Wyjazd do Wilna – część jedenasta (ostatnia)
poniedziałek, 26 maj 2008
Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu na Litwie. Tego dnia przed południem mieliśmy zaplanowany powrót pociągiem z przesiadką w Szestokai. Niby pora naszego odjazdu z Wilna nie była jakoś specjalnie wczesna i niby my sami tego dnia wstaliśmy o rozsądnej porze, a jednak okazało się, że gdzieś pomiędzy godziną pobudki, a godziną odjazdu zmitrężyliśmy nieco za dużo czasu i ostatecznie na dworzec udaliśmy się już prawie biegiem. R. miał wcześniej jeszcze w planach odwiedzenie sklepu spożywczego, ale te plany musieliśmy między bajki włożyć. Nie dość, że nie starczyło czasu na wizytę w sklepie, to jeszcze R. narzucił takie tempo, że kiedy wsiadłem do pociągu, to czułem, że cały jestem mokry, a tu i ówdzie spływa po mnie wąska strużka potu (a przypominam, że była to zima).
R. chciał zrobić zakupy w spożywczym, a ja chciałem wysłać kartki, które napisałem przed wyjazdem, więc uznaliśmy, że może obie te sprawy da się załatwić w Szestokai (lit. Šeštokai). Każdy, kto był chociaż raz w tej miejscowości, w tym momencie może się uśmiechnąć z politowaniem. My teraz też jesteśmy bogatsi o wiedzę, że Szestokai, to dziura zabita dechami. Żadnego supermarketu tam nie ma. A ponieważ na dodatek była niedziela, więc nawet na zakupy w zwykłym sklepie spożywczym nie można było liczyć. R., który poszedł na rekonesans, udało się jedynie wrzucić moje pocztówki, bo skrzynka na listy akurat mu się nawinęła pod rękę.
Niedługo po naszym przyjeździe przyjechał pociąg z Polski, do którego wkrótce się zapakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do granicy zastanawialiśmy się, w którym miejscu ona przebiega. Ja próbowałem do odgadnąć obserwując… linię elektryczną średniego napięcia biegnącą wzdłuż torów. Doszedłem do wniosku, że tego typu linie na pewno nie przekraczają granicy (choć może jestem w błędzie), więc kiedy ta linia skręci i odejdzie od torów, to będzie wskazówka, że granica jest blisko. Ostatecznie nie udało mi się tego momentu zauważyć, ale za to wiedzieliśmy, kiedy znaleźliśmy się już w Polsce, bo na pierwszej stacji, na której zatrzymał się nasz pociąg, wsiedli do niego panowie ze Straży Granicznej. Paszportów nie sprawdzali ani bagaży, ale przeszli przez cały pociąg, po czym wysiadłszy na kolejnej stacji odjechali samochodem, który prawdopodobnie po nich przyjechał.
Dalsza podróż upłynęła nam spokojnie aż do Warszawy Zachodniej, gdzie wysiedliśmy. R. i P. jechali dalej do siebie pociągiem, a ja przeszedłem na dworzec autobusowy, gdzie kupiłem bilet do mojego miasteczka i w oczekiwaniu na odjazd (miałem sporo czasu) spacerowałem sobie po dworcu. I tak zakończyła się nasza litewska wycieczka. Chcę tam jednak wrócić. Tym razem może jednak nie do samego Wilna, ale żeby zapuścić się głębiej na teren Litwy. Może zajrzeć nad morze, a może nad granicę z Łotwą. Zobaczymy. A jeśli te plany się zmaterializują, to na pewno opiszę na łamach tego bloga, jak było. :)
Wyjazd do Wilna – część dziesiąta
poniedziałek, 19 maj 2008
Trochę zapuściłem ten blog, więc czas go ożywić. Najwyższy czas też zakończyć już opis naszej wyprawy do Wilna. Myślę, że oprócz tej notki poświęcę mu jeszcze jedną, ta więc będzie przedostatnia.
Nadjechał autobus, którym pojechaliśmy w kierunku dzielnicy mieszczącej szpital. Udało nam się bez problemów wysiąść na właściwym przystanku i dotrzeć do szpitala, który mieścił się niemal naprzeciw. Wrażenie robił, przynajmniej na mnie, niezbyt sympatyczne. Moloch postawiony na pewno jeszcze w czasach ZSRR w środku nie różniący się specjalnie od typowych polskich szpitali. Dotarliśmy do rejestracji, gdzie siedziała pani tak pasująca do stereotypu tego stanowiska, że poczuliśmy prawie tak swojsko jak w Polsce. Oczywiście o dogadaniu się nie było mowy, bo ona nie mówiła po polsku, a my po litewsku. Ale ponieważ widać było, o co chodzi, jakoś udało się załatwić formalności. Na litewskim formularzu zaznaczyła nam kobieta, gdzie mamy coś wpisać i sami domyślaliśmy się, co (w większości przypadków chodziło o to, żeby się podpisać). Potem dostaliśmy skierowanie do pokoju o określonym numerze i czekaliśmy na swoją kolej. A raczej na moment, kiedy wszystko wskaże na to, że jest teraz nasza kolej, bo przecież nie umieliśmy nawet zapytać “kto z państwa jest ostatni?”
W końcu weszliśmy. Obaj, bo R. chciał, żebym też wszedł. W pokoju, do którego dostaliśmy skierowanie przyjmował młody chirurg, co okazało się o tyle zbawienne w skutkach, że umiał się dogadać po angielsku, więc robiłem za tłumacza. Zapytał m. in. o ubezpieczenie zdrowotne, poprosił podczas badania, żeby R. poruszył palcem, zapytał, jak to się stało i kiedy oraz czy R. ma czucie w palcu. Potem coś jeszcze do mnie chciał powiedzieć, ale zabrakło mu słowa, ale ja się domyśliłem (niestety, teraz nie pamiętam, o co chodziło) i wyszła zabawna sytuacja, bo powiedziałem mu, że wiem, o co mu chodzi, chociaż też nie wiem, jak się to po angielsku nazywa. :)
W końcu R. dostał zastrzyk przeciwtężcowy i zabrali go do gabinetu zabiegowego na szycie, a my z P. czekaliśmy na korytarzu. Okazało się później, że jedna z pielęgniarek mówiła po polsku i kiedy R. poszedł na szycie, udzieliła mu wyjaśnień. Po zakończeniu szycia wróciliśmy jeszcze na chwilę do gabinetu chirurga, gdzie R. dostał receptę na “pain killer” i wyszliśmy.
Receptę, która wyglądała nietypowo, bo był to czysty karteluszek papieru z pieczątką lekarza i nazwą leku, chcieliśmy zrealizować na miejscu, ale okazało się, że apteka w szpitalu wbrew pozorom nie jest czynna dłużej niż typowa apteka, ale może nawet wręcz przeciwnie. Ustaliliśmy więc, że receptę zrealizujemy w mieście, ale że zrobiło się już dość późno, a my jeszcze nic nie jedliśmy od rana, priorytetem stało się znalezienie paszarni. W okolicy szpitala raczej nie można było o tym myśleć, bo ten został postawiony na odludziu i do najbliższej zabudowy był od niego spory kawałek drogi, a że były to bloki, nie było żadnej gwarancji, że gdzieś niedaleko jest jakaś knajpa. W tej sytuacji zdecydowaliśmy, że trzeba wracać do miasta. Wróciliśmy autobusem po dwóch podejściach. Najpierw wyszliśmy na przystanek, ale okazało się, że autobus będzie za pół godziny, więc po kilku minutach stania na mrozie wróciliśmy do szpitalnego hallu, żeby wyjść na przystanek bliżej godziny przyjazdu autobusu. Pamiętam, że wróciliśmy tam jeszcze raz, ale nie pamiętam, dlaczego.
W końcu dojechaliśmy do centrum i szybkim krokiem skierowaliśmy się do wytypowanej wcześniej restauracji, gdzie zamierzaliśmy się posilić daniami typowymi dla kuchni litewskiej. Były to między innymi zeppeliny, których nazwę wymawia się przez “z”, a nie przez “c”. Ja oprócz tego zamówiłem jeszcze wędzone świńskie ucho z groszkiem smażonym na boczku. To drugie danie było nieco mdłe, ale zeppeliny były pyszne. Do dziś wspominam ich smak z niejakim rozrzewnieniem. Do picia zamówiliśmy m. in. lokalne piwo (nazwy nie pomnę, ale R. na pewno pamięta) oraz deskę lokalnych alkoholi. W jej skład wchodziły: Starka, Trzy Dziewiątki (Trejos Devynerios), Zielone Dziewiątki (Žalios devynerios), Żurawinówka (Bobelinė) i Suktinis. Po tej degustacji zdecydowałem, że kupię sobie do domu butelczynę Zielonych Dziewiątek, bo są smaczniejsze niż Trzy Dziewiątki.
Pod koniec naszego posiedzenia w tej knajpie zwaliła się do niej jakaś brytyjska wycieczka i zrobiło się prawie tak, jak w Krakowie (mam na myśli to, co pisze prasa o wizytach młodych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa w grodzie Kraka). Zdecydowaliśmy się więc przyspieszyć nasze wyjście, ale nie mogliśmy się doczekać rachunku, bo obsługujący nas dotąd bardzo sprawnie i szybko młody kelner, musiał zająć się nowo przybyłym towarzystwem, któremu trzeba było dostarczyć sporej ilości piwa (było ich kilkunastu, jeśli nie ponad dwudziestu). Chłopak uwijał się jak w ukropie, a i tak nowi goście nie szczędzili mu połajanek nie mogąc doczekać się, kiedy dostaną do łapy szkło wypełnione piwem. Słowem, miła dotąd atmosfera wyraźnie się zwarzyła, więc zapłaciwszy rachunek i zostawiwszy spory napiwek, oddaliliśmy się na swoją kwaterę. Objedzeni jak bąki i w niezłym humorku położyliśmy się spać. Na drugi dzień mieliśmy zaplanowany powrót.
Wyjazd do Wilna – część dziewiąta
sobota, 26 kwiecień 2008
Zbliżam się powoli w mojej relacji do punktu kulminacyjnego. Kolejnym punktem programu była Ostra Brama i znajdującą się w niej kaplica, o której chyba nic więcej nie muszę pisać, bo została rozsławiona w “Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Z początku mieliśmy mały problem, żeby do niej trafić. To znaczy samą kaplicę widzieliśmy dość dobrze z ulicy, ale trochę się nabiedziliśmy zanim udało się nam trafić do miejsca, z którego się do niej wchodzi. W końcu się udało. Wewnątrz tłok, wiele osób klęczało wokół ołtarza i na schodach. Trzeba przyznać, że to robi wrażenie. Podobnie jak wiszące na ścianach wota. Myślę, że większość osób znajdujących się tam w tym czasie to byli Polacy. Zresztą głównie polską mowę było słychać, no i oczywiście była jakaś wycieczka z prowincji panów w mundurach OSP i towarzyszących im pań (zapewne z koła gospodyń wiejskich). Obrazek pasujący do tego miejsca, jak do żadnego innego w Wilnie. Niemal czuło się klimat polskiego, wiejskiego odpustu.
Po zwiedzeniu kaplicy i przylegającego doń kościoła weszliśmy na chwilę do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiłem mały drobiazg dla matki i dla siebie koszulkę pamiątkową z Wilna. Trochę mnie to uderzyło po kieszeni i domyślam się, że to była “ostrobramska marża”.
Po wizycie w Ostrej Bramie postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wileński Cmentarz na Rossie. Prowadził nas do niego R. Nie dało się nie zauważyć, że im bliżej byliśmy celu, tym ubożej wyglądało miasto. Pojawiły się nawet krany do pobierania wody. Gdybym nie zobaczył, to bym nie uwierzył, że w stolicy europejskiego państwa nie tak znowu bardzo daleko od centrum nie ma wodociągów. Kanalizacji pewnie też nie.
W pewnym momencie R. zarządził, że skręcamy w bok w jakąś niemal polną drogę. Droga jak na złość była kręta stroma i cała pokryta ubitym śniegiem, który był pieruńsko wyślizgany (ślizgały się na nim dzieciaki z pobliskich domostw). Zaczęliśmy powoli schodzić. Ja z P. nieco z przodu, R. nieco z tyłu. Nagle R. wywinął orła i rąbnął o glebę. Z początku wydało się mi to nawet zabawne, ale kilka minut później nie było mi już do śmiechu. Jakoś dotarłem na dół bez komplikacji, podobnie jak P. A R. został w tyle. Kiedy do nas dotarł zamierzałem poczęstować go jakąś żartobliwie złośliwą uwagą, ale zobaczyłem, że trzyma się za dłoń. Okazało się, że podczas upadku trafił ręką w odłamek szkła od butelki i skaleczył się w palec.
Początkowo myślałem, że to niewielkie draśnięcie, ale krew nie chciała przestać lecieć. Nie mieliśmy niestety przy sobie żadnych materiałów opatrunkowych (dobra nauczka na przyszłość), więc zarządziłem, że R. i P. mają zostać i czekać na mnie w tym miejscu do skutku, a ja idę poszukać apteki. Jak powiedziałem, tak też zrobiłem, ale już po 5 minutach dotarło do mnie, jak beznadziejnej misji się podjąłem. Okolica, w której się znaleźliśmy była słabo zaludniona. Nie tylko apteki, a żadnego sklepu w zasięgu wzroku nie było. W końcu znalazłem sklep spożywczy i wszedłszy do środka rzuciłem jedno słowo “vaistine“, czyli apteka po litewsku. Niestety, ze sprzedawczynią nie szło się dogadać ani po polski, ani po angielsku. W końcu znalazł się jakiś klient osuszający piwo, który powiedział, że to załatwi i wyjaśnił mi to po rosyjsku. Aptekę znalazłem, była niestety zamknięta. Może nawet napisane tam było, gdzie jest najbliższa otwarta apteka, ale dla mnie niewładającego litewskim taka informacja nie była zbyt przydatna.
Wróciłem po godzinie do miejsca rozstania z pustymi rękoma, ale na szczęście w międzyczasie zainteresował się sprawą jakiś Litwin. Wcześniej zaś pierwszej pomocy udzielili jacyś polscy wycieczkowicze. Co prawda dwa plasterki, jakimi obdarowali R. to nie było wiele, ale przynajmniej można było w ten sposób ranę zamknąć prowizorycznie (a była naprawdę głęboka). Przy okazji okazało się, jak chętni do pomocy są kierowcy. Wspomniany Litwin zatrzymał dwójkę kierowców: Litwina i Polaka. Okazało się, że żaden nie miał apteczki. Tak przynajmniej twierdzili, ale ja w to nie wierzę. Gdyby to był policjant, to jestem pewien, że apteczka by się błyskawicznie znalazła.
Spotkanie tego uczynnego człowieka było o tyle dobrą okolicznością, że przywrócił nam właściwe proporcje w myśleniu o tym, co się stało. Powiedział nam między innymi, że musimy z tym pojechać do szpitala na dyżur chirurgiczny. I w tym kierunku podjęliśmy dalsze działania. Najpierw autobusem dojechaliśmy do centrum, a dokładniej przed dworzec kolejowy. I tutaj zaczęły się korowody. Nasz przyjaciel, bo tak go chyba mogę nazwać, nie mógł się zdecydować, czy powinniśmy jechać dalej autobusem, trolejbusem czy taksówką. Na dodatek, ponieważ nie był z Wilna, nie bardzo wiedział, gdzie dokładnie powinniśmy pojechać i jaką linią. Z początku trochę poddaliśmy się temu zamieszaniu, pewnie to jeszcze skutek lekkiego szoku, w jaki na wprawiła ta sytuacja, ale wkrótce przejęliśmy inicjatywę.
Najpierw udało się ustalić, że musimy pojechać do szpitala mieszczącego się w dzielnicy Leszczyniaki (Lazdynai). Pomogła nam w ustaleniu tego jakaś miła kobieta, która mówiła po polsku. Wiedząc to znaleźliśmy sobie na mapie trasę dojazdu. Potem ja zaopatrzyłem nas w bilety i pozostało tylko czekać na autobus. W międzyczasie nasz uczynny litewski przyjaciel też zakupił nam bilety, więc mieliśmy je na powrót (ja początkowo nie wpadłem na to, żeby kupić też powrotne; co prawda można bilety kupić u kierowcy, ale za sporo wyższą cenę). Oczekiwanie na autobus zajęło nam trochę czasu, bo w tym kierunku rzadko w takim dniu (święto) jeździły autobusy. Sytuację naszą komplikował fakt, że temperatura była poniżej zera, a R. nie mógł przez zranioną rękę założyć rękawiczek, przez co trzęsło nim zimno (niezależnie od stresu). Ale i na to znaleźliśmy sposób.
W końcu doczekaliśmy się autobusu, a co było dalej, o tym napiszę w kolejnym odcinku.
Wyjazd do Wilna – część ósma
niedziela, 20 kwiecień 2008

Gośćmi tej uroczystości byli m.in. przywódcy pozostałych dwóch państw bałtyckich, dlatego na trzech masztach powiewały flagi Litwy, Łotwy oraz Estonii i hymny tych trzech krajów zostały odegrane na początku uroczystości. Ale był też bardzo miły, przynajmniej według mnie, polski akcent. Co prawda masztów starczyło tylko na trzy flagi, ale na pałacu prezydenckim wisiały cztery, a czwartą była właśnie flaga polska.
Wyjazd do Wilna – część siódma
poniedziałek, 31 marzec 2008


Wyjazd do Wilna – część szósta
piątek, 14 marzec 2008




Wyjazd do Wilna – część piąta
niedziela, 9 marzec 2008


Wyjazd do Wilna – część czwarta
niedziela, 2 marzec 2008
Wyjazd do Wilna – część trzecia
środa, 27 luty 2008




Wyjazd do Wilna – część druga
niedziela, 24 luty 2008
Wyjazd do Wilna – część pierwsza
piątek, 22 luty 2008


Wyjazd do Wilna – wprowadzenie
piątek, 22 luty 2008







