli, co ich czeka, zaczęli przekonywać harcerzy, żeby sobie dali spokój. Ale bez skutku. Tamci argumentowali, że PKP sprzedała im bilety i zamierzają jechać (jakby nie mogli się podzielić np. na dwie grupy i pojechać dwoma pociągami). Ładowanie harcerzy do pociągu szło opornie. Widząc to w pewnym momencie jeden z funkcyjnych harcerzy zaproponował, żeby wszyscy pasażerowie wysiedli z pociągu, pozwolili im się w nim rozlokować, a potem sobie wsiedli. Można sobie wyobrazić, jakie reakcje wywołała ta propozycja. To, że pomysłodawca nie został za swój pomysł zlinczowany, zawdzięcza tylko temu, że nikt nie odważył się wysiąść z pociągu mając uzasadnione obawy, że by już do niego nie wsiadł.
Nie wiem, jakim cudem, ale udało się jakoś te harcerstwo w pociągu upchać. Ale dalsza jazda wyglądała tak, że ja praktycznie nie mogłem się nawet obrócić i gdybym chciał, to mógłbym podnieść jednocześnie obie nogi bez żadnych gwałtownych konsekwencji.
Przy okazji tego bliskiego spotkania przyjrzałem się harcerzom, a przede wszystkim ich ekwipunkowi bliżej i szczęka mi opadła. Każde z nich dźwigało ze dwie torby o wielkości dorównującej czasami ich wzrostowi. Stwierdziłem, że chyba przed wyjazdem każde z nich ogołociło lodówkę i ze dwie szafy z ubraniami. Co ciekawe, o ile zauważyłem, nie mieli ze sobą śpiworów ani namiotów. Natomiast każdy miał ze sobą siekierkę. Nie wiem, po co? Jednemu dziewczęciu wdzięcznie wystawał z plecaka nóż ostrzem wymierzonym na zewnątrz, który w warunkach panującego ścisku groził śmiercią osobom z najbliższego otoczenia przy gwałtowniejszym hamowaniu.
Przyznam, że nie szczędziłem złośliwości dokonując kolejnych obserwacji. Jacy z nich harcerze, pokpiwałem (sam też zresztą należałem do ZHP), jeśli na trzy dni biwaku zabierają ze sobą pół chałupy? Gdyby mieli jechać na jakiś dłuższy pobyt, to pewnie każde z nich ciągnęło by za sobą samochodową przyczepkę wypełnioną ekwipunkiem. Ja na dwa tygodnie OWRP pakuję mniej bagażu niż oni na trzy dni.
Jakimś cudem wylądowałem wreszcie w Szczecinie, ale pociąg był mocno opóźniony. Groziło mi, że nie zdążę kupić biletu, jeśli będzie kolejka w kasie. Na szczęście R. wcześniej powiedział mi, że na dworcu, po drugiej stronie, jest taka samotna kasa, gdzie może nie być kolejki. Popędziłem tam od razu (akurat miałem tam blisko) i rzeczywiście bez żadnej kolejki udało mi się kupić bilet. Z ulgą poszedłem na właściwy peron i zająłem miejsce w pociągu. Zdążyłem.
Niestety, dużo mniej szczęścia miałem w Kutnie, do którego mój pociąg przyjechał spóźniony dokładnie o tyle, żebym z hamującego przy peronie pociągu widział ruszający pociąg, który miał mnie dowieźć do domu. Niestety, był to ostatni pociąg tego wieczoru. Cała nadzieja pozostała w PKS-ie. Ruszyłem na dworzec, ale zabrakło mi wyobraźni, bo dworzec w Kutnie leży na uboczu i niektóre autobusy w ogóle tam nie zajeżdżają. Tak właśnie było z autobusem, który mógłby dowieźć mnie do domu, gdybym się nie oddalał za bardzo z dworca PKP, a przeszedł tunelem do końca i tam czekał na przystanku. Niestety, uświadomiłem to sobie za późno. Dzięki czemu spędziłem noc na dworcu PKP w Kutnie, co do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy.
Rano byłem tak wyczerpany, że nie kontrolowałem się i wbrew własnej woli zasypiałem w pociągu wiozącym mnie do domu. W przebłyskach świadomości widziałem, że dziwnie przygląda mi się konduktor, ale na szczęście nic się mnie nie czepiał. Bilet miałem, nie rozrabiałem, a jeśli nieogolony i po nieprzespanej nocy nie wyglądałem zbyt przyjaźnie, to jemu nic do tego. W domu byłem wczesnym rankiem i pierwsze, co zrobiłem, to wykąpałem się i rymsnąłem do łóżka, żeby choć trochę odespać zarwaną noc. Tak zakończyła się moja Majówka w 2008 roku.
Wyjazd do Wilna – część jedenasta (ostatnia)
poniedziałek, 26 maj 2008
Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu na Litwie. Tego dnia przed południem mieliśmy zaplanowany powrót pociągiem z przesiadką w Szestokai. Niby pora naszego odjazdu z Wilna nie była jakoś specjalnie wczesna i niby my sami tego dnia wstaliśmy o rozsądnej porze, a jednak okazało się, że gdzieś pomiędzy godziną pobudki, a godziną odjazdu zmitrężyliśmy nieco za dużo czasu i ostatecznie na dworzec udaliśmy się już prawie biegiem. R. miał wcześniej jeszcze w planach odwiedzenie sklepu spożywczego, ale te plany musieliśmy między bajki włożyć. Nie dość, że nie starczyło czasu na wizytę w sklepie, to jeszcze R. narzucił takie tempo, że kiedy wsiadłem do pociągu, to czułem, że cały jestem mokry, a tu i ówdzie spływa po mnie wąska strużka potu (a przypominam, że była to zima).
R. chciał zrobić zakupy w spożywczym, a ja chciałem wysłać kartki, które napisałem przed wyjazdem, więc uznaliśmy, że może obie te sprawy da się załatwić w Szestokai (lit. Šeštokai). Każdy, kto był chociaż raz w tej miejscowości, w tym momencie może się uśmiechnąć z politowaniem. My teraz też jesteśmy bogatsi o wiedzę, że Szestokai, to dziura zabita dechami. Żadnego supermarketu tam nie ma. A ponieważ na dodatek była niedziela, więc nawet na zakupy w zwykłym sklepie spożywczym nie można było liczyć. R., który poszedł na rekonesans, udało się jedynie wrzucić moje pocztówki, bo skrzynka na listy akurat mu się nawinęła pod rękę.
Niedługo po naszym przyjeździe przyjechał pociąg z Polski, do którego wkrótce się zapakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do granicy zastanawialiśmy się, w którym miejscu ona przebiega. Ja próbowałem do odgadnąć obserwując… linię elektryczną średniego napięcia biegnącą wzdłuż torów. Doszedłem do wniosku, że tego typu linie na pewno nie przekraczają granicy (choć może jestem w błędzie), więc kiedy ta linia skręci i odejdzie od torów, to będzie wskazówka, że granica jest blisko. Ostatecznie nie udało mi się tego momentu zauważyć, ale za to wiedzieliśmy, kiedy znaleźliśmy się już w Polsce, bo na pierwszej stacji, na której zatrzymał się nasz pociąg, wsiedli do niego panowie ze Straży Granicznej. Paszportów nie sprawdzali ani bagaży, ale przeszli przez cały pociąg, po czym wysiadłszy na kolejnej stacji odjechali samochodem, który prawdopodobnie po nich przyjechał.
Dalsza podróż upłynęła nam spokojnie aż do Warszawy Zachodniej, gdzie wysiedliśmy. R. i P. jechali dalej do siebie pociągiem, a ja przeszedłem na dworzec autobusowy, gdzie kupiłem bilet do mojego miasteczka i w oczekiwaniu na odjazd (miałem sporo czasu) spacerowałem sobie po dworcu. I tak zakończyła się nasza litewska wycieczka. Chcę tam jednak wrócić. Tym razem może jednak nie do samego Wilna, ale żeby zapuścić się głębiej na teren Litwy. Może zajrzeć nad morze, a może nad granicę z Łotwą. Zobaczymy. A jeśli te plany się zmaterializują, to na pewno opiszę na łamach tego bloga, jak było. :)






