Sylwester 2008 (Zachodniopomorskie)

poniedziałek, 5 styczeń 2009

Tegorocznego Sylwestra zdecydowałem się spędzić nietypowo. Na zaproszenie B., mojej przyjaciółki ze Szczecina, wybrałem się na ten wieczór do turystycznej chatki w miejscowości Brzeźniak położonej w powiecie łobeskim na Pojezierzu Drawskim. Sylwestra tego mieliśmy spędzać w 9 osób. Oprócz mnie i B. miał być jeszcze jej mąż, trójka ich przyjaciół oraz R. z dodatkową 2-osobową ekipą. Z tej dziewiątki ostatecznie dotarło nas 6 osób. R. z powodu poważnych kłopotów zdrowotnych musiał zostać w domu, a co za tym idzie, nie dotarła też reszta jego ekipy, którą miał dowieźć.
Do Brzeźniaka dotarłem w sposób kombinowany. Z domu wyjechałem autobusem do Kutna, bo pociąg miałem dużo za wcześnie, żeby skorzystać. W Kutnie wsiadłem do pociągu do Szczecina, ale dojechałem tylko do Stargardu Szczecińskiego. Tutaj złapałem pociąg do Szczecinka i wysiadłem na stacji Wiewiecko, którą przemianowałem na Wywiejecko. Ze stacji zabrała mnie swoim samochodem B. i niedługo potem grzałem się już przy kozie w chatce.
Zdziwiłem się, kiedy po wejściu do chatki zastałem tam tylko I., czyli męża B. Myślałem, że spotkam się tam już z R. i jego kompanią, ale dopiero na miejscu B. poinformowała mnie o jego kłopotach zdrowotnych. Tak więc byliśmy we trójkę. Na dobry początek, ponieważ zima pokazała już nieco swoje pazury, wypiliśmy herbatę z prądem. Rozgrzała nas ta herbata i od razu zrobiło się przytulniej. Niedługo potem I. oprowadził mnie po chatce i po otoczeniu, którego najważniejszym elementem była wolno stojąca sławojka. Po tej wycieczce znów siedliśmy przy kozie żeby sobie pogadać. Na poniższym zdjęciu widać mnie, kozę oraz B. (na kozie stoi bigos, więc jest to zdjęcie zrobione już po północy).

Sylwester 2008 - przy kozie

Sylwester 2008 - przy kozie

Około dwóch godzin po moim przyjeździe dołączyła do nas reszta biesiadników. Znajomi B. oraz I. w osobach: A., J. i Z. Ponieważ z inicjałów to nie wynika, więc dodam, że dwie pierwsze osoby to kobiety, a trzecia osoba to mężczyzna. Byliśmy tym samym w komplecie. Razem z przybyłą trójką przyjechała dodatkowa aprowizacja i kiedy zobaczyłem, jakie mamy zapasy jedzenia, stwierdziłem, że można by z tego zrobić trzy takie sylwestrowe imprezy. Fakt, że miało nas być 9, a nie 6 osób nieco zawyżył proporcje wyżywienia do stanu osobowego, ale nawet przy pełnym składzie byłoby bogato z jedzeniem.

Po przybyciu wspomnianej trójki i rozpakowaniu zaopatrzenia przystąpiliśmy do wspólnego posiłku zapoznawczo-przypominawczego. Spośród przyjezdnych nie znałem jeszcze A., a z J. oraz Z. widziałem się na majówce 2008 roku. Ale ponieważ byliśmy wtedy w szerszej grupie, więc poznaliśmy się wtedy raczej słabo. Teraz była okazja to nadrobić. Trochę pobiesiadowaliśmy, porozmawialiśmy, dorzucaliśmy do kozy i wznosiliśmy toasty. W pewnym momencie padła propozycja, żeby zrobić przerwę w świętowaniu i wybrać się na spacer.

Spacer prowadził po najbliższej okolicy i był tym przyjemniejszym przeżyciem, że odbywał się w niemal całkowitej ciemności, którą rozświetlały jedynie latarki (ja latarki nie miałem). Można było w tej ciemności popatrzeć w rozgwieżdżone niebo, którego w takiej postaci nie da się zobaczyć w żadnym mieście. Dowiedziałem się m.in. podczas tego spaceru, gdzie jest gwiazdozbiór Byka, mojego znaku zodiaku. Po drodze zahaczyliśmy o jezioro, gdzie I. wykuł przerębel, żeby sprawdzić grubość lodu (około 6 cm), a w drodze powrotnej przeszliśmy koło wodnego młyna.

Będąc już prawie na miejscu z powrotem, rzuciłem okiem na sąsiadujące z drogą pole i zobaczyłem jakieś pół metra od siebie… dwa damskie buciki. Oba całkiem nowe, zgrabne, na obcasie. Stały dokładnie tak, jakby ktoś je przed chwilą zdjął, żeby pójść dalej boso. Ale ponieważ wokół oprócz nas nie było żywej duszy, a na śniegu śladów tego nietypowego Kopciuszka, więc postanowiliśmy się butami zaopiekować. Będą stały lub wisiały w chatce na honorowym miejscu na pamiątkę tego Sylwestra.

Ze spaceru wróciliśmy niedługo przed północą. Posililiśmy się jeszcze, uzupełniliśmy poziom alkoholu we krwi (tym razem tequilą) i czekaliśmy na nowy rok umilając sobie czas rozmowami. Około północy wznieśliśmy toast szampanem (a nawet dwoma) i odpaliliśmy sztuczne ognie. Nie pamiętam już dokładnie, jaka była kolejność tych działań, ale pamiętam, że nasza “artyleria” była najokazalsza i żeby podkreślić wrażenie, jakie prawdopodobnie zrobiliśmy na sąsiadach, skomentowaliśmy to jędrnie trawestując cytat z “Dnia świra”: “jak my odpalamy fajerwerki, to nie ma ch…a we wsi” (jeśli ktoś nie rozumie tej literackiej przenośni, to tutaj jest tłumaczenie: http://www.miejski.pl/def-3314). ;)

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku uczczenia nadejścia północy, wróciliśmy do chatki, gdzie kontynuowaliśmy konsumpcję, rozmowy, wznoszenie toastów, itd. Tak nam się przyjemnie biesiadowało, że nie zauważyliśmy, kiedy minęła godzina druga. Ale powoli zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Pierwsza od towarzystwa odpadła B., która poszła na pięterko, czyli do sypialni, coś sprawdzić i już nie wróciła. Potem chęć oddalenia się na legowisko wyraziła A. i wtedy padło hasło, że chyba czas już iść spać. Ja jako trzeci z kolei uderzyłem w kimono.

Spało mi się bardzo dobrze i tylko nad ranem doszło do małego kryzysu. Fizjologia postanowiła przypomnieć o sobie i musiałem się pilnie dostać do sławojki. Gdyby chodziło o mniej poważną potrzebę, to załatwiłbym ją gdzieś pod drzewem, ale tym razem niestety zanosiło się na pilne posiedzenie. Najpierw musiałem się więc wygrzebać z ciepłego śpiwora. Potem ubrać na tyle starannie, żeby sobie nie odmrozić tego czy owego. No i wreszcie usiąść z gołym tyłkiem na mrozie na minut kilka. Nie uśmiechało mi się to wszystko, ale jakoś się przemogłem, a pomogła mi w tym fizjologia natarczywie upominając się o swoje prawa. Summa summarum sprawę załatwiłem i obeszło się bez strat w członkach i w godności. Zadowolony po powrocie zakopałem się ponownie w śpiwór i jeszcze trochę pospałem.

Po ponownym przebudzeniu, gdzieś około 11.00, z lekkim zdziwieniem skonstatowałem, że nie mam nawet cienia kaca, co przy wypitej ilości alkoholu (umiarkowanej, ale jednak większej niż taka, jaka wywołuje u mnie syndrom dnia następnego) wydawało się niemal nieprawdopodobne. Zwłaszcza, że mieszaliśmy trunki. Tymczasem ja czułem się jak młody bóg, jakbym poprzedni wieczór spędził całkiem na trzeźwo. W swojej prywatnej teorii na ten temat efekt ten przypisuję dwóm czynnikom: dużej ilości spożytego 100% soku pomarańczowego (nawodnił mnie i dostarczył witaminy) oraz spacerowi, jaki odbyliśmy. Biorąc pod uwagę okoliczności tego spaceru (tempo, temperatura) był on pewnym wysiłkiem, dzięki któremu pewnie spaliłem część wypitego alkoholu i do drugiej części wieczoru przystąpiłem w zdecydowanie lepszej formie.

Rano głównym naszym zajęciem było zwinięcie się z lokalu poprzedzone zjedzeniem śniadania. Bardziej wysportowana połowa naszego składu (I., J. i Z.) wybrała się na noworoczne bieganie po okolicy. Pomyślałem, że to byłby niegłupi pomysł, żeby się do nich przyłączyć, ale nie byłem mentalnie i sprzętowo przygotowany. Kto wie, może przyłączę się za rok, choć niczego nie przesądzam.

Po zwinięciu się z Brzeźniaka przyłączyłem się do I. i B., żeby korzystając z wolnych dni, jakie miałem, ponadużywać nieco ich gościnności. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog