Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i tak też było w przypadku Majówki w 2008 roku. Ostatni jej dzień poświęciliśmy na powrót do domów. Jedni mieli blisko (B. i spółka) inni dalej (R., P. i ja). Powrót do domu nasza trójka zaplanowała pociągiem. Nie pamiętam już dokładnie, jak wracali R. i P., poza tym, że do Szczecina wracali razem ze mną. Ale ten właśnie fragment naszego wspólnego powrotu wart jest opisania.

Najpierw mieliśmy problem z nabyciem biletów. Kolejka do kasy była długa i poruszała się niemrawo, a tymczasem godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. Wreszcie pani z kasy zaanonsowała, że kto chce jechać najbliższym pociągiem, ma podejść bez kolejki. Myślałem, że dostaniemy bilety, ale gdzie tam. Pani wydawała zaświadczenia, że nie mogliśmy na czas zakupić biletów. Dzięki temu można było je zakupić w pociągu bez uiszczania dodatkowej opłaty. Tak też zrobiłem. Bilet na dalszą podróż do domu w tej sytuacji musiałem kupić w Szczecinie. Czasu miałem mieć wystarczająco dużo, o ile pociąg dojechałby na czas.

Wsiedliśmy do pociągu w Międzyzdrojach. Pociąg był już dość zatłoczony, więc musieliśmy zająć miejsca stojące, ale jakiegoś wyjątkowego tłoku nie było. Do czasu. Gdzieś w połowie drogi do Szczecina, na stacji o wdzięcznej nazwie Rokita, czekała niespodzianka. Niespodzianką było mrowie harcerzy z pełnym ekwipunkiem, którzy najwyraźniej mieli zamiar wsiąść do naszego pociągu. Pomysł był zdecydowanie karkołomny, bo w pociągu już było ciasnawo, a harcerzy było tylu, że zwątpiłem, czy ten pociąg wszystkich nas pomieści, nawet jeśli będziemy jechali ściśnięci jak sardynki w puszce. Oni jednak nie zniechęceni zaczęli się pakować do pociągu.

Ludzie znajdujący się już w pociągu, kiedy zobaczyli, co ich czeka, zaczęli przekonywać harcerzy, żeby sobie dali spokój. Ale bez skutku. Tamci argumentowali, że PKP sprzedała im bilety i zamierzają jechać (jakby nie mogli się podzielić np. na dwie grupy i pojechać dwoma pociągami). Ładowanie harcerzy do pociągu szło opornie. Widząc to w pewnym momencie jeden z funkcyjnych harcerzy zaproponował, żeby wszyscy pasażerowie wysiedli z pociągu, pozwolili im się w nim rozlokować, a potem sobie wsiedli. Można sobie wyobrazić, jakie reakcje wywołała ta propozycja. To, że pomysłodawca nie został za swój pomysł zlinczowany, zawdzięcza tylko temu, że nikt nie odważył się wysiąść z pociągu mając uzasadnione obawy, że by już do niego nie wsiadł.

Nie wiem, jakim cudem, ale udało się jakoś te harcerstwo w pociągu upchać. Ale dalsza jazda wyglądała tak, że ja praktycznie nie mogłem się nawet obrócić i gdybym chciał, to mógłbym podnieść jednocześnie obie nogi bez żadnych gwałtownych konsekwencji.

Przy okazji tego bliskiego spotkania przyjrzałem się harcerzom, a przede wszystkim ich ekwipunkowi bliżej i szczęka mi opadła. Każde z nich dźwigało ze dwie torby o wielkości dorównującej czasami ich wzrostowi. Stwierdziłem, że chyba przed wyjazdem każde z nich ogołociło lodówkę i ze dwie szafy z ubraniami. Co ciekawe, o ile zauważyłem, nie mieli ze sobą śpiworów ani namiotów. Natomiast każdy miał ze sobą siekierkę. Nie wiem, po co? Jednemu dziewczęciu wdzięcznie wystawał z plecaka nóż ostrzem wymierzonym na zewnątrz, który w warunkach panującego ścisku groził śmiercią osobom z najbliższego otoczenia przy gwałtowniejszym hamowaniu.

Przyznam, że nie szczędziłem złośliwości dokonując kolejnych obserwacji. Jacy z nich harcerze, pokpiwałem (sam też zresztą należałem do ZHP), jeśli na trzy dni biwaku zabierają ze sobą pół chałupy? Gdyby mieli jechać na jakiś dłuższy pobyt, to pewnie każde z nich ciągnęło by za sobą samochodową przyczepkę wypełnioną ekwipunkiem. Ja na dwa tygodnie OWRP pakuję mniej bagażu niż oni na trzy dni.

Jakimś cudem wylądowałem wreszcie w Szczecinie, ale pociąg był mocno opóźniony. Groziło mi, że nie zdążę kupić biletu, jeśli będzie kolejka w kasie. Na szczęście R. wcześniej powiedział mi, że na dworcu, po drugiej stronie, jest taka samotna kasa, gdzie może nie być kolejki. Popędziłem tam od razu (akurat miałem tam blisko) i rzeczywiście bez żadnej kolejki udało mi się kupić bilet. Z ulgą poszedłem na właściwy peron i zająłem miejsce w pociągu. Zdążyłem.

Niestety, dużo mniej szczęścia miałem w Kutnie, do którego mój pociąg przyjechał spóźniony dokładnie o tyle, żebym z hamującego przy peronie pociągu widział ruszający pociąg, który miał mnie dowieźć do domu. Niestety, był to ostatni pociąg tego wieczoru. Cała nadzieja pozostała w PKS-ie. Ruszyłem na dworzec, ale zabrakło mi wyobraźni, bo dworzec w Kutnie leży na uboczu i niektóre autobusy w ogóle tam nie zajeżdżają. Tak właśnie było z autobusem, który mógłby dowieźć mnie do domu, gdybym się nie oddalał za bardzo z dworca PKP, a przeszedł tunelem do końca i tam czekał na przystanku. Niestety, uświadomiłem to sobie za późno. Dzięki czemu spędziłem noc na dworcu PKP w Kutnie, co do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy.

Rano byłem tak wyczerpany, że nie kontrolowałem się i wbrew własnej woli zasypiałem w pociągu wiozącym mnie do domu. W przebłyskach świadomości widziałem, że dziwnie przygląda mi się konduktor, ale na szczęście nic się mnie nie czepiał. Bilet miałem, nie rozrabiałem, a jeśli nieogolony i po nieprzespanej nocy nie wyglądałem zbyt przyjaźnie, to jemu nic do tego. W domu byłem wczesnym rankiem i pierwsze, co zrobiłem, to wykąpałem się i rymsnąłem do łóżka, żeby choć trochę odespać zarwaną noc. Tak zakończyła się moja Majówka w 2008 roku.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część siódma

poniedziałek, 26 styczeń 2009

Tego samego dnia, którego wybraliśmy się do Świnoujścia, ale już wieczorem, poszliśmy na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów. Pogoda była całkiem znośna, więc wybraliśmy się między innymi na molo. Co tam robiliśmy, nie napiszę. Zamieszczę za to zdjęcia, bo podobno jeden obraz wart jest tysiąca słów. Ponieważ byliśmy tam w towarzystwie nieletnich, więc zdjęcia są odpowiednio przygotowane do publikacji. ;)

Nocny... spacer

Nocny... spacer

Nocne życie Międzyzdrojów

Nocne życie Międzyzdrojów

Ale żeby nie wyglądało na to, że zajmowaliśmy się tylko jednym (zbieraniem opakowań po trunkach) dodam jeszcze, że poszliśmy też na Aleję Gwiazd, żeby przymierzyć swoje dłonie do tych, których odciski tam się znajdują. Nie pamiętam już, do którego odcisku pasowała moja dłoń, ale znalazłem przynajmniej jedną taką. Po spacerze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, bo następnego dnia czekał nas powrót do domu. Powrót bardzo urozmaicony i pełen wrażeń, ale o tym napiszę w kolejnej, ostatniej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Napisałem w poprzednim wpisie, że wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie Międzyzdrojów. Ale to nieprawda, bo na nocne zwiedzanie, które mam na myśli, wybraliśmy się kolejnego dnia, czyli 3 maja. Tego też dnia, ale wcześniej, wybraliśmy się do Świnoujścia. To był w ogóle dzień pełen wrażeń. Nie tylko pozytywnych, niestety. Zacznę jednak od początku.

Rano wyjechaliśmy z Międzyzdrojów do Świnoujścia pociągiem. Zabawne było to, że tam, gdzie my wsiadaliśmy, z naszego pociągu wyległo mrowie pasażerów. Wszyscy walili na plażę w Międzyzdrojach, bo trzeba przyznać, że pogoda była tego dnia wyśmienita. Natomiast do Świnoujścia tak wielu chętnych nie było, więc dojechaliśmy tam dość komfortowo.

Pierwszym celem naszej wycieczki do Świnoujścia była tamtejsza latarnia morska. Mieliśmy do niej spory kawałek drogi. Według drogowskazów 6 kilometrów. W pierwszej chwili nie chciało mi się wierzyć, że to tak daleko, ale chyba rzeczywiście tyle było. Na latarnię oczywiście weszliśmy i obejrzeliśmy sobie rozciągające się z niej widoki. Jeden z nich prezentuję poniżej.

Widok z latarni

Widok z latarni

Po zejściu z latarni postanowiliśmy zwiedzić Port Gerharda, który widzieliśmy z góry.

Fort Gerharda - Komendantura

Fort Gerharda - Komendantura

W tym celu zakupiliśmy bilety u młodego chłopaka przebranego w mundur pruskiego żołnierza, który stał przy bramie i wkroczyliśmy do fortu. Kiedy zebrała się nas już wystarczająco liczna grupa, wziął nas w obroty kolejny “Prusak”, który najpierw przetrenował nas nieco z musztry, a potem oprowadził po terenie fortu ciekawie o nim opowiadając i przerywając swoją opowieść od czasu do czasu żartobliwymi komendami kierowanymi pod adresem niektórych uczestników wycieczki.

Muszę napisać, że wizyty w budowanych przez Prusaków fortach zawsze robią na mnie wrażenie. I nie chodzi może tyle o ogrom pracy, jaki włożono w budowę takich umocnień, ale o myśl inżynieryjną, jakiej są one ucieleśnieniem. Tam niemal na każdym kroku widać kunszt projektantów i wykonawców. Zresztą nie tylko budowle robią wrażenie, ale sama organizacja życia w takiej twierdzy. Tam żołnierz nie miał nawet chwili, żeby się nudzić. Nawet na pisanie listów do rodziny był przeznaczony czas i pisanie to było obowiązkiem, a nie przywilejem.

Zrobiła na mnie spore wrażenie konstrukcja i organizacja magazynu prochu. Na przykład zasada, że po wybudowaniu tego magazynu, nikt nie miał prawa wejść tam z ogniem w żadnej postaci. Wskutek tego obsługujący ten magazyn żołnierz pracował w całkowitych ciemnościach, ale dzięki doskonałej organizacji magazynu i panującemu tam porządkowi nie potrzebował światła, żeby się w nim orientować. Ponadto jego pracę regulował bardzo szczegółowy i zawierający mnóstwo zapisów regulamin. Można wręcz odnieść wrażenie, że przewidziano w nim wszystkie nieprzewidywalne sytuacje.

W trakcie zwiedzania trafiliśmy na stado pasących się na terenie kóz, które robią tam za naturalne kosiarki. Kozy na moment stały się centrum zainteresowania. Szczególnie jeden kozioł (właściwie cap, bo capił niemiłosiernie) i małe koźlęta. Poniżej wrzucam zdjęcie z sesji fotograficznej, jaka miała miejsce.

Kozioł

Kozioł

Po zakończeniu zwiedzania zostaliśmy ceremonialnie promowani na jakiś stopień, którego nazwy nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć. Na poniższym zdjęciu jestem właśnie w trakcie promocji.

Promocja na kadeta

Promocja na kadeta

Zwiedzanie zakończyło się mocnym akcentem, to znaczy wystrzałem z małej armatki (znawców militariów proszę o wybaczenie, jeśli nazwałem ten sprzęt wojskowy niewłaściwie). Po tym punkcie naszego programu udaliśmy się z powrotem do Świnoujścia na obiad.

Niestety, obiadu nie zjadłem, bo w międzyczasie rozwinęła się u mnie silna migrena. Dźgnąłem tylko trochę sałatkę grecką, jaką zamówiłem i wypiłem kielicha Jägermeistera. Na szczęście po jakimś czasie migrena mi przeszła, ale obiad przeszedł mi już koło nosa. Zjadłem coś na to konto już po powrocie do Międzyzdrojów.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część piąta

poniedziałek, 15 wrzesień 2008

Kolejny dzień na szczęście nie był świętem, więc mieliśmy pewność, że nie będzie problemu ze zrobieniem zakupów, choć po doświadczeniach dnia poprzedniego nabrałem przekonania, że nawet w święto nie będzie problemów z zaopatrzeniem. Tego dnia zrobiliśmy sobie dłuższą wyprawę, której końcówka była na dodatek dość forsowna.

Tego dnia zdecydowaliśmy się wybrać na dłuższy spacer. Po wyjściu z miejsca noclegu skierowaliśmy się na południe i przez las skierowaliśmy się w kierunku miejscowości Zalesie. Tutaj czekała nas pierwsza atrakcja w dniu dzisiejszym, czyli pozostałości po wyrzutniach rakiet V3. Doszliśmy do nich górą, gdzie obejrzeliśmy pozostałości po wyrzutniach, a potem zeszliśmy na dół, gdzie za niewielką opłatą mogliśmy obejrzeć zgromadzone w bunkrze eksponaty i wysłuchać prelekcji trochę nawiedzonego kustosza (to chyba właściwe określenie). Facet się nieco jąkał, ale to mi nie przeszkadzało go słuchać. Dużo bardziej uciążliwa była swada z jaką opowiadał. Wydawałoby się, że to dobrze, kiedy ktoś snuje swoje opowiadanie z entuzjazmem, ale wszystko ma swoje granice, po przekroczeniu których zaczyna być uciążliwe. :)

Po wysłuchaniu, co miał do powiedzenia kustosz, ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie doszliśmy lasem w okolice Jeziora Turkusowego. Tutaj najpierw w miejscowości Wapnica posililiśmy się, a potem rozdzieliliśmy. Szóstka z nas postanowiła iść dalej nad jezioro, a pozostali zdecydowali się wrócić autobusem na kwaterę zmęczeni już spacerem. Ja byłem w tej szóstce, która udała się na spacer wokół jeziora.

Warto było. Na poniższym zdjęciu widać panoramę jeziora z punktu widokowego znajdującego się nieopodal jego południowego końca. I choć zdjęcie jest moim zdaniem bardzo dobre, to i tak nie oddaje uroku tego miejsca.

Panorama Jeziora Turkusowego

Panorama Jeziora Turkusowego

Nieopodal punktu widokowego, praktycznie tuż za jego ogrodzeniem, rośnie bardzo ciekawie wyglądające drzewo. Jego niezwykłość polega na tym, że wyrasta z pionowego urwiska i jest zakorzenione na nim bokiem. Na poniższym zdjęciu uwiecznione został ten ciekawy okaz.

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Po obejściu jeziora poszliśmy w kierunku wsi Lubiń na rybkę. Według zapewnień A. miała tam być smażalnia z bardzo smacznymi rybami. I rzeczywiście była, choć musieliśmy do niej dojść kawałek drogi, bo była już właściwie za Lubiniem, a bliżej Wapnicy zlokalizowana przy czymś, co przypominało przystań jachtową. Zamówiliśmy sobie rybki, a w czasie posiłku padła propozycja, żeby wracać pieszo, zamiast autobusem. To był spory kawałek drogi, ale ja się na to zdecydowałem. Ostatecznie podzieliśmy się na dwie grupy. B. z P. poszli na autobus, a ja wraz z J., R. i A. poszliśmy pieszo.

Niestety, wkrótce szybko podzieliśmy się na dalsze dwie grupy. J. tak zasuwał do przodu, że wkrótce zostałem w tyle. W pewnym momencie jednak oni zwolnili, ja przyspieszyłem i zeszliśmy się. Nie na długo, bo J. znowu wystrzelił do przodu, dzielnie sekundował mu R., a A. ostatecznie szedł ze mną. Peleton nam się mocno rozciągnął, ale wszyscy szczęśliwie dotarliśmy do kwatery. Wieczorem zaś wybraliśmy się jeszcze na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów, ale o tym napiszę w kolejnej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część czwarta

poniedziałek, 1 wrzesień 2008

Kiedy się rozpogodziło wybraliśmy się na krótki spacer w okolice Międzyzdrojów. Poszliśmy między innymi na Kawczą Górę (albo Górę Kawczą), której nazwa, nie wiem dlaczego, uparcie kojarzyła mi się z kaczkami, a nie z kawkami. ;) Kawcza góra to punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama na same Międzyzdroje i ich okolice.

Przy okazji tej samej wycieczki odwiedziliśmy Zagrodę Pokazową Żubrów mieszczącą się na terenie Wolińskiego Parku Narodowego. Mieści się ona niedaleko od centrum miasta, więc spacer tam nie wymaga wiele czasu, a jest co oglądać. Oprócz żubrów, które stanowią główną atrakcję tego miejsca, obejrzeliśmy tam też kilka dzików, sarny i orły. Jeden z orłów, o czym dowiedziałem się później, nazywa się Jurand, bo urodził się ślepy. W naturze nie miałby szans na przeżycie, więc korzysta z gościnności WPN. Nie mam pewności, czy orzeł na poniższym zdjęciu to nie jest właśnie ten wspomniany Jurand.

Orzeł w gościnie u żubrów

Orzeł w gościnie u żubrów

Zdjęcie nie jest ostre, bo najwyraźniej aparat uznał, że ciekawszym obiektem jest siatka ogrodzeniowa. Tak podejrzewam, bo zdjęcie nie jest mojego autorstwa. :)

Po wizycie na Kawczej Górze i odwiedzeniu zagrody żubrów nie robiliśmy chyba już tego dnia nic ciekawego, o czym warto byłoby napisać. Warto jednak za to napisać o prawno-handlowej ciekawostce. Otóż dzień, o którym pisałem powyżej, to był 1 maja, czyli od niedawna święto, podczas którego obowiązuje zakaz handlu. Przynajmniej teoretycznie. Ale konia z rzędem temu, kto by znalazł w tym dniu sklep zamknięty na mocy tego przepisu. Co prawda handlować w takich dniach mogą właściciele sami stojący za ladami swoich sklepów albo pracownicy zatrudnieni na ten czas na umowę zlecenie, ale osobiście wątpię, żeby w każdym z  tych sklepów, które widziałem otwarte, miała miejsce jedna z tych sytuacji. Oczywiście ja bynajmniej na tę sytuację nie narzekałem. Przynajmniej nie miałem problemu z zaopatrzeniem się w artykuły spożywcze (komfort zaopatrzenia był tym większy, że jeden ze sklepów mieliśmy piętro niżej). Nasuwa się jednak pytanie, jaki jest sens uchwalenia takiego prawa, które ku zadowoleniu wszystkich i przy milczącej aprobacie odpowiednich służb jest nagminnie obchodzone? Podobno w te święta dyżurują pracownicy Państwowej Inspekcji Pracy, ale myślę, że nie mają wiele pracy. Muszą jednak pracować, bo prawodawca wymyślił, że ktoś inny nie może w tym czasie pracować i trzeba tego dopilnować. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Po zakwaterowaniu postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy. Pomysł był zacny, ale pogoda nam wyjątkowo nie sprzyjała. Już niedługo po przyjeździe zanosiło się na deszcz, ale niebo wstrzymało się z podlewaniem nas. Jednak kiedy już na dobre wyszliśmy z naszej kwatery, nie trzeba było długo czekać na załamanie pogody. Zaczęło najpierw padać, a potem regularnie lać.

Mimo niesprzyjających warunków, a może właśnie dzięki nim, zdecydowaliśmy się zwiedzić kilka atrakcji Międzyzdrojów. Poszliśmy m.in. na molo. Na sam pomost wyszliśmy tylko na chwilę, za to z przyjemnością pospacerowaliśmy sobie po… zadaszonym pasażu, gdzie było ciepło, tłoczno i sucho. :) Zbyt długo tam jednak nie zabawiliśmy, bo ile razy można przejść w tę i z powrotem? Trzeba było znowu wyjść na deszcz.

W poszukiwaniu możliwości spędzenia czasu pod dachem poszliśmy też tego dnia do Oceanarium. Nazwa ta moim zdaniem jest na wyrost. W zoo w moim mieście w pawilonie z rybami jest porównywalnej wielkości kolekcja ryb (może z wyjątkiem jednego, największego okazu, jaki można obejrzeć w Międzyzdrojach – na poniższym zdjęciu).

Mała Rybka

Na dodatek za wstęp liczą tam sobie stawkę zdecydowanie wygórowaną w stosunku do wielkości ekspozycji. Ale jest to forma podatku turystycznego, jaki płaci się na każdym kroku w nadmorskich miejscowościach. My zdecydowaliśmy się go zapłacić licząc na to, że może deszcz w tym czasie przejdzie.

Jeśli dobrze pamiętam, to przed odwiedzeniem Oceanarium weszliśmy do Muzeum Figur Woskowych. Z tej wizyty byłem dużo bardziej zadowolony. Niektóre ze znajdujących się tam woskowych “kopii” przypominały dość wiernie swoje pierwowzory, ale były też i takie, których podobieństwo było dyskusyjne. R. był tak uprzejmy, że zrobił mi zdjęcie, które wrzucę do tej notki, jak tylko będę nim dysponował znajduje się poniżej.

Wielka Szóstka

Wielka Szóstka

Obejrzawszy to, co naszym zdaniem warte było obejrzenia i jednocześnie było zadaszone, postanowiliśmy skontaktować się z B., żeby ustalić, gdzie się podziewa i uzgodnić plan działania na resztę dnia. Okazało się, że B. z przyjaciółmi udała się na bilard do hotelu znajdującego się kawałek drogi od miejsca, gdzie my się akurat znajdowaliśmy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się w tamtym kierunku, a że deszcze nie odpuszczał, a moja kurtka w cudowny sposób nie odzyskała swojego przeciwdeszczowego charakteru, więc ja doszedłem do celu dość mocno przemoknięty.

Na miejscu przywitałem się z B. oraz zapoznałem jej przyjaciół, po czym zdecydowaliśmy z R., że trzeba wypić coś rozgrzewającego. I wbrew pozorom nie był to alkohol. Wzięliśmy kawę i herbatę, którą wypiliśmy siedząc wygodnie na skórzanych kanapach. Na głowy nam nie padało, było ciepło, miło i przytulnie. Mógłbym tam siedzieć godzinami.

Tymczasem deszcz zelżał, a my zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy poszukać miejsca, gdzie można by było zjeść obiad. Poszliśmy z powrotem w kierunku centrum miasta i zakotwiczyliśmy w jednym z barów. Nie pamiętam, co sobie zamówiła reszta towarzystwa, ale ja wziąłem rybę. Zwykle biorę dorsza, więc pewnie i tym razem tak było. Nim dostaliśmy nasze porcje, nim je zjedliśmy, natura zrobiła nam miłą niespodziankę, bo deszcz przestał padać i rozchmurzyło się. Dzięki temu mogliśmy resztę dnia spędzić aktywnie, bo już zapowiadało się, że będziemy siedzieć do wieczora na kwaterze.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Pociąg przyjechał, zająłem swoje miejsce i pojechaliśmy. Za oknem trochę padało, ale ponieważ była noc, nie miało to większego znaczenia. Próbowałem się zdrzemnąć, ale siedzenia w przedziale nie miały zagłówków między miejscami, więc nie mając o co oprzeć głowy miałem trudność w przyjęciu pozycji sprzyjającej drzemce. Mimo to udało mi się kilka razy zamknąć na dłużej oczy i odpłynąć nieco od rzeczywistości.

Dzień, który wstał po nocy spędzonej w podróży, nie zapowiadał się ciekawie. Było pochmurno, chłodno i zanosiło się na deszcz. Mało pociągający początek majówki. W czasie podróży wymieniłem kilka SMS-ów z R., żeby dowiedzieć się, czy też już jest w drodze. Myślałem, że może nawet jedzie tym samym pociągiem, ale okazało się potem, że przyjechał autobusem. Spotkaliśmy się na dworcu w Międzyzdrojach, gdzie po mnie wyszedł razem z P.

Przywitaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejsca naszego zakwaterowania, którym okazał się Dom Turysty PTTK (zdjęcie jest nieaktualne, bo w tej chwili nie ma tej drogi, która na zdjęciu jest przed budynkiem). Na miejscu nie było jeszcze B., która załatwiała naszą rezerwację, ale była jakaś pani w recepcji. Była i kipiała energią, ale nie był to ten rodzaj pozytywnej energii, jaką często emanują turyści i organizatorzy turystyki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że z pewną trudnością udawało się nam z nią dogadać, bo rozmowa od razu przybrała formę wielowątkową. Pani nie do końca widziała, czego chce się od nas dowiedzieć, ani jak otrzymane od nas informacje skonsumować. Zauważyłem, że obecność większej liczby osób najwyraźniej ją rozprasza i wprowadza jeszcze większe zamieszanie w jej działaniach, więc zostawiłem R. i P. w recepcji, żeby poszukać bankomatu i uzupełnić rezerwy gotówki. Chciałem opuścić pomieszczenie po angielsku, ale nie udało mi się, gdyż moje oddalenie się zostało zauważone przez panią recepcjonistkę, która zapytała mnie, dokąd idę, co wprawiło mnie w krótkotrwałą konfuzję. Podsumowując to spotkanie napiszę, że pani zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby rejestrującej zbyt wiele bodźców z otoczenia i nie dającej sobie rady z ich selekcją, hierarchizowaniem i reagowaniem wyłącznie na te najważniejsze. Efektem był męczący chaos działania. Z wyraźną ulgą opuściłem jej towarzystwo.

Nie zdążyłem jeszcze na dobre wyjść z budynku, kiedy pojawiła się B., co przyjąłem z niejaką ulgą, bo zakładałem, że ciężar dogrania sprawy naszego zakwaterowania weźmie na siebie. Co prawda zakładałem, że może to być przyczyną nasilenia chaosu, bo kolejna osoba, i to będąca źródłem silnych bodźców, mogła panią recepcjonistkę do reszty rozstroić, ale miałem to głęboko w nosie. Zapiąłem kurtkę, założyłem kaptur, bo cały czas albo mżyło albo się na to zanosiło i wyszedłem.

W drodze do bankomatu ktoś mnie zawołał po imieniu. W pierwszej chwili nie poznałem A., którego nie widziałem od roku. Ludzie w tym wieku bardzo się zmieniają w ciągu 12 miesięcy. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości i gładkich zdań poinformowałem go, że idę zatankować portfel i ruszyłem dalej. Ale po kilku krokach znów usłyszałem, jak znów ktoś woła mnie po imieniu. Tym razem miałem z identyfikacją osoby poważny problem. Starszy, drobnej budowy człowiek (niech mi wybaczy, jeśli to czyta) ostrzyżony krótko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakiś tutejszy. Może dlatego, że wyglądał na wysmaganego wiatrem i falami starego wilka morskiego. Zacząłem szybko przetrząsać zakamarki pamięci, żeby przypomnieć sobie, czy jest jakakolwiek szansa, że mam znajomego w Międzyzdrojach? Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Wreszcie po zdecydowanie za długiej chwili doznałem olśnienia: to był J. zwany częściej I., czyli ojciec A. i mąż B. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że ostatnio widziałem go prawie dwa lata temu, a poza tym nie spodziewałem się tam po prostu jego obecności. Z racji tej zdecydowanie zbyt długiej identyfikacji, na tyle długiej, że nie mogła nie zostać zauważona zwłoka, miałem do końca naszego wyjazdu niewielkie, ale dolegliwe poczucie winy. U mnie to się co prawda dość często zdarza, że mnie ktoś rozpozna pierwszy, zanim ja rozpoznam jego, ale bardzo rzadko bywa tak, że trwa to tak długo. Pocieszałem się myślą, że nie musiałem pytać “przepraszam, ale skąd my się znamy?”, albo udawać, że kogoś znam, a o kogo tożsamości nie miałbym pojęcia. Zmieszany, ale nie wstrząśnięty wydusiłem z siebie jeszcze bardziej zdawkowe słowa powitania oraz zaskoczenia tym miłym spotkaniem, po czym poczuwszy się jak skończony kretyn podążyłem w stronę bankomatu, który na szczęście nie był zbyt daleko.

Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, że sprawy zostały w międzyczasie załatwione i mogliśmy się rozlokować w naszych pokojach. My we trzech, tzn. ja, R. oraz P. dostaliśmy trójkę na pierwszym piętrze tuż przy świetlicy (która była o połowę mniejsza od naszego pokoju), a B. z rodziną trafili piętro wyżej. Oprócz wymienionych osób uczestniczyli jeszcze w tej majówce znajomi B., ale z racji tego, że rzadko wchodziliśmy ze sobą w interakcje i nie trzymaliśmy się kurczowo kupy, nie jestem dziś w stanie odtworzyć ani ich dokładnej liczby tej grupy, ani imion jej członków, ani nawet łączących ich wzajemnych relacji. Była co prawda okazja bliższej integracji przy alkoholu, ale nie wzięliśmy w niej udziału, bo akurat mieliśmy inne plany. Jak sobie przypomnę, kiedy to było i jakie to były plany, to może wspomnę o tym jeszcze w kolejnych częściach relacji. A na dziś to wszystko.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Zakończyłem opisywanie jednego wyjazdu, więc przyszedł czas na kolejny. Tym razem poświęcę kilka notek tegorocznej majówce, którą spędziłem w Międzyzdrojach.

Wyjazd zaplanowałem sobie na środę wieczór. Było to trochę niewygodne, bo w środy w tym semestrze pracuję teoretycznie do 18.00, ale wcześniej odwołałem konsultacje i dzięki temu miałem kilka godzin więcej czasu przed wyjazdem.

Do Międzyzdrojów zdecydowałem się dotrzeć koleją. Możliwości były dwie: wyjazd z Warszawy lub z Kutna. Z Kutna byłoby taniej i spędziłbym mniej czasu w podróży. Ale tym razem zdecydowałem się jednak wsiąść do pociągu w Warszawie. Oznaczało to konieczność wcześniejszego rozpoczęcia podróży oraz przejechania ok. 100 km w kierunku przeciwnym do celu podróży, ale przynajmniej byłem spokojny, że zdążę na pociąg oraz że zajmę miejsce, na które miałem wykupioną miejscówkę, bez konieczności wypraszania kogokolwiek (w Polsce mamy dość swobodny stosunek do rezerwacji miejsc w środkach komunikacji, o czym przekonałem się już choćby jadąc na Litwę).

Z mojego grajdołka miałem wyjechać autobusem o godzinie 18.30. Przyszedłem na przystanek i czekam. Autobus wyraźnie się spóźnia. Wreszcie przyjeżdża, a ja słyszę, że przyjechał autobus z godziny 17.30. W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem, ale zapytałem kierowcę i okazało, że to prawda. Zapytałem więc, czy mnie wezmą, choć mam bilet na kurs godzinę późniejszy. Zgodzili się, co mnie bardzo ucieszyło. Miałem co prawda spory zapas czasu na przesiadkę, jednak perspektywa czekania jeszcze godzinę na swój autobus, bez gwarancji, że przyjedzie i nie spóźni się jeszcze bardziej niż ten, niespecjalnie mnie pociągała.

Niestety, okazało się, że zabrakło jednego miejsca akurat dla mnie i część drogi spędziłem siedząc na podłodze koło kibla (na szczęście był to taki lepszy autobus, gdzie jest miejsce przy kiblu i który częściej sprzątają). Na szczęście już w Wyszogrodzie zwolniło się jedno miejsce i do samej stolicy dojechał kulturalnie siedząc na siedzeniu.

Po drodze minęła nas bokiem gwałtowna burza. Nie była to zbyt pomyślna wróżba jeśli chodzi o pogodę na nasz długi weekend. Również po dojechaniu do Warszawy dosłownie kilka chwil przed tym, zanim wysiadłem z autobusu, zaczęło padać. Na szczęście miałem tylko kilka kroków do przejścia podziemnego, a po wejściu do niego aż do samego Dworca Centralnego znajdowałem się pod jakimś dachem.

Do odjazdu pociągu miałem sporo czasu więc pokręciłem się najpierw po dworcu, a potem usiadłem na peronie, z którego miałem odjechać. Z braku ciekawszego zajęcia obserwowałem kręcących się po peronach ludzi. Zauważyłem między innymi grupkę młodych mormonów, którzy prawdopodobnie przyjechali do Polski w ramach swojej misyjnej podróży w którą każdy mormon niedługo po osiągnięciu dorosłości musi się wybrać. Patrzyłem na nich w ich białych koszulach, czarnych garniturach i z plakietkami na piersiach, na których mieli nazwiska i zastanawiałem się, jak to jest, kiedy się jest tak religijnie głęboko zaangażowanym? Na pewno jest łatwiej, bo człowiek pozbywa się części wątpliwości. Ale też coś się traci: niezależność sądów, swobodę działania. Jak to w życiu: coś za coś. Oddaj się na służbę religii, poddaj się jej wymogom, a w zamian uzyskasz… nie, nie zbawienie. Jedynie obietnicę zbawienia, z której być może nigdy nie będzie miał okazji rozliczyć tych, którzy ją złożyli. A poza tym i przede wszystkim wsparcie i poczucie przynależności do wspólnoty. W zamian za pozbycie się wątpliwości i poddanie się czujnemu oku współwyznawców zyskujesz poczucie bezpieczeństwa. Transakcja wiązana, bo w życiu, wbrew temu, co twierdzą niektórzy kaznodzieje (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie ma nic za darmo. Czasem tylko dostajesz coś na kredyt, który i tak w późniejszym czasie spłacasz czując się do tego zobligowanym przez jego ciężar. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog