Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część szósta
sobota, 15 listopad 2008
Napisałem w poprzednim wpisie, że wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie Międzyzdrojów. Ale to nieprawda, bo na nocne zwiedzanie, które mam na myśli, wybraliśmy się kolejnego dnia, czyli 3 maja. Tego też dnia, ale wcześniej, wybraliśmy się do Świnoujścia. To był w ogóle dzień pełen wrażeń. Nie tylko pozytywnych, niestety. Zacznę jednak od początku.
Rano wyjechaliśmy z Międzyzdrojów do Świnoujścia pociągiem. Zabawne było to, że tam, gdzie my wsiadaliśmy, z naszego pociągu wyległo mrowie pasażerów. Wszyscy walili na plażę w Międzyzdrojach, bo trzeba przyznać, że pogoda była tego dnia wyśmienita. Natomiast do Świnoujścia tak wielu chętnych nie było, więc dojechaliśmy tam dość komfortowo.
Pierwszym celem naszej wycieczki do Świnoujścia była tamtejsza latarnia morska. Mieliśmy do niej spory kawałek drogi. Według drogowskazów 6 kilometrów. W pierwszej chwili nie chciało mi się wierzyć, że to tak daleko, ale chyba rzeczywiście tyle było. Na latarnię oczywiście weszliśmy i obejrzeliśmy sobie rozciągające się z niej widoki. Jeden z nich prezentuję poniżej.
Po zejściu z latarni postanowiliśmy zwiedzić Port Gerharda, który widzieliśmy z góry.
W tym celu zakupiliśmy bilety u młodego chłopaka przebranego w mundur pruskiego żołnierza, który stał przy bramie i wkroczyliśmy do fortu. Kiedy zebrała się nas już wystarczająco liczna grupa, wziął nas w obroty kolejny “Prusak”, który najpierw przetrenował nas nieco z musztry, a potem oprowadził po terenie fortu ciekawie o nim opowiadając i przerywając swoją opowieść od czasu do czasu żartobliwymi komendami kierowanymi pod adresem niektórych uczestników wycieczki.
Muszę napisać, że wizyty w budowanych przez Prusaków fortach zawsze robią na mnie wrażenie. I nie chodzi może tyle o ogrom pracy, jaki włożono w budowę takich umocnień, ale o myśl inżynieryjną, jakiej są one ucieleśnieniem. Tam niemal na każdym kroku widać kunszt projektantów i wykonawców. Zresztą nie tylko budowle robią wrażenie, ale sama organizacja życia w takiej twierdzy. Tam żołnierz nie miał nawet chwili, żeby się nudzić. Nawet na pisanie listów do rodziny był przeznaczony czas i pisanie to było obowiązkiem, a nie przywilejem.
Zrobiła na mnie spore wrażenie konstrukcja i organizacja magazynu prochu. Na przykład zasada, że po wybudowaniu tego magazynu, nikt nie miał prawa wejść tam z ogniem w żadnej postaci. Wskutek tego obsługujący ten magazyn żołnierz pracował w całkowitych ciemnościach, ale dzięki doskonałej organizacji magazynu i panującemu tam porządkowi nie potrzebował światła, żeby się w nim orientować. Ponadto jego pracę regulował bardzo szczegółowy i zawierający mnóstwo zapisów regulamin. Można wręcz odnieść wrażenie, że przewidziano w nim wszystkie nieprzewidywalne sytuacje.
W trakcie zwiedzania trafiliśmy na stado pasących się na terenie kóz, które robią tam za naturalne kosiarki. Kozy na moment stały się centrum zainteresowania. Szczególnie jeden kozioł (właściwie cap, bo capił niemiłosiernie) i małe koźlęta. Poniżej wrzucam zdjęcie z sesji fotograficznej, jaka miała miejsce.
Po zakończeniu zwiedzania zostaliśmy ceremonialnie promowani na jakiś stopień, którego nazwy nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć. Na poniższym zdjęciu jestem właśnie w trakcie promocji.
Zwiedzanie zakończyło się mocnym akcentem, to znaczy wystrzałem z małej armatki (znawców militariów proszę o wybaczenie, jeśli nazwałem ten sprzęt wojskowy niewłaściwie). Po tym punkcie naszego programu udaliśmy się z powrotem do Świnoujścia na obiad.
Niestety, obiadu nie zjadłem, bo w międzyczasie rozwinęła się u mnie silna migrena. Dźgnąłem tylko trochę sałatkę grecką, jaką zamówiłem i wypiłem kielicha Jägermeistera. Na szczęście po jakimś czasie migrena mi przeszła, ale obiad przeszedł mi już koło nosa. Zjadłem coś na to konto już po powrocie do Międzyzdrojów.










