OWRP 2008 – część trzynasta (Krynica – Piaski – Krynica)
sobota, 29 sierpień 2009
Wspomniałem w poprzedniej notce, że nocleg w Krynicy mieliśmy podwójny. Dlatego po pierwszej nocy mogliśmy cały kolejny dzień poświęcić na buszowanie po okolicy. Jak wykorzystaliśmy ten czas, to można zobaczyć klikając na poniższy link:
Link do opisywanej trasy w serwisie EveryTrail
Zanim zacznę opisywać trasę tego dnia, wspomnę, że tego dnia przeżyłem, nie wiem, czy to odpowiednie określenie, bo potocznie się go nadużywa, ale niech będzie, przeżyłem szok, kiedy zaobaczyłem pierwszą stronę Gazety Wyborczej. Trudno mi było uwierzyć w to, co było tam napisane, a napisane było, że nie żyje prof. Bronisław Geremek.
Tak się składa, że na OWRP dobrowolnie izoluję się od mediów. Internetu z przyczyn oczywistych nie mam, radia ze sobą nie zabieram, gazet nie kupuję. Prognozę pogody odczytuję rano z nieba (niekoniecznie trafnie). Czasem jednak, tak jak w tym przypadku, coś się z tego medialnego szumu przedostaje do mojej świadomości. Tak było tym razem, bo strona GW w żałobnym wydaniu krzyczała niemal do mnie ze stojaka.
Wracając jednak do OWRP, bo o śmierci prof. Geremka napisano od tamtego czasu wiele, a o tej imprezie nieco mniej, wypada napisać, co robiliśmy tego dnia. Otóż rano po zaopatrzeniu się w baterie i inne niezbędne artykuły pierwszej potrzeby wyruszyliśmy w kierunku granicy polsko-rosyjskiej. Jest to jedna z tych granic, które wciąż są dozorowane, więc w dobie Schengen zaliczyć ją można do atrakcji turystycznych.
Wcześniej nasz kierownik trasy proponując obejrzenie granicy prosił, żeby się do samej granicy za bardzo nie zbliżać. Podobno Rosjanie mają przy niej jakieś urządzenia śledzące ruch i każde podejście zbyt blisko powoduje alarm i telefony do polskiej Straży Granicznej. Jak się okazało na miejscu, podejście do samej granicy jest utrudnione, ale o tym napiszę dalej.
Po drodze do granicy nie zdarzyło się nic, co utkwiłoby mi w pamięci na tyle, żebym uważał, że warto o tym napisać. Pamiętam tylko pewne zdziwienie liczbą wejść na plażę, jakie mijaliśmy po drodze w okolicy, którą uważałem za słabo zaludnioną. Chyba nawet w Łebie nie ma tylu.
Może wspomnę też, że kiedy szliśmy, minął nas zmotoryzowany patrol Straży Granicznej, ale najwyraźniej nie wzbudziliśmy w nich podejrzeń, bo nie zatrzymując się pojechali dalej. Później za to my ich mijaliśmy, kiedy zatrzymali i trzepali jakiś samochód.
Do samej granicy nie podeszliśmy, bo wzdłuż granicy wyznaczona jest… ostoja dzikich zwierząt. Dziwna jest ta ostoja, bo ogrodzona płotem. Domyślam się, że ten płot bynajmniej nie ze względu na zwierzęta został postawiony. W każdym razie nie zdecydowaliśmy się iść dalej i zakłócać spokoju zwierzętom czy też Rosjanom. Ja zadowoliłem się zdjęciem na tle tablicy, która co prawda stała już za płotem, ale na tyle blisko, że zdecydowałem się do niej podejść.

Przy granicy polsko-rosyjskiej
Zamiast oglądania samej granicy ograniczyliśmy się do obejrzenia plaży. Płot odgradzający “ostoję zwierząt” był poprowadzony także tutaj. Ale przynajmniej można było rzucić okiem wzdłuż plaży i spojrzeć na rosyjską stronę. Za wiele tam nie zobaczyliśmy, co zresztą obrazuje kolejne zdjęcie.

Plaża w Piaskach - widok na stronę rosyjską
Z plaży poszliśmy kawałek wzdłuż płotu, a potem odbiliśmy na Piaski – najbardziej na wschód wysuniętą miejscowość, a właściwie dzielnicę Krynicy Morskiej. Po drodze spotkaliśmy lochę z małymi dziczkami. A ponieważ nigdzie nie było widać samca, zaczęliśmy żartobliwie spekulować, gdzie może być. Wymyśliliśmy między innymi, że pewnie poszedł z kumplami na piwo. No i udało nam się trafić. Kiedy tylko weszliśmy między pierwsze zabudowania naszym oczom ukazał się zaskakujący widok. To znaczy zaskoczył on mnie i prawdopodobnie także moich towarzyszy, ale z tego, co potem czytałem wnioskuję, że dla miejscowych taki widok to normalka. Otóż ulicą truchtał sobie dzik. To zszedł na chwilę gdzieś w zarośla, to wrócił na jezdnię. R. uwiecznił go na zdjęciu, dlatego mogę go tu przestawić.

Dzik w Piaskach
Myślę, że ten dzik postanowił przejść na wikt mieszkańców Piasek. My także postanowiliśmy coś przekąsić licząc na to, że tutaj może będzie taniej i smaczniej niż w samej Krynicy. Nie wiem, jakie mieli zdanie o obiedzie moi współtowarzysze, bo nawet jeśli ich o to spytałem, to już mi z głowy wyleciało, ale mnie obiad, jaki zamówiłem, smakował. Obiad był jak domowy. A i cena była rozsądna. Niestety, Piaski leżą w takiej odległości od Krynicy, że nie mając własnego środka transportu żywienie się tutaj nie byłoby rozwiązaniem sensownym.
Po obiedzie przyszedł czas na powrót na miejsce noclegu. Powrót na piechotę raczej nie był przez nas brany pod uwagę, chociaż odległość, jaką musielibyśmy pokonać nie była jakaś wyjątkowo duża. Jednak żeby nie iść po własnych śladach, musielibyśmy wracać drogą asfaltową, a to mnie przynajmniej nie pociągało. Wybraliśmy więc inną opcję i wróciliśmy PKS-em. Kurs w stronę centrum Krynicy był o takiej godzinie, że zdążyliśmy akurat zjeść obiad i prawie zaraz po nim wsiadaliśmy do autobusu.
Tego dnia nie zdarzyło się już nic więcej, co warto byłoby opisać. Ciąg dalszy w kolejnej notce.
OWRP 2008 – część jedenasta (Sztutowo – Przebrno)
piątek, 21 sierpień 2009
Dzień kolejny OWRP, czyli 12 lipca, rozpoczął się tradycyjnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pogoda dopisała. A nawet była nieco za dobra, bo dla piechura dobrze jest, kiedy w lecie słońce chowa się czasem za chmury. Uważam nawet, że może się schować na dobre, jeśli tylko nie będzie padało. Trasa, jaką przeszliśmy tego dnia, zilustrowana jest pod tym linkiem. Widać na niej wyraźnie, że najpierw szliśmy do oporu na wschód, a kiedy dalsza wędrówka w tym kierunku stała się niemożliwa, odbiliśmy na północ.
Na wschód parliśmy tak długo, jak się dało. A w miejscu, gdzie trzeba było już dokonać zwrotu, żeby nie zabrnąć do wody, poprosiliśmy P., żeby zrobił nam zdjęcie (wrzucone poniżej). To był najbardziej wysunięty na wschód kawałek tzw. Kobylej Kępy. Miejsce to było tak urokliwe, ciche i spokojne, że zawsze kiedy oglądam zrobione tam zdjęcie, sam nasuwa mi się jego tytuł jako “Gdzieś na krańcu świata…”. Jego oglądanie u innych nie budzi taki skojarzeń, ale ja jestem bogatszy o wspomnienie z okoliczności jego powstania.

Na krańcu świata...
Zanim doszliśmy do lokalnego “krańca świata”, napotkaliśmy reklamę pola namiotowego. Jeśli wierzyć tej reklamie, to pole to miało oferować luksus porównywalny tylko z najlepszymi w tej klasie obiektami. Zdziwiłem się, że pole namiotowe tej klasy znajduje się w tak mało uczęszczanej okolicy. Pomyślałem, że to może jakieś zakamuflowane miejsce wypoczynku znanych i bogatych, którzy nie lubią tłoku, ale cenią luksus. Rzeczywistość okazała się banalna. Kiedy reklamowane pole ukazało się naszym oczom, żałowałem, że nie zrobiliśmy wcześniej zdjęcia jego reklamy. Konfrontacja reklamy i rzeczywistości była tak zabawna, że mało nie usiadłem ze śmiechu. Niestety, opisać się tego nie da, a nie mając zdjęć nie mogę tego pokazać. Trzeba wierzyć na słowo albo wybrać się w te okolice i zweryfikować mój osąd. :)
Kolejnym ważnym przystankiem na naszej trasie były Kąty Rybackie. Tutaj odwiedziliśmy jakiś kościół (R. pewnie lepiej pamięta, jaki) i kupiliśmy sobie gofry, żeby zaspokoić pierwszy głód. Kościół był o tyle ciekawy, że pod stropem wisiała w nim łódź. Co widać na poniższym zdjęciu.

Łódź w kościele pod sufitem
Spotkaliśmy tutaj też chyba najstarszą uczestniczkę naszego rajdu, która wspomagała się w drodze rowerem. R. nawet uwiecznił ją na zdjęciu z tym rowerem, ale po namyśle zdecydowałem się tego zdjęcia tutaj jednak nie wrzucać. Pani H., bo taki jest skrót od jej imienia, wzbudzała we mnie uczucia ambiwalentne. Zaliczała się raczej do grona “ciotuń”, czyli osób wzbudzających z definicji irytację, choć w jej przypadku to się prawie nie sprawdzało. Ze względu na zaawansowany wiek i samodzielność, jaką zadziwiała, wzbudzała szacunek i uznanie. Podobnie z racji wieku, i związanych z tym pewnych zachowań, wzbudzała też rozbawienie. Ogólnie była (i pewnie jest, bo w tym roku widziałem ją na zakończeniu OWRP) osobą wzbudzająca we mnie więcej sympatii niż antypatii. Przyznam, że chciałbym w jej wieku mieć tyle samozaparcia, żeby jeździć na OWRP. Chciałbym zresztą w ogóle takiego wieku dożyć, co przy moich obciążeniach rodzinnych takie pewne nie jest. :)
Wracając na trasę warto napisać, że w Kątach Rybackich odwiedziliśmy Muzeum Zalewu Wiślanego. Ekspozycja była dość ciekawa, ale najbardziej przyciągnęła moją uwagę łódź zrobiona z patyków. Bardzo mi się ten “wyrób”, będący pracą dyplomową Dominika Kotarby z gdańskiej ASP, spodobał. Podziwiam cierpliwość autora. Do tego stopnia, że sam nabrałem ochoty, żeby coś takiego zrobić. :) Jak ktoś chce sobie o tym nieco więcej przeczytać, to zapraszam do kliknięcia na ten link. Poniżej jest zdjęcie tej łodzi zrobione przez R.

Łódź z patyków
W Kątach zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Ja, jeśli dobrze pamiętam, wziąłem rybę, a R. skusił się na golonkę. Nie przewidział tylko, że będzie ona taka wielka i tak poważnie obciąży jego żołądek i budżet. Zarówno budżet, jak i żołądek zniosły jednak to obciążenie dzielnie. Mój żołądek i budżet został mniej obciążony, bo dorsz, którego zamówiłem, nie był zbyt wielki, a za to był bardzo smaczny. Po obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę, która nie obfitowała już w jakieś ciekawe zwroty akcji. Tak doszliśmy powoli do Przebrna, gdzie mieliśmy zaplanowany kolejny nocleg.
Ten nocleg był zaplanowany chyba w najmniej komfortowych warunkach. Po pierwsze było tak ciasno, że stawialiśmy namioty niemal na styk. Nie dało się wyznaczyć żadnych “tras przelotowych”, które pozwalają nie wchodzić ludziom na “podwórka”. Po drugie warunki sanitarne były tak kiepskie, że niektórzy chodzili za potrzebą do pobliskiego lasu, bo trzy plastikowe sraczyki miały za duże powodzenie. Jako umywalnia służył szlauch z zimną wodą, który na dodatek nie miał zaworu na końcu, przez co mieliśmy co jakiś czas widok na scenki prawie kabaretowe pod wspólnym tytułem “poskramianie węża (ogrodowego)”. Rozbiliśmy się najbliżej sanitariatów, bo dalej brakowało już miejsca, więc widok mieliśmy najlepszy. Na poniższym zdjęciu jest widok odwrotny. Spod kibelków na pole późnym wieczorem.

Przebrno, wieczorny widok na pole namiotowe
Mimo ciasnoty i pionierskich warunków duch nasz nie upadał. W końcu to miał być tylko jeden nocleg, a z drugiej strony te warunki, w porównaniu ze znanymi tylko z opowieści pierwszymi OWRP, nosiły znamiona luksusu. W każdym razie w dobrym zdrowiu i humorze dotrwaliśmy do rana, kiedy wyruszyliśmy w dalszą drogę, o czym napiszę w kolejnej notce.
OWRP 2008 – część dziesiąta (Stutthof i wyjazd do Gdańska)
piątek, 7 sierpień 2009
Ponieważ w dotychczasowych wspomnieniach nie podawałem dat dziennych, więc tym razem dla odmiany napiszę, że część dziesiąta mojego opisu OWRP 2008 dzieje się dnia 11 lipca 2008 r. Tego dnia plan działań mieliśmy dość bogaty. Ze względu na to, że w Sztutowie zaplanowano nocleg podwójny (z czego byliśmy bardzo zadowoleni ze względu na warunki sanitarne), odpadało zwijanie obozowiska i marsz na kolejny nocleg. Cały dzień mieliśmy więc do własnej dyspozycji. I podzieliliśmy między dwie atrakcje turystyczne: zwiedzanie byłego obozu w Sztutowie oraz zwiedzanie Gdańska.
Zaczęliśmy od obozu. Nie będę się rozwodził o tym, co tam można zobaczyć. Jeśli ktoś już jakiś obóz zwiedzał, to wie. Jeśli nie, to niech sam zobaczy, bo żaden opis w tej delikatnej, specyficznej materii nie wydaje mi się odpowiedni. Zamiast tego napiszę tylko o moich odczuciach. Obóz nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Chyba nie dlatego, że jestem niewrażliwy. Sądzę, że raczej dlatego, że takie wrażenie zrobił na mnie dawno temu obóz w Majdanku. I tamtego doświadczenie żadna kolejna wizyta w obozie raczej nie przebije. Owszem, kilka rzeczy mnie zainteresowało. Na przykład powojenne losy osób sprawujących w obozie funkcje kierownicze. Zaciekawiła mnie też historia obozu, jego powstania, rozwoju i ewakuacji.
Po zwiedzaniu terenu obozu poszliśmy na przystanek PKS, żeby złapać autobus do Gdańska. Pogoda, która już wcześniej trochę się psuła, znów nam zrobiła psikusa, bo zaczęło dość mocno padać. Autobus jednak przyjechał na tyle szybko, że nie zdążyliśmy przemoknąć. Po drodze zaś pogoda się poprawiła, tak że przez większość dnia mieliśmy w Gdańsku piękne słońce. Choć nie do końca. Ale o tym napiszę później.
Z odwiedzin Gdańska zapamiętałem przede wszystkim wizytę w Centralnym Muzeum Morskim. Zwiedziliśmy ekspozycje w głównej siedzibie, co zajęło nam sporo czasu. Weszliśmy też do Żurawia. Robi wrażenie. Zwłaszcza mechanizm i przekroje elementów. No i oczywiście nie obeszło się bez zwiedzenia “Sołdka”.

Sołdek
Na tym ostatnim zrobiłem sobie zdjęcie. Nie było to ani pierwsze zdjęcie tego dnia, ani ostatnie, ale było szczególne. Otóż na tym samym “Sołdku” dałem sobie zrobić zdjęcie z grubsza dokładnie 9 lat wcześniej. W tym samym miejscu. Tamto zdjęcie wiąże się z pewnymi miłymi wspomnieniami, które jednak z czasem zostały powiązane z mniej miłymi przeżyciami i uczuciami. Dlatego chciałem symbolicznie “odczarować” to miejsce i tamte czasy. Wypełnić te same miejsca nową treścią i nowymi skojarzeniami. Poniżej wrzucam to drugie zdjęcie. Poniżej wrzucam to drugie zdjęcie. To pierwsze mam tylko w formie papierowej. Zresztą nawet gdybym miał skan, to bym go nie wrzucił.

Ster w ręku
Po zwiedzeniu “Sołdka” poczuliśmy się głodni, a że było to już dość późne popołudnie, więc pomyśleliśmy, że warto byłoby coś wrzucić na ruszt. R. znalazł jakąś polecaną restaurację i zasiedliśmy pod parasolem na świeżym powietrzu. Świeże powietrze się przydało, bo trochę nas przytkało, kiedy zobaczyliśmy ceny w menu. W pewnym momencie nawet rozważaliśmy znalezienie lokalu z przystępniejszymi cenami, jednak zostaliśmy.
Obiad, choć drogi, wart był swojej ceny, co z zadowoleniem skonstatowałem, między ostatnim kęsem, a rachunkiem. Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku dworca, żeby wrócić na miejsce noclegu. I wtedy właśnie zaczęła się psuć pogoda. Z początku nieśmiało, ale dość szybko zaczął padać deszcz, który zmienił się w końcu w rzęsistą ulewę. To była po prostu ściana wody. Niestety, nie byłem na taką okoliczność przygotowany i bardzo szybko przemokłem do suchej nitki. Nie przejąłem się tym jednak za mocno, bo był to ciepły, letni deszcz. Owszem, nie jest zbyt przyjemnie być mokrym od stóp do głów, ale na OWRP na wiele spraw patrzy się z większym dystansem.
Udało nam się złapać jakiś autobus do Sztutowa, a tymczasem pogoda poprawiła się na tyle, że po przyjechaniu na miejsce nie zmokliśmy dodatkowo, a nawet zdążyliśmy przeschnąć w drodze. Szkoda nam tylko było, że to ostatnia noc w tym miejscu, bo tak dobre warunki zdarzają się rzadko. Następnego dnia warunki miały się wyraźnie pogorszyć, ale to już temat na kolejną notkę.
OWRP 2008 – część dziewiąta (Mikoszewo – Sztutowo)
niedziela, 26 lipiec 2009
Na kolejny dzień OWRP 2008 mieliśmy zaplanowane przejście z Mikoszewa do Sztutowa. Trasa nie była długa, więc nie trzeba się było zrywać z karimat wczesnym rankiem. Spakowaliśmy się i zwinęliśmy namioty bez pośpiechu, jak na turystów z pewnym, ale jeszcze nie za długim, stażem przystało.
W okolicy wyjścia natknęliśmy się na znajomego uczestnika OWRP, zaawansowanego wiekiem i tuszą, który usiłował dowiedzieć się, kiedy będzie miał najbliższy pociąg do Sztutowa. Piszę “znajomego turystę”, choć właściwie na takim rajdzie wszyscy dość szybko stają się znajomymi z widzenia (chociaż jeśli trasa liczy ponad 100 osób, to czasem nie wszystkich się kojarzy nawet pod koniec). Tym razem był to jednak bliższy znajomy P. i R. z poprzedniego Rajdu, na którym mnie nie było, a ww. był tam kierownikiem trasy.
Skoro poruszyłem temat podwożenia, to przyznam przy okazji, że z początku mnie to podwożenie się innych uczestników irytowało. Źródła mojej irytacji były dwojakie. Po pierwsze podwożący się zwykle docierali na miejsce pierwsi i zajmowali lepsze miejscówki na noclegowisku. Po drugie uważałem, że skoro impreza ma w nazwie “Rajd Pieszy” to podwożenie się jest nie na miejscu i daje demoralizujący przykład. Z czasem jednak moje podejście złagodniało. Z wielu względów, ale niekoniecznie z takiego, że i mnie się sporadycznie zdarza gdzieś podjechać. Znów wymienię dwa najważniejsze powody. Po pierwsze dlatego, że przyjąłem do wiadomości, że na OWRP nie każdy przyjeżdża po to, żeby się nachodzić, bo jest to tak zacna impreza, że czasem przyjeżdża się na nią dla samego towarzystwa, jakie tu można spotkać. Po drugie zaś dlatego, że kiedyś R. i B. (a może i ja przy tym byłem, ale nie kojarzę) przyłapali najbardziej ortodoksyjną turystkę pieszą na tym, jak podjeżdżała autobusem, choć wcześniej zarzekała się, że ona tego nigdy nie robi. Generalnie podwożenie się na OWRP to taka szara strefa. Prawie każdy kiedyś gdzieś podjechał, ale są i tacy, co twierdzą uparcie, że wszystko pokonują na własnych nogach, jak i tacy, którzy wcale nie kryją, że się wożą. Ja jestem w tej kwestii raczej ortodoksem, ale tolerancyjnym dla słabości cudzych i własnych w tej materii.
Trochę odbiegłem od tematu, więc żeby łatwiej do niego wrócić wrzucam tradycyjnie link do trasy. Po zapoznaniu się z nim można dojść do wniosku, że szczególnie obfity we wrażenia i atrakcje krajoznawcze ten dzień nie był. I o ile pamiętam, tak właśnie było. Większość trasy prowadziła przez las. Z tego lasu tylko raz wyszliśmy. W Stegnie. Wyszliśmy, żeby zrobić zakupy w sklepie (zdaje się, że chciałem m.in. zaopatrzyć się w baterie do GPS-a). Urządziliśmy tam sobie też mały popas na dworcu PKS.
Popas ten wyglądał nieco zabawnie, przynajmniej według mnie. Wszędzie dookoła ludzie z bagażami lub bez spieszący na autobus, sprawdzający odjazdy i ogólnie w ruchu, a my w samym środku tego zamieszania siedzimy sobie na ławce i raczymy się drugim śniadaniem. Ja może jakoś tego specjalnie nie celebrowałem, ale R. wyciągnął deseczkę, ściereczkę i zaczął kroić chleb. Potem do tego dokroił coś na chleb i z tą deseczką i ściereczką na kolanach razem z P. powoli delektował się jedzeniem. Pamiętam, że ubawił mnie ten kontrast naszego posiłku z tym, co się działo dookoła nas. Pewnie w innych okolicznościach nie przyszło by mi do głowy urządzić sobie posiłek na ławce na dworcu PKS (chociaż na ławce na osiedlu bodajże w Puławach, kiedy byłem tam z A. na krótkim wypadzie, zrobiliśmy sobie kiedyś podobne śniadanie). Ale na OWRP nie takie rzeczy się robi.
Po konsumpcji posprzątaliśmy po sobie dokładnie, bo ambicją każdego turysty powinno być, aby nie pozostawić po sobie żadnego bałaganu, a już zwłaszcza śmieci. Potem zaszyliśmy się w las i szliśmy nim aż do Sztutowa, które zresztą nazywaliśmy z niemiecka Stutthof. Zbliżając się miejscowości natknęliśmy się w lesie najpierw na mogiłę w miejscu zbiorowych egzekucji więźniów, a potem na płot okalający teren dawnego obozu. Zbyt wiele zza tego płotu nie zobaczyliśmy, ale następnego dnia mieliśmy przewidziane zwiedzanie, więc nie paliliśmy się do odwiedzenia terenu obozu jeszcze tego samego dnia. Bardziej interesowało nas, jak będą wyglądały warunki sanitarne na noclegowisku.
I tutaj czekała nas bardzo miła niespodzianka. Nocleg tym razem wyznaczono na terenie wokół szkoły, a tam czekały nas same dobre wiadomości. Po pierwsze dużo miejsca na rozłożenie namiotów, po drugie gleba przyjazna namiotowym szpilkom i po trzecie, najważniejsze, mnóstwo pryszniców z ciepłą wodą. Jeśli dobrze pamiętam, to po 4 na każdą płeć. Z tej radości po rozłożeniu namiotu od razu poszedłem skorzystać z natrysku, choć to było dopiero wczesne popołudnie. Pewną niewielką niedogodnością było to, że po sąsiedzku z terenem naszego noclegu znajdowały się tory kolejki, o której wspominałem wcześniej, bo tutaj kolejka ta kończy bieg i skład zawraca. Ale ponieważ jeździ tylko w dzień i do tego dość wolno, więc nie było problemu z hałasem.
Trasa do Sztutowa była dość krótka i szybko ją przeszliśmy (na dodatek byliśmy jednymi z pierwszych na mecie), więc trzeba było pomyśleć, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. Ponieważ zbliżała się pora obiadu, postanowiliśmy poszukać lokalu, gdzie można by go skonsumować. Z tym było gorzej, bo zeszliśmy chyba pół Sztutowa, zanim po zrobieniu pętli znaleźliśmy miejsce, gdzie zdecydowaliśmy się coś zjeść. Nie było to może miejsce szczególnie nam odpowiadające, bo menu przypominało to, jakie się spotyka w ulicznych budkach, ale jeść trzeba, a człowiek głodny nie wybrzydza. W międzyczasie popsuła się jeszcze pogoda, więc summa summarum dobrze rozpoczęty dzień mając się ku schyłkowi nieco się popsuł.
Jeszcze chyba tego samego dnia R. wpadł na pomysł, żeby się wykąpać w morzu. Mnie ten pomysł do gustu nie przypadł, ale R. to nie zraziło i razem z P. poszli na poszukiwania wody. Jeśli dobrze pamiętam, to ją znaleźli, ale pogoda nie zachęcała do kąpieli i nie skorzystali. Zajęła im jednak ta wyprawa sporo czasu.
Myślę, że opisałem wszystko, co było tego dnia warte opisania. Jeśli coś mi się przypomni lub o czymś przypomni mi R. po lekturze tej notki, to ją uzupełnię. A jeśli nie, to kolejny dzień znajdziecie w kolejnej notce.
OWRP – słowniczek pojęć podstawowych (nieustannie uzupełniany)
czwartek, 23 lipiec 2009
Ponieważ postanowiłem do tego blogu przenieść relacje z moich wypraw turystycznych i OWRP-ów, więc uznałem, że naturalną koleją rzeczy ten blog będzie najlepszym miejscem na umieszczenie słowniczka pojęć podstawowych OWRP, który sformułowałem na samym początku spisywania moich relacji. To już druga przeprowadzka tego słowniczka, a raczej druga jego kopia, ale to miejsce będzie jego miejscem docelowym, a sam ten wpis będzie w miarę potrzeby uzupełniany o nowe pojęcia. Trzon tego, co wpisuję poniżej, jest przepisany z mojego osobistego blogu, ale przy okazji tego kopiowania zastrzegam sobie prawo do przeredagowania pewnych haseł.
Poprawka z dnia 31 sierpnia 2009 r. – jak przystało na przyzwoity słownik ułożyłem hasła alfabetycznie, dokonałem też pewnych przeredagowań.
Oto słownik w całej krasie (dorobek OWRP 2005 – OWRP 2008):
asfaltoza – pojęcie wieloznaczne; oznacza zarówno niezrozumiałą skłonność organizatorów do prowadzenia tras drogami afaltowymi, jak też zespół negatywnych odruchów wywołanych nadmiarem asfaltów na trasie; nasila się zwykle podczas odprawy; jak dotąd występowała głównie na OWRP 2005, gdzie przybrała rozmiary epidemii.
chaszczowanie – jedna z metod przemieszczania się między miejscami noclegów na OWRP; specyfika tej metody polega na, niekoniecznie planowym i zamierzonym, poruszaniu się całkowicie niezależnie od istniejącej sieci dróg publicznych, niepublicznych, dróżek, ścieżek, itp. Można wyróżnić kilka odmian chaszczowania (aczkolwiek poniższy spis nie wyczerpuje bogactwa metod):
- na Salingera – buszując w zbożu,
- na rolnika – miedzami,
- na Leśmiana – w malinowym chruśniaku,
- na kardynała de Bricassart – z ptakiem w ciernistych krzewach,
- na zielarza – z dupą w pokrzywach,
- na partyzanta – borem, lasem przyśpiewując sobie czasem,
- na wodnika – rowami, strumykami i kanałami;
ch. rzadko jest czynnością zaplanowaną i podejmowaną z premedytacją, natomiast zwykle jest wynikiem jednego z poniższych trzech błędów:
- przewodnika, który źle odczytawszy mapę prowadzi ludzi w chaszcze,
- kartografa, który zaznacza na mapie drogę, o której istnieniu nie pamiętają już nawet najstarsi autochtoni,
- projektanta szlaku, który prowadzi go przez tak mało ciekawą okolicę, że szlak nieuczęszczany zarasta na amen;
ch. jest przeciwieństwem asfaltozy i jako takie jest ulubioną rozrywką Kobiety z Północy, a najmniej lubianą metodą pokonywania trasy przez młodszego Faceta z Centrali;
cioteczka (także ciotunia) – specyficzna uczestniczka OWRP; zwykle starsza kobieta (na mężczyzn o takiej charakterystyce nie ma specyficznego określenia); na różne sposoby psuje atmosferę rajdu (i bynajmniej nie przez problemy z trawieniem); nieodłączny element rajdu nadający mu nieco pokutny charakter; często cierpi na psychozę trasy (patrz odpowiednie hasło poniżej)
Faceci z Centrum (znani też jako drużyna R&R) – dwóch facetów, początkowo outsiderów, którzy poznali się pierwszego dnia XLVI OWRP, który dla obu był rajdem dziewiczym; obecnie jeden ma na karku dwa OWRP, a drugi trzy i z racji tego jest już starym wyjadaczem; jeden z Facetów jest autorem niniejszej publikacji, a drugi też jest równym gościem, wyczynowcem, który, jeśli jest taka potrzeba, potrafi przejść nawet 100 km na raz i ma na to papier; czasem lubi się oderwać od peletonu, ale wiedziony intuicją zawsze w odpowiednim momencie czeka na wyczerpaną końcówkę swojej drużyny, której serwuje wtedy płyny, dobre słowo, a jak trzeba to również kuksańce na zachętę; drużyna R&R ze względu na poszerzenie składu o kolejnego Faceta z Centrum prawdopodobnie na potrzeby OWRP przemianuje się; jedną z rozpatrywanych nazw jest Trzy Gracje.
hasło OWRP – tradycja OWRP sięgająca 2005 roku nakazująca wybranie hasła, z którym na ustach ruszamy w trasę; hasłem w 2006 roku było: “My nie jesteśmy z Polski”; kulisy powstania tego hasła zostaną prawdopodobnie opisane. Uzupełnienie po OWRP 2009: Tradycja wymyślania haseł jakby nieco zamarła. Na OWRP 2009 zaproponowane zostało hasło “Nas nie dagoniat”, ale nie zostało formalnie uchwalone.
Kobieta z Zachodu – średniozaawansowana wiekiem (w roku 2005) uczestniczka OWRP mająca na karku 5 takich imprez (stan na rok 2009); członkini Tercetu Egzotycznego, do którego dołączyła jako ostatnia rozmywając jego pierwotnie samczy charakter; szczęśliwa żona i matka; dość sprawnie rozkłada zmęczonym Facetom namioty (te do spania), ale przydałby się jej jeszcze trening; uwielbia samcze dowcipy; ostatnio podobno głosi herezję, jakoby OWRP można było odbyć na rowerze, oczywiście takie wypaczenia spotykają się z ostrą krytyką.
odprawa – spotkanie mające na celu omówienie kolejnych fragmentów dróg, na których uczestnicy OWRP będą dokonywać oceny jakości nawierzchni asfaltowych.
ojciec Konrad – skojarzenia z o. Konradem Hejmą tylko częściowo uzasadnione; jeden z weteranów OWRP; ma ich już na koncie 34 (stan na rok 2009); turysta z Radomia; członek ważnych gremiów PTTK; przodownik turystyki pieszej o tak niskim numerze, że są wątpliwości, czy on jeszcze żyje; trasa na której chodzi o. Konrad jest nazywana tzw. trasą VIP-owską; o. Konrad wbrew pozorom jest człowiekiem świeckim i nie składał ślubów czystości, ubóstwa czy posłuszeństwa .
outsider – samotny uczestnik OWRP, zwykle dziewiczy, który z racji braku znajomych zwykle dość demonstracyjnie izoluje się od reszty towarzystwa; status ten traci się zwykle dość szybko, bo na dłuższą metę nie daje się funkcjonować na OWRP samotrzeć; outsiderzy mają tendencję do grupowania się w większe formacje takie jak np. Tercet Egzotyczny.
OWRP – Ogólnopolski Wysokokwalifikowany Rajd Pieszy; impreza corocznie organizowana przez PTTK za każdym razem w innym miejscu Polski; udział w niej sprowadza się do przywleczenia się na start i codziennym przemieszczaniu się na kolejne miejsce noclegu; plusem jest to, że organizatorzy przewożą sprzęt, więc nie trzeba wszystkiego dźwigać na własnych plecach; minusów jest tak wiele, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich, ale właśnie ze względu na te minusy jest to impreza, która uzależnia.
pies – czworonożne stworzenie, które niektórzy ludzie nie wiedzieć czemu ciągają ze sobą na OWRP; pies zwykle zajmuje się wyżeraniem śniadań, grzebaniem w śmieciach, a w drastycznych przypadkach także obsikiwaniem namiotów.
posiedzenie – pobyt w strefie zrzutu; dzieli się na owocne i bezowocne.
prysznic – marzenie każdego OWRP-owicza; zwykle ziszcza się kilka razy podczas noclegów na trasie; jego odmiana – prysznic z ciepłą wodą, to miraż, który niektórym śni się jeszcze podczas pierwszych nocy w namiocie; potem to przechodzi.
strefa zrzutu – miejsce, gdzie król idzie piechotą; po czesku: záchod, ale nie mylić z Zachodem z hasła Kobieta z Zachodu.
św. Marcin (znany też jako mecenas) – jeden z kierowników trasy nr 3 XLVII OWRP; doczekał się ksywy ze względu na specyficzny sposób wysławiania się oraz rzucający się w oczy kawałek blaszki, który błędnie uznaliśmy za różaniec-obrączkę; ogólnie równy chłopak; na OWRP 2006 debiutant, ale obiecał, że rok później też pójdzie (i słowa dotrzymał). Uzupełnienie po OWRP 2009: Po tegorocznym OWRP św. Marcin otrzymał nową ksywkę - “mecenas”. Przydomek “święty” prawie wyszedł z użycia i powoli nabiera znaczenia li tylko historycznego.
Tercet Egzotyczny – nieoficjalna nazwa jeszcze mniej oficjalnej drużyny OWRP-owiczów składającej się z Kobiety z Zachodu i Facetów z Centrum; drużyna ta będzie głównym bohaterem dalszych zapisków. W 2007 roku Tercet Egzotyczny poszerzył się o jeszcze jednego Faceta z Centrum, a incydentalnie zubożał o Kobietę z Zachodu, ale o tym napisałem szerzej w relacji z OWRP 2008.
transfuzja – uzupełnienie ubytków w płynach ustrojowych za pomocą produktów lokalnego przemysłu browarniczego; dokonywana zwykle raz lub dwa razy w trasie w zależności od potrzeb. Uzupełnienie po OWRP 2009: Duch upada w drużynie, bo ilość transfuzji wyraźnie spada. Cała nadzieja w najmłodszym członku drużyny, który po osiągnięciu pełnoletniości być może poprawi średnią.
trasa VIP-owska – zwykle najdłuższa trasa OWRP, na której spotkać można OWRP-owskie VIP-y; zarówno pojęcie trasy VIP-owskiej, jak też VIP-a jest umowne, nieoficjalne i funkcjonuje tylko w wąskim gronie OWRP-owiczów; w 2005 roku miałem przyjemość iść trasa VIP-owską, w 2006 roku z różnych względów wybrałem mniej prestiżową trasę nr 3, a w 2007 roku wybrałem pobyt w domu, co nie powinno się już powtórzyć. Uzupełnienie po OWRP 2009: W 2009 roku wybrałem trasę VIP-owską, czego efektem było m.in. zdobycie pieczątki PTP nr 42 i rozwianie wątpliwości, czy przodownicy o numerach poniżej setki w ogóle istnieli, czy są tylko postaciami legendarnymi.
Uzupełnienia haseł po OWRP 2009: Po OWRP 2009 uznałem, że warto wzbogacić słownik o następujące pojęcia:
psychoza mety – specyficzna przypadłość zdiagnozowana przez autora niniejszego słownika u jednego z członków drużyny R&R; występowania p.m. u innych turystów nie stwierdzono, bo nie prowadzono rozpoznania w tym kierunku; p.m. charakteryzuje się nieodpartą, nieracjonalną i niezrozumiałą chęcią jak najszybszego dotarcia na metę dziennego odcinka trasy; objawy pojawiają się zwykle od około 3 km od mety; przypadłość znacznie bardziej dokuczliwa dla najbliższego otoczenia od psychozy trasy.
psychoza trasy – przypadłość psychiczna charakteryzująca się nieodpartą, nieracjonalną i niezrozumiałą chęcią jak najszybszego wyjścia na trasę; w ciężkich przypadkach turysta dotknięty p.t. składa namiot już o 6.00 rano; p.t. ma postać ostrą i przewlekłą; jest zaraźliwa; nie znana jest etiologia tej przypadłości, ale wiadomo, że do czynników ryzyka zalicza się zaawansowany wiek turysty; w naszej drużynie p.t. najczęściej dotyka R., ale niekiedy na jej ostrą postać zapadają także pozostali członkowie drużyny; w postaci ostrej objawy zwykle ustępują po jednym dniu; postać przewlekła trwa przez cały czas trwania OWRP.
Świadkowie Jehowy (znani także szerzej jako Jezuici) – drużyna składająca się z trzech spokrewnionych ze sobą turystów; generalnie bardzo sympatyczna, ale i specyficzna grupa uczestników; najstarszy z niż, Starszy Zboru, powszechnie znany jest ze skłonności do udzielania dobrych rad, o które nikt nie prosi; w moim prywatnym odczuciu jest on jedną z ikon OWRP, bez której impreza ta byłaby znacznie uboższa.
To na razie tyle OWRP-owych pojęć. Słownik będę uzupełniał w razie potrzeby lub na wniosek czytelników chcących, aby im przybliżyć jakieś pojęcie. :-))
OWRP 2008 – część ósma (Sobieszewo)
czwartek, 2 lipiec 2009
Po dojściu do czegoś na kształt centrum Sobieszewa zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zastanowić się, co dalej. R. Zaproponował, żebyśmy poszli obejrzeć rezerwat “Ptasi raj” na zachodnim skraju Wyspy Sobieszewskiej. Nie oponowałem i po chwili odpoczynku, podczas której R. robił różne zdjęcia, ruszyliśmy dalej na zachód.
Idąc trafiliśmy chyba na finał jakiegoś wypadku. I teraz pamięć płata mi figla, bo nie pamiętam w tej chwili, czy naszą uwagę zwrócił lecący i lądujący w pobliżu śmigłowiec, czy raczej jadący do niego na sygnale samochód straży najprawdopodobniej pożarnej. Wysilam pamięć i nie mogę sobie przypomnieć. Ale mniejsza o to. Zamiast rozstrzygnięcia, będzie zdjęcie.

Śmigłowiec w Sobieszewie
Pogapiwszy się jak rasowe gapie na śmigłowiec i to, co się działo wokół (a działo się po prawdzie niewiele) poszliśmy dalej. Wkrótce weszliśmy na jakąś ścieżkę dydaktyczną, którą ktoś odznaczający się najwyraźniej bogatą fantazją znakował pomarańczową kaczką. Spacer był bardzo przyjemny i gdybym się lepiej znał na ptakach, to byłby także na pewno i ciekawy, a także miałby walory poznawcze. Ale ponieważ moja wiedza z zakresu ornitologii, czy też zwykłego “ptakoznawstwa”, jest uboga, więc na wieżach widokowych po prostu patrzyłem na wodę i kontemplowałem widoki. Ptaki też, ale jako element całości. Przy tej okazji R. zrobił kilka zdjęć, a także nam zrobiono zdjęcia. Oto trzy wybrane spośród nich.
Na pierwszym widać mnie w towarzystwie P. Jesteśmy na jednej z wież widokowych.

Ptasi Raj, na wieży widokowej
Na drugim widać jakieś ptactwo i dużo wody.

Ptactwo nawodne
A na ostatnim ze zdjęć R. próbował złapać łódkę z bardzo kolorowym żaglem. I, jak widać, udało mu się. :)

Łódka, ale nie Bols
Po obejrzeniu ptasiego raju wróciliśmy do centrum Sobieszewa, żeby coś zjeść, ale nie tylko. Ja na pewno zjadłem na obiad rybkę, a co moi współtowarzysze, tego nie pamiętam. Oczywiście do obiadu było piwko w rozsądnych ilościach i tylko dla pełnoletnich.
Posileni ruszyliśmy do miejsca naszego noclegu. Początkowo miałem pomysł, żeby dojść tam tak, aby w sumie tego dnia obejść dookoła wyspę, ale kiedy podliczyłem, ile kilometrów już przeszliśmy i ile by nam jeszcze zostało do przejścia, zrezygnowałem. Alternatywą niestety był asfalt i dość ruchliwa droga. Właściwie jest to ulica i to z nazwą, ale mimo to w pewnym momencie urywa się wzdłuż niej chodnik i zaczyna się wątpliwa przyjemność chodzenia poboczem. R. w pewnym momencie mocno nas odsadził tak, że peleton nam się zdekompletował.
Jeden ze skutków tego zdekompletowania był dość nieprzyjemny. W pewnym momencie, gdzieś na tym etapie, kiedy wzdłuż drogi pojawił się znowu chodnik, z autobusu, który zatrzymał się niedaleko mnie, wysiadło jakieś wesołe towarzystwo nastolatków. Ich wesołość była z gatunku hałaśliwo-zaczepnych. Minęli mnie ograniczając się do powiedzenia “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że bynajmniej nie mieli zamiaru przyjaźnie mnie pozdrawiać. Odpowiedziałem i “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że ich intencje właściwie odczytałem i choć nie chcę zwady, to jestem przygotowany na taki scenariusz. Myślę, że to oraz dodatkowo pokaźnych rozmiarów nóż, który akurat tego dnia miałem przymocowany do paska, zdecydowało, że mnie więcej nie zaczepiali.
Kilkadziesiąt metrów za mną szedł P. Pomyślałem sobie, kiedy to towarzystwo mnie minęło, że młody z wyglądu P. nie zainteresuje ich jako potencjalna ofiara, bo takie bydlątka raczej nie zaczepiają dużo młodszych od siebie. Przez krótką chwilę przeszła mi nawet przez głowę myśl, żeby dla upewnienia się w swoich rachubach odwrócić się, ale uznałem, że się nie mylę i szkoda na to czasu. I to był błąd. Okazało się później, że te szczeniaki się jednak do P. przyczepiły. Nie ucierpiał na szczęście fizycznie, ale na pewno ucierpiała jego miłość własna i poczucie bezpieczeństwa. Trochę się za to winiłem, ale prawdę mówiąc bardziej byłem zły na R., że dał długą do przodu i zostawił brata. Co prawda gdybym się zorientował, że coś jest nie tak, to bym wrócił, żeby pomóc P., ale to przecież chyba brat powinien się przede wszystkim zająć bratem.
Powiedziałem o tym R., kiedy się już spotkaliśmy na noclegowisku. A byliśmy tam przed nim, bo mimo iż wyrwał do przodu, to tuż przy promie zaszedł do sklepu. Nie zdążył przez to na najbliższy kurs promu, na który zdążyliśmy dojść my dwaj. Wracając do rozmowy z R., to później doszedłem do wniosku, że tak jak nie piszę się na to, żeby być opiekunem P. na tym OWRP, tak samo nie powinienem być sumieniem R. W końcu to powinna być sprawa między nimi. Ja zaś mogę sobie zarzucić to, że nie posłuchałem cichego głosu wątpliwości w mojej głowie i nie odwróciłem w odpowiednim momencie. Na szczęście skutki tego incydentu nie były poważne, choć z drugiej strony siniaki na psychice goją się dłużej niż te na ciele. :)
OWRP 2008 – część siódma (Mewia Łacha)
piątek, 15 maj 2009
Kolejnego dnia OWRP mieliśmy zaplanowany nocleg w tym samym miejscu. To oznaczało, że rano odpadały nam czynności związane z pakowaniem się, zwijaniem namiotu, itp. Można było więc spokojnie wstać, zjeść śniadanie i coś sobie zaplanować na dzień cały.
Nie pamiętam już zbyt dobrze, co nam na ten dzień zaproponowało kierownictwo trasy, ale R., który się dobrze sprawdza w robieniu planów, zaproponował, żebyśmy ruszyli na drugą stronę Przekopu Wisły doszli do rezerwatu ptaków Mewia Łacha, a potem wzdłuż wybrzeża doszli do Sobieszewa.
Pomysł mi się spodobał, więc taki też plan zaczęliśmy realizować. Zaczęliśmy od przeprawy promem na drugą stronę Przekopu. Na poniższym zdjęciu jestem z P. na promie.

Na promie do Sobieszewa
Po zejściu z promu złapaliśmy szlak i ruszyliśmy na północ. Idąc szlakiem w pewnym momencie wybraliśmy chyba złą odnogę na jakimś skrzyżowaniu, bo po pewnym czasie znaleźliśmy się w szuwarach tuż nad Wisłą. Szliśmy tak jeszcze jakiś czas przed siebie mając w pewnym momencie wrażenie, że za chwilę dojdziemy do końca stałego lądu, po czym jednak zdecydowaliśmy się zawrócić. Szliśmy początkowo po własnych śladach, ale przegapiliśmy miejsce, w którym zeszliśmy wcześniej z drogi w szuwary i tak szuwarami poszliśmy dalej, aż czegoś na kształt malutkiego nabrzeża skąd można było zejść na jakąś sensowniejszą drogę i ruszyć na zachód. Zanim jednak zeszliśmy z szuwarów R. zrobił nam zdjęcie na tle znaku wskazującego, na którym jesteśmy kilometrze od źródła rzeki. To zdjęcie jest poniżej. Muszę przyznać, że świetnie na nim wyszły te zarośla za nami. Lepiej niż my dwaj (znaczy ja i P.)

W drodze z Mewiej Łachy
Jak błądziliśmy, można zobaczyć tutaj, choć GPS nie pokazuje na tyle dokładnie naszej drogi, żeby można było rozróżnić, kiedy szliśmy szuwarami, a kiedy drogą. Za to warto obejrzeć sobie ślad na zdjęciach satelitarnych, które dla tego kawałka Polski mają naprawdę niezłą rozdzielczość. Udało mi się na nich nawet znaleźć z dokładnością do kilkunastu metrów miejsce, gdzie rozbiliśmy namioty. :)
Kiedy uznaliśmy, że Mewią Łachę mamy już zaliczoną, postanowiliśmy zrealizować dalszy ciąg planu dnia. Niestety, wkrótce po tym, jak skręciliśmy na zachód zaczęła się psuć pogoda. Zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Zrobiło się nieprzyjemnie. Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy iść wybrzeżem, ale drogą prowadzącą wzdłuż niego, która była zasłonięta lasem. To, po czym szliśmy, nie było chyba zresztą nawet drogą, ale jakimś kanałem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Co jakiś czas z tego kanału wyprowadzone były studnie. Kilka z nich było odkrytych i próbowaliśmy do nich zajrzeć. Jednak to, co dało się zobaczyć, nie pozwoliło nam dociec, co to była za budowla.
Jak widać na śladzie z odbiornika GPS, w pewnym momencie zeszliśmy z naszej trasy i wyszliśmy nad morze. Niezawodny R. uwiecznił ten moment na zdjęciu.

Sobieszewo - nad morzem
Niedługo potem weszliśmy głębiej w las i za czas jakiś doszliśmy do Sobieszewa. Żeby było ciekawiej, akurat kiedy doszliśmy do czegoś na kształt centrum, pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i zaczęło nas grzać. A co było dalej, o tym w następnej notce.
OWRP 2008 – część szósta (Mikoszewo)
niedziela, 26 kwiecień 2009
Tak jak wspomniałem wcześniej, postanowiliśmy się trochę przespacerować po okolicy. Zdecydowaliśmy się dojść do przekopu Wisły, potem wałem przeciwpowodziowym dojść do śluzy o wdzięczniej nazwie “Gdańska Głowa”, a następnie wrócić na miejsce naszego noclegu tak, żeby zamknąć pętle. Jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy, a trasa tej wycieczki zarejestrowana odbiornikiem GPS znajduje się pod tym linkiem.
Kiedy wychodziliśmy pogoda była piękna. Gdzieś daleko na horyzoncie już gromadziły się chmury, ale nie zwracaliśmy na nie uwagi. Kiedy doszliśmy do promu chmury te trochę się przybliżyły, ale nie na tyle, żeby nas zaniepokoić. Mimo to wziąłem ze sobą pelerynę przeciwdeszczową. I bardzo dobrze zrobiłem, ale o tym później.
Wycieczka wałem była bardzo przyjemna. Szło się jak po łące. A na tej łące kilka razy spotkaliśmy bociany. Przyleciały i przysiadły na naszej drodze, chociaż dość daleko. Mimo to udało się nam do nich podejść bliżej niż się spodziewałem. Udało się nawet zrobić kilka zdjęć. Jedno z nich wrzucam poniżej.

Dwa boćki na łące
W trakcie naszego spaceru z niepokojem obserwowaliśmy niebo, na którym gromadziły się chmury. Wydawało nam się jednak, sądząc po ich umiejscowieniu, po kierunku wiatru i po kształcie, że nas ominą. Niestety, pomyliliśmy się w rachubach i deszcz solidnie nas zlał jeszcze zanim doszliśmy do śluzy. Musiałem włożyć moje gumowe wdzianko, w którym widać mnie na zdjęciu poniżej. Akurat w czasie oglądania śluzy deszcz przestał na krótko padać i można było zrobić zdjęcia.

Gdańska Głowa i dwie głowy z centralnej Polski
Po obejrzeniu urządzeń śluzy poszliśmy jeszcze obejrzeć cennik. Ceny nie były wygórowane, ale niezależnie od tego i tak nie mieliśmy zamiaru dać się spławić do Zatoki Gdańskiej. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to poniżej jest fotografia z cennikiem. Stan aktualności: lipiec 2008 r. :)

Cennik korzystania ze śluzy
Idąc w stronę śluzy spotkaliśmy uczestników naszej trasy OWRP idących w przeciwnym kierunku. Spotkaliśmy się w okolicy połowy trasy. Widać nie tylko wpadliśmy na pomysł spaceru po wale.
Wracaliśmy przez jakiś czas w deszczu, po czym znowu wyszło słońce. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Kiedy dochodziliśmy do noclegowiska, znów się zachmurzyło, ale już się nie rozpadało. Zastanawialiśmy się, czy deszcz przeszedł także nad naszymi namiotami i dowiedzieliśmy się od osób, które zostały na miejscu, że tam też lało i to chyba nawet solidniej. Pamięć mnie już trochę w tej akurat kwestii zawodzi, ale wydaje mi się, że jeszcze tego dnia lub tej nocy nas podlało. Na szczęście nasze namioty okazały się wystarczająco odporne na warunki pogodowe i nic nam te deszcze nie zaszkodziły. Po dniu pełnym wrażeń z przyjemnością położyłem się spać. Depresja stała się już właściwie tylko wspomnieniem.
Tak minął kolejny dzień OWRP 2008.
OWRP 2008 – część piąta (Nowy Dwór Gdański – Mikoszewo)
piątek, 24 kwiecień 2009
Kolejnego dnia obudziłem się po dość dobrze przespanej nocy w znajomej hali. Tego dnia mieliśmy w planie przejście trasy z Nowego Dworu Gdańskiego do Mikoszewa. Ale chyba na pokuszenie poinformowano nas, że z Nowego Dworu do Mikoszewa można dojechać urokliwą kolejką wąskotorową. Początkowo byłem pełen zapału i chęci, żeby przejść zaplanowaną na ten dzień trasę, ale jednocześnie chciałem się kiedyś przejechać tą kolejką, a krótka analiza wykazała, że obu tych celów na tym OWRP zrealizować się nie da. Ostatecznie, z pewnymi wyrzutami sumienia zdecydowałem się jednak pojechać. To znaczy zdecydowaliśmy się, bo decyzja była wspólna.
Kolejka, o której wspomniałem, porusza się po trasie, która przypomina literę “T”. Jednym końcem tej litery jest Nowy Dwór Gdański (to jest dolny koniec pionowej laski tej litery), dwa inne końce to Mikoszewo (lewy koniec daszka) i Sztutowo (prawy koniec daszka). Skrzyżowanie zaś znajduje się w Stegnie. Kolejka nie kursuje jednak po całej literze “T”, ale rusza rano z Nowego Dworu Gdańskiego do Sztutowa, potem jedzie do Mikoszewa i trasą Sztutowo-Mikoszewo jeździ cały dzionek w tę i z powrotem. Na koniec zjeżdża do Nowego Dworu Gdańskiego, ale nie wiem, czy z Mikoszewa czy ze Sztutowa.
Tak więc podjąwszy decyzję, że jedziemy, wsiedliśmy do pociągu. Biletów nie kupowaliśmy wcześniej, bo te nabywa się u konduktora w czasie jazdy. Pociąg składał się z wagonów pełnych i takich jedynie zadaszonych ze ścianką do połowy wysokości. Ponieważ tego dnia była od rana piękna (może nie od samego rana, ale do tego czasu się wyklarowała), więc wybraliśmy wagon otwarty. Z początku było nas niewiele osób, ale im bliżej było godziny odjazdu, tym więcej przybywało pasażerów i to przede wszystkim naszych współrajdowców. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że nikt dziś prawdopodobnie nie pójdzie pieszo do Mikoszewa, tyle się zapakowało OWRP-owiczów. To mnie całkowicie rozgrzeszyło przede samym sobą z decyzji o przejechaniu dzisiejszej trasy.
Trasę przejechaliśmy całą, bo pociąg najpierw zawiózł nas do Stegny, gdzie wykręcił w stronę Sztutowa. Tutaj, co okazało się dwa dni później, mogliśmy obejrzeć miejsce naszego kolejnego noclegu, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy. Pociąg bowiem wykręcał niedaleko szkoły, na boisku której spędziliśmy dwie noce. Po zawróceniu pociąg “pomknął” do Mikoszewa, gdzie się z niego wypakowaliśmy. Właściwie to, jeśli dobrze pamiętam, nie dojechaliśmy do ostatniego przystanku, ale wysiedliśmy jeden czy dwa przed końcem.
Poszliśmy odszukać miejsce naszego kolejnego noclegu i zaklepać sobie jakieś dobre miejscówki. Na miejscu, a był to ośrodek wypoczynkowy, było jeszcze sporo wolnego miejsca, choć najlepsze lokalizacje były już pozajmowane. Wybraliśmy sobie jednak dość dobre miejsce na założenie tymczasowego gospodarstwa. Namioty staraliśmy się zawsze rozkładać tak, żeby ich wyjścia były zwrócone do siebie, a same namioty, żeby ograniczały teren czegoś na kształt podwórka. Nie zawsze się to udawało, ale tym razem było to możliwe.
Niestety, początkowo niezbyt szczęśliwie zacząłem rozkładać namiot, bo akurat na najlepszej trasie przejazdu samochodu wożącego nasze bagaże. Po stwierdzeniu naocznie, że inaczej samochód nie przejedzie niż korzystając z mojej namiotowej miejscówki zdecydowałem się na przeprowadzkę nieopodal. Tym razem ustawiłem jedna namiot w takiej pozycji, że między nim, a namiotem R. i P. została dość spora przestrzeń, która nie zniechęcała do przechodzenia przez nasze podwórko. Problem ten rozwiązaliśmy ogradzając przejście linkami od namiotu oraz tabliczką z ostrzeżeniem (na poniższym zdjęciu).

Mikoszewo - noclegowisko
Po zajęciu miejsca, rozłożeniu namiotów obejrzeliśmy warunki sanitarne. Były cywilizowane choć jak zwykle niewystarczające jak na tę liczbę osób, jaka obozowała. Do prysznica była kolejka. Do kibelka niekiedy też. Ale ogólnie było nieźle, bo z prysznica zdarzało się nawet wydusić ciepłą wodę.
Po obejściu terenu uznaliśmy, że warto coś począć z tak dobrze rozpoczętym dniem, bo do wieczora zostało jeszcze ładnych parę godzin. Postanowiliśmy więc trochę pochodzić, żeby jednak poczuć się jak na rajdzie pieszym. Ale o tym, gdzie przeszliśmy i co widzieliśmy, napiszę już w następnej notce.
OWRP 2008 – część czwarta (Malbork – Nowy Dwór Gdański c.d. 2)
poniedziałek, 20 kwiecień 2009
Jak napisałem w poprzedniej notce, zdecydowaliśmy się podwieźć sobie tyłki do Nowego Dworu Gdańskiego. Jeśli miałem z tego tytułu jakieś wyrzuty sumienia, to wkrótce się ich pozbyłem. A to za sprawą gwałtownej burzy połączonej z oberwaniem chmury, które spotkały nas po drodze. Na szczęście byliśmy w tym czasie w autobusie i ja bardzo się z tego tytułu cieszyłem, bo lało tak, że przez szyby nie można było chwilami nic zobaczyć poza strugami wody. Ulewa nie skończyła się zanim dojechaliśmy do celu i na dworcu w Nowym Dworze Gdańskim musieliśmy szybko przebiec do budynku. Żeby było zabawniej, deszcz ustał dosłownie kilka minut później.
Poszliśmy zlokalizować nasz nocleg, który, jeśli mnie pamięć nie myli, został wyznaczony na terenie należącym do miejscowego klubu sportowego. Po ulewie, która nas spotkała, straciłem ochotę na spanie pod namiotem. Szczególnie, że deszcz, w znacznie mniejszym już na szczęście natężeniu, powracał. W innych okolicznościach pewnie by mnie to nie zniechęciło, ale jeszcze nie byłem w pełni sił, szczególnie psychicznych.
Kiedy doszliśmy na miejsce noclegu czekały tam nas tam pewne niespodzianki. Część z nich przyjemna, a część wręcz przeciwnie. Do nieprzyjemnych należała ta, że kierownictwo naszej trasy zostało zaskoczone przez załamanie pogody i przez to część bagaży zamokła. Moje bagaże akurat nie zamokły i to była jedna z miłych niespodzianek, jakie mnie tego dnia spotkały. Niestety takiego szczęścia nie miał R. Cześć jego rzeczy, w tym śpiwór, ucierpiała w ulewie. Druga, moim zdaniem bardzo miła, niespodzianka była konsekwencją tej pierwszej. Otóż gospodarze udostępnili nam halę sportową, która znajdowała się na terenie przeznaczonym na nasz nocleg. Bardzo się z takiego obrotu spraw ucieszyłem i zająłem dla naszej trójki strategiczne miejsce w narożniku. Znaleźliśmy tam dwie zakurzone wykładziny, które rozwinęliśmy sobie, żeby nie spać bezpośrednio na parkiecie.
Warunki w gruncie rzeczy były spartańskie, bo i hala nie była pierwszej młodości (m.in. dach przeciekał niedaleko naszych legowisk), do tego wyglądała, jakby dawno nie była używana, bo wszystko było zakurzone i zapuszczone. Ale dla mnie to było lepsze niż najlepszy hotel. Przynajmniej w zderzeniu z perspektywą spędzenia nocy z namiocie. Tego dnia miałem do tej opcji taką niechęć, że cieszyłem się jak diabli, że spędzę noc pod dachem.
Dość sprawnie zagospodarowaliśmy się oddzielając plecakami nasz teren i rozłożywszy na parkiecie wykładzinę w kilku warstwach, żeby było bardziej miękko. Na jednej ze ścian, do której przylegała nasza część hali znajdowały się drabinki, więc R. mógł na nich rozwiesić sobie te rzeczy, które zamokły mu wskutek niefrasobliwości kierownictwa trasy. R. zrobił też zdjęcie naszego kącika sypialnego, więc mogę teraz pokazać, jak wyglądał. Na zdjęciu poniżej.

Kącik sypialny w Nowym Dworze
Po wstępnym zagospodarowaniu się zrobiliśmy jeszcze tego dnia zakupy i zwiedziliśmy miasto (w tym miejscowe muzeum stworzone przez lokalnych pasjonatów). A potem poszliśmy spać po dniu pełnym wrażeń. I tak zakończył się kolejny dzień OWRP 2008.
OWRP 2008 – część trzecia (Malbork – Nowy Dwór Gdański c.d.)
niedziela, 19 kwiecień 2009
W Nowym Stawie, jak pisałem wcześniej, zrobiliśmy sobie postój. Zdaje się, że nawet razem z popasem, ale nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, co i gdzie konsumowaliśmy i czy w ogóle. Ten fragment moich wspomnień jakoś dziwnie zatarł się w pamięci. Pamiętam za to, dzięki zdjęciom zrobionym przez R., że się nieco wzruszyłem pewnym widokiem. Na poniższych zdjęciach prezentuję to, co mnie tak wzruszyło. :)

Słodownia EB w Nowym Stawie
Nie wiem, czy czytający tę notkę pamiętają jeszcze takie piwo, co się nazywało EB. Ja mam do niego sentyment, bo bardzo je lubiłem. To ta firma wypuściła chyba jako pierwsza w Polsce piwo czerwone. Mam nawet etykiety z pierwszej serii. A na poniższym zdjęciu R. uchwycił dla mnie “przeszłości śpiew”, czyli logo EB na nieczynnym już budynku należącym do tej firmy.

Logo EB - wspomnienie przeszłości...
Ale to nie jedyne ciekawe rzeczy, jakie można obejrzeć w Nowym Stawie. Jest ich trochę więcej. Jeden z ciekawych obiektów widać na poniższym zdjęciu. Powiedziano nam na odprawie, że jest to kościół w kształcie ołówka. Okazało się, że to tylko pół prawdy, bo kościół ma kształt dość typowy (to ten obiekt na dalszym planie), a w kształcie ołówka jest jego dzwonnica.

"Ołówek" w Nowym Stawie
Chciałem sobie zrobić zdjęcie z tym ołówkiem. Poprosiłem R., żeby tak wykadrował, żebym był na zdjęciu i ja widoczny i ta budowla. Okazało się, że tak się nie bardzo da. Dlatego ostatecznie wykadrowałem siebie z tego całego zdjęcia i taki przynajmniej jest z niego pożytek, że się uwieczniłem. Poniżej.

Na rynku w Nowym Stawie
Z Nowego Stawu trasa wiodła do Nowego Dworu Gdańskiego, ale jakoś trudno się nam było zmobilizować do dalszej drogi. Zaczęliśmy, o zgrozo, rozważać możliwość podjechania do celu autobusem. Przyznam się, że byłem za, a nawet przeciw temu pomysłowi. Z jednej strony argumentowałem, że nie po to przyjechałem na OWRP, żeby sobie dupę podwozić autobusami, ale z drugiej strony duch był we mnie mdły tego pierwszego dnia, a poza tym pogoda straszyła kolejnymi deszczami. W końcu pobiwszy się z myślami swoimi i moich współtowarzyszy zdecydowałem, że możemy jechać, jeśli oni też mają chęć.
Okazało się, że chętnych do podjechania było sporo i to byli w większości turyści z naszej trasy OWRP. To mnie jeszcze do końca nie przekonało o słuszności podjętej decyzji, ale to, co zdarzyło się w czasie jazdy już zdecydowanie tak. Ale o tym napiszę już w kolejnej notce.
OWRP 2008 – część druga (Malbork – Nowy Dwór Gdański)
środa, 15 kwiecień 2009
Drugi dzień OWRP, a pierwszy dzień wędrówki i pierwszy dzień spędzony w całości na Rajdzie był pod pewnym względem przełomowy. I sporo się w nim, jak na jeden dzień, zdarzyło. Można by tym obdzielić kilka nudniejszych dni rajdu. A zaczęło się nieciekawie. Ranek był pochmurny i dżdżysty. To mnie od rana wprawiło w humor raczej wisielczy. Zanim zwinęliśmy namioty i wygrzebaliśmy się z miejsca noclegu, deszcz rozpadał się na dobre. Musiałem założyć na siebie ciężką, gumową pałatkę z demobilu Bundeswehry, pod którą pociłem się nie mniej niżbym mókł bez niej.
Jeszcze w komplecie ruszyliśmy w drogę. W komplecie, to znaczy razem z B. Przeszliśmy miastem do zamku, po czym biegnącą obok drewnianą kładką przekroczyliśmy Nogat. Na drugim brzegu rzeki postaliśmy chwilę, żeby opóźnić moment pożegnania. Zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych zdjęć na tle zamku i w końcu przyszła ta chwila, kiedy wyściskawszy się z B. poszliśmy we trójkę ulicą Wałową w kierunku Kałdowa, a B. zawróciła do miasta, żeby za czas jakiś odjechać do siebie do domu. Na poniższym zdjęciu jesteśmy we trójkę: ja, B. i P. Ponieważ B. poprosiła mnie, żebym jej facjaty na zdjęciach nie prezentował, więc ją rozmyłem. Dla towarzystwa rozmyłem też facjatę P.

Na tle zamku w Malborku
Pogoda się nie poprawiała, podobnie jak mój humor, ale parłem twardo do przodu zakarbowawszy sobie, że im szybciej dojdziemy do celu, tym lepiej, najwyżej padnę gdzieś po drodze. Byłem zdesperowany i zdeterminowany.
Wkrótce zeszliśmy z drogi krajowej 55 na jakąś podrzędną drogę i szliśmy w kierunku Stogów, gdzie znajduje się cmentarz mennonitów. To jeden z największych i najdłużej “czynnych” cmentarzy. Podobno ostatni pochówek miał na nim miejsce w latach 80-tych zeszłego wieku. Chcieliśmy odnaleźć grób z tego pochówku, ale się to nam nie udało, choć obeszliśmy prawie cały cmentarz. Obejrzeliśmy też stojący koło niego kościół rzymskokatolicki wzniesiony na miejscu dawnego menonickiego zboru.R. robił zdjęcia w tej okolicy, ale ponieważ pogoda była nieciekawa, więc zamiast tamtych wrzucać tamte zdjęcia podlinkuję te, na których widać nie tylko sam cmentarz, ale także kościół w pięknym słońcu.
Wziąłem ze sobą na ten OWRP mojego GPS-a, dlatego mam zapis tras, które codziennie robiliśmy. Dane wrzucałem do serwisu Every Trail. Poniżej jest link do zapisu trasy pierwszego dnia: OWRP 2008 – 7 lipca
Cmentarz mennonitów znajdował się trochę z boku naszej trasy. To jest na mapie trasy ten “skok w bok”. Po jego zwiedzeniu zawróciliśmy, choć można było iść okrężną drogą, żeby nie deptać po własnych śladach. Pogoda jednak nie zachęcała do dłuższych spacerów, więc obraliśmy azymut na Nowy Staw. Zdecydowaliśmy się iść po zlikwidowanym torze kolejki wąskotorowej. Wydawało nam się, że to dobry pomysł, bo tor prowadził prosto i dokładnie do celu. Jednak po pierwszych stu metrach pożałowaliśmy wyboru. Tor był zarośnięty trawą, która była, co naturalne w czasie deszczu, nasiąknięta wodą. Nim doszliśmy do połowy trasy, w butach nam już chlupało. Niestety, zejść z toru mogliśmy dopiero na najbliższym skrzyżowaniu z drogą, bo przejście po otaczających łąkach groziło jeszcze większą powodzią w butach.
W końcu doszliśmy do drogi. Stały przy niej niewysokie, betonowe słupki. Przysiadłem na jednym i zdjąłem po kolei buty, żeby wylać z nich (dosłownie) wodę. Wyżąłem też przy tym skarpety. Sytuacja była niewesoła, ale mnie paradoksalnie niezmiernie rozbawiła. Jeszcze się na dobre nie rozpoczął dzień, a my już mamy powódź w butach. Jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. :)
Nie wróciliśmy już na tor, choć prowadził dalej prosto do celu. Wybraliśmy asfalt. O ile pamiętam, to obyło się bez kolejnych niespodzianek i przez Tralewo oraz Laski doszliśmy do Nowego Stawu. Do celu naszej wędrówki tego dnia, czyli do Nowego Dworu Gdańskiego, mieliśmy jeszcze kawałek drogi, więc zdecydowaliśmy się zrobić tutaj popas.
OWRP 2008 – część pierwsza (prolog)
piątek, 6 marzec 2009
Trasa, na którą zapisałem się w ramach OWRP 2008 zaczynała się w Malborku. Musiałem się zatem jakoś do tego Malborka dostać, ale jak dokładnie przebiegła ta podróż, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miałem nadzieję, że spotkam się z R. gdzieś po drodze (potem okazało się, że było to niemożliwe, ale może będzie okazja o tym jeszcze napisać). Za to dość dobrze pamiętam, że wysiadłem w Malborku z tobołami i bagażem wspomnień, jakie wiązały się z tym miastem: m.in. pewnym jednocześnie przykrym i miłym przeżyciem. Przykrym dla kogoś, kto był mi wtedy bliski, ale paradoksalnie zaowocowało to czymś przyjemnym dla mnie (nie była to jednak radość z cudzego nieszczęścia).
Tak więc wysiadłem z pociągu na znajomym dworcu i trochę bezradny (z racji ówczesnego stanu mojej psychiki) z mapką w jednej ręce i z odbiornikiem GPS w drugiej starałem się ustalić, gdzie powinienem skierować swoje kroki. Wahałem się między dwoma postawami: z jednej strony chciałem uważać, że Malbork znam na tyle dobrze, że mogę się w nim odnaleźć bez sięgania po mapy i podobne pomoce; z drugiej czułem, że to, co napisałem wcześniej nijak ma się do otaczającej mnie rzeczywistości. W końcu poszedłem na kompromis, czyli stanąłem przed planszą z planem miasta i próbowałem wykoncypować, jak trafić na obozowisko.
Oszczędzając czytelnikom szczegółów odnajdywania drogi napiszę, że na miejsce trafiłem, choć w jednym momencie bliski byłem zbłądzenia. Ostatecznie przekroczyłem bramę ośrodka, gdzie rozłożyła się moja trasa i pierwszą spotkaną osobę zapytałem, gdzie jest kierownictwo trasy. Skierowany we właściwe miejsce dopełniłem wszelkich formalności, po czym zacząłem się rozglądać za jakimś miejscem na rozbicie się. Stroniłem do ludzi, więc wybrałem sobie miejscówkę, która była jednocześnie blisko kierownictwa i kibelków, a z drugiej strony wystarczająco daleko od innych uczestników.
Rozłożyłem namiot i położyłem się w środku czekając na R. oraz P., którzy już mieli być w drodze. I byli. Razem z niespodzianką. Dotarli na miejsce obozowania niedługo po mnie. Ale zanim mnie znaleźli, dostałem SMS-a od B. z pytaniem, czy jestem na lewo, czy na prawo od bramy. Przez naprawdę krótką chwilę pomyślałem, że musiała mnie z kimś pomylić. Wiedziałem, że z przyczyn obiektywnych miało jej nie być na tym OWRP, więc potraktowałem w pierwszej chwili ten SMS jako wysłany pod niewłaściwy adres, ale zanim odpowiedziałem w tym duchu w mojej głowie pojawiła się myśl, że ta szalona kobieta rzeczywiście przejechała kawał Polski, żeby się tutaj zjawić. Rzeczywistość okazała się być nieco bardziej skomplikowana, ale o tym później.
Odpisałem, zgodnie z prawdą, że jestem po lewej stronie od bramy. Za chwilę już witaliśmy się serdecznie, a ja miałem dosłownie łzy w oczach (no cóż, w depresji człowiek wyjątkowo łatwo się rozczula). Po wymianie uprzejmości R. poszedł się zameldować na biwaku, a ja zamieniłem kilka słów z B. Potem R. z P. wzięli się za rozstawianie namiotu. Tego ich nabytku jeszcze nie widziałem. Trzyosobowy namiot z obszernym przedsionkiem na tle mojej “czołgopodobnej” jedynki (choć formalnie dwójki) prezentował się imponująco. Ale taki namiot nadaje się na imprezy takie jak OWRP, gdzie bagaże wrzuca się na pakę i chodzi się z niewielkim plecakiem. Na imprezę samodzielną z takim namiotem na grzbiecie nie chciałbym się wybrać. :)
Przyczyna obecności B. w Malborku wyjaśniła się dość szybko. Otóż razem z R. i P. wybrali się do Mrągowa na Mazurską Noc Kabaretową. Potem R. namówił ją, żeby przyjechała z nimi do Malborka choćby na inaugurację OWRP. Długo się nie dała namawiać i w ten sposób stawiła się na starcie.
Po opadnięciu pierwszych emocji, rozstawieniu namiotów, dopełnieniu obowiązków meldunkowych i tym podobnych stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z tak dobrze rozpoczętą końcówką dnia. Stanęło na tym, że B. zostaje na noclegowisku, żeby odpocząć, a nasza trójka idzie na miasto.
Poszliśmy oczywiście do największej atrakcji Malborka, czyli do zamku, aby tam obejrzeć widowisko typu światło-dźwięk, które odbywa się od lat według tego samego scenariusza. Widziałem to widowisko już co najmniej raz sześć lat wcześniej, kiedy jechałem na rowerze do Władysławowa. Jeden z naszych noclegów wypadł wtedy właśnie w Malborku i oczywiście udaliśmy się na zamek. Tym razem jednak też poszedłem. Dla towarzystwa, za którym się stęskniłem.
Po obejrzeniu, a właściwie głównie odsłuchaniu widowiska poszliśmy jeszcze w miasto. Jeśli dobrze pamiętam, to w celu uzupełnienia zapasów gotówki. Wreszcie dość późno w nocy, ale jeszcze przed północą wróciliśmy do naszych namiotów. Na mnie w namiocie czekała niespodzianka w postaci B., która postanowiła się w nim zdrzemnąć. Dłużej jednak nie mogłem jej gościć, bo moje warunki lokalowe na to nie pozwalają. Dlatego B. na noc poszła do R., którego namiot trzy osoby mieści zapewniając im, jak na warunki namiotowe, spory komfort.
I tak zakończył się dzień pierwszy OWRP 2008.
Czas na OWRP 2008 – słowo wstępne
poniedziałek, 2 marzec 2009
Po tym, jak opisałem Majówkę w 2008 roku czas najwyższy zająć się zaległym opisem OWRP, który odbyłem w 2008 roku (w kolejce pozostanie jeszcze samotna wyprawa w Świętokrzyskie). Liczę na to, że uda mi się zmobilizować i zakończyć opis tego OWRP zanim zacznie się tegoroczny, choć z przyczyn obiektywnych na pewno w tegorocznym i prawdopodobnie w przyszłorocznym udziału nie wezmę. Najbliższy zaś, którego na dziś nie zamierzam sobie odpuścić, będzie miał miejsce w 2011 roku.
W bliżej nieokreśloną przyszłość oddala się też moja planowana wyprawa do Santiago de Compostela, ale jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że nie powinienem się z nią spieszyć, bo jeśli ja odbędę, to jaki mi jeszcze ambitny cel pieszy pozostanie do zrealizowania? Owszem, można sobie wymyślić coś nietypowego: choćby marsz dookoła Polski (oczywiście na raty, bo na raz nie sposób tego zrobić nie dysponując wieloma miesiącami czasu) albo marsz dookoła województwa.
Ten drugi pomysł mnie kusi, ale może też trzeba będzie go rozłożyć na raty, bo może nie być ten marsz taki krótki, jakby się wydawał. Wszystko zależy od tego, jak bardzo trasa mojej marszruty miałaby przybliżać się do kształtu granic województwa. Koncepcje miałem co najmniej dwie: jedna, żeby iść możliwie najbliżej granicy województwa, a druga, żeby przejść przez wszystkie siedziby gmin, które od granicy leżą niekiedy dość daleko (jak dla piechura). Zresztą pomysł ten ewoluował i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy może nie lepiej byłoby tę trasę zrobić na rowerze? Na razie jednak pomysł ten pozostał w sferze mglistych zamierzeń i nie wiem, czy wprowadzę go w czyn.
Ale dość tych obocznych rozważań. Tematem ma być przecież opis OWRP 2008, do którego przejdę jednak dopiero w kolejnej notce. Na razie dodam tylko, jako uzupełnienie wprowadzenia, że moim prywatnym hasłem, pod którym odbyłem OWRP 2008 było “Z depresją na depresję”. Rajd bowiem odbywał się po terenach Powiśla i spory kawałek wędrowaliśmy po terenach położonych poniżej poziomu morza, a ja sam zaczynałem go w dość poważnej depresji. Jednak juz pierwszego dnia humor mi się poprawił. I to paradoksalnie w zderzeniu z tym, co moich współtowarzyszy raczej dobrego humoru pozbawiało.
Widocznie ze mną gorzej już być nie mogło i mogło być tylko lepiej. Okazuje się, że nie ma dla mnie lepszego leku na depresję niż dwa tygodnie spędzone w plenerze, kiedy jednego dnia w butach chlupie woda, przychodzi gigantyczne oberwanie chmury, które przemacza rzeczy uczestników i kiedy zamiast noclegu w namiocie składamy wieczorem swoje utrudzone ciała na stercie zakurzonych dywanów rozłożonych na starym parkiecie hali sportowej, w której miejscami przecieka dach. Po takim początku mogło być już tylko lepiej, ale o tym napiszę w kolejnej notce.






