Wspomniałem w poprzedniej notce, że nocleg w Krynicy mieliśmy podwójny. Dlatego po pierwszej nocy mogliśmy cały kolejny dzień poświęcić na buszowanie po okolicy. Jak wykorzystaliśmy ten czas, to można zobaczyć klikając na poniższy link:

Link do opisywanej trasy w serwisie EveryTrail

Zanim zacznę opisywać trasę tego dnia, wspomnę, że tego dnia przeżyłem, nie wiem, czy to odpowiednie określenie, bo potocznie się go nadużywa, ale niech będzie, przeżyłem szok, kiedy zaobaczyłem pierwszą stronę Gazety Wyborczej. Trudno mi było uwierzyć w to, co było tam napisane, a napisane było, że nie żyje prof. Bronisław Geremek.

Tak się składa, że na OWRP dobrowolnie izoluję się od mediów. Internetu z przyczyn oczywistych nie mam, radia ze sobą nie zabieram, gazet nie kupuję. Prognozę pogody odczytuję rano z nieba (niekoniecznie trafnie). Czasem jednak, tak jak w tym przypadku, coś się z tego medialnego szumu przedostaje do mojej świadomości. Tak było tym razem, bo strona GW w żałobnym wydaniu krzyczała niemal do mnie ze stojaka.

Wracając jednak do OWRP, bo o śmierci prof. Geremka napisano od tamtego czasu wiele, a o tej imprezie nieco mniej, wypada napisać, co robiliśmy tego dnia. Otóż rano po zaopatrzeniu się w baterie i inne niezbędne artykuły pierwszej potrzeby wyruszyliśmy w kierunku granicy polsko-rosyjskiej. Jest to jedna z tych granic, które wciąż są dozorowane, więc w dobie Schengen zaliczyć ją można do atrakcji turystycznych.

Wcześniej nasz kierownik trasy proponując obejrzenie granicy prosił, żeby się do samej granicy za bardzo nie zbliżać. Podobno Rosjanie mają przy niej jakieś urządzenia śledzące ruch i każde podejście zbyt blisko powoduje alarm i telefony do polskiej Straży Granicznej. Jak się okazało na miejscu, podejście do samej granicy jest utrudnione, ale o tym napiszę dalej.

Po drodze do granicy nie zdarzyło się nic, co utkwiłoby mi w pamięci na tyle, żebym uważał, że warto o tym napisać. Pamiętam tylko pewne zdziwienie liczbą wejść na plażę, jakie mijaliśmy po drodze w okolicy, którą uważałem za słabo zaludnioną. Chyba nawet w Łebie nie ma tylu.

Może wspomnę też, że kiedy szliśmy, minął nas zmotoryzowany patrol Straży Granicznej, ale najwyraźniej nie wzbudziliśmy w nich podejrzeń, bo nie zatrzymując się pojechali dalej. Później za to my ich mijaliśmy, kiedy zatrzymali i trzepali jakiś samochód.

Do samej granicy nie podeszliśmy, bo wzdłuż granicy wyznaczona jest… ostoja dzikich zwierząt. Dziwna jest ta ostoja, bo ogrodzona płotem. Domyślam się, że ten płot bynajmniej nie ze względu na zwierzęta został postawiony. W każdym razie nie zdecydowaliśmy się iść dalej i zakłócać spokoju zwierzętom czy też Rosjanom. Ja zadowoliłem się zdjęciem na tle tablicy, która co prawda stała już za płotem, ale na tyle blisko, że zdecydowałem się do niej podejść.

Przy granicy polsko-rosyjskiej

Przy granicy polsko-rosyjskiej

Zamiast oglądania samej granicy ograniczyliśmy się do obejrzenia plaży. Płot odgradzający “ostoję zwierząt” był poprowadzony także tutaj. Ale przynajmniej można było rzucić okiem wzdłuż plaży i spojrzeć na rosyjską stronę. Za wiele tam nie zobaczyliśmy, co zresztą obrazuje kolejne zdjęcie.

Plaża w Piaskach - widok na stronę rosyjską

Plaża w Piaskach - widok na stronę rosyjską

Z plaży poszliśmy kawałek wzdłuż płotu, a potem odbiliśmy na Piaski – najbardziej na wschód wysuniętą miejscowość, a właściwie dzielnicę Krynicy Morskiej. Po drodze spotkaliśmy lochę z małymi dziczkami. A ponieważ nigdzie nie było widać samca, zaczęliśmy żartobliwie spekulować, gdzie może być. Wymyśliliśmy między innymi, że pewnie poszedł z kumplami na piwo. No i udało nam się trafić. Kiedy tylko weszliśmy między pierwsze zabudowania naszym oczom ukazał się zaskakujący widok. To znaczy zaskoczył on mnie i prawdopodobnie także moich towarzyszy, ale z tego, co potem czytałem wnioskuję, że dla miejscowych taki widok to normalka. Otóż ulicą truchtał sobie dzik. To zszedł na chwilę gdzieś w zarośla, to wrócił na jezdnię. R. uwiecznił go na zdjęciu, dlatego mogę go tu przestawić.

Dzik w Piaskach

Dzik w Piaskach

Myślę, że ten dzik postanowił przejść na wikt mieszkańców Piasek. My także postanowiliśmy coś przekąsić licząc na to, że tutaj może będzie taniej i smaczniej niż w samej Krynicy. Nie wiem, jakie mieli zdanie o obiedzie moi współtowarzysze, bo nawet jeśli ich o to spytałem, to już mi z głowy wyleciało, ale mnie obiad, jaki zamówiłem, smakował. Obiad był jak domowy. A i cena była rozsądna. Niestety, Piaski leżą w takiej odległości od Krynicy, że nie mając własnego środka transportu żywienie się tutaj nie byłoby rozwiązaniem sensownym.

Po obiedzie przyszedł czas na powrót na miejsce noclegu. Powrót na piechotę raczej nie był przez nas brany pod uwagę, chociaż odległość, jaką musielibyśmy pokonać nie była jakaś wyjątkowo duża. Jednak żeby nie iść po własnych śladach, musielibyśmy wracać drogą asfaltową, a to mnie przynajmniej nie pociągało. Wybraliśmy więc inną opcję i wróciliśmy PKS-em. Kurs w stronę centrum Krynicy był o takiej godzinie, że zdążyliśmy akurat zjeść obiad i prawie zaraz po nim wsiadaliśmy do autobusu.

Tego dnia nie zdarzyło się już nic więcej, co warto byłoby opisać. Ciąg dalszy w kolejnej notce.

Dzień kolejny OWRP, czyli 12 lipca, rozpoczął się tradycyjnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pogoda dopisała. A nawet była nieco za dobra, bo dla piechura dobrze jest, kiedy w lecie słońce chowa się czasem za chmury. Uważam nawet, że może się schować na dobre, jeśli tylko nie będzie padało. Trasa, jaką przeszliśmy tego dnia, zilustrowana jest pod tym linkiem. Widać na niej wyraźnie, że najpierw szliśmy do oporu na wschód, a kiedy dalsza wędrówka w tym kierunku stała się niemożliwa, odbiliśmy na północ.

Na wschód parliśmy tak długo, jak się dało. A w miejscu, gdzie trzeba było już dokonać zwrotu, żeby nie zabrnąć do wody, poprosiliśmy P., żeby zrobił nam zdjęcie (wrzucone poniżej). To był najbardziej wysunięty na wschód kawałek tzw. Kobylej Kępy. Miejsce to było tak urokliwe, ciche i spokojne, że zawsze kiedy oglądam zrobione tam zdjęcie, sam nasuwa mi się jego tytuł jako “Gdzieś na krańcu świata…”. Jego oglądanie u innych nie budzi taki skojarzeń, ale ja jestem bogatszy o wspomnienie z okoliczności jego powstania.

Na krańcu świata...

Na krańcu świata...

Zanim doszliśmy do lokalnego “krańca świata”, napotkaliśmy reklamę pola namiotowego. Jeśli wierzyć tej reklamie, to pole to miało oferować luksus porównywalny tylko z najlepszymi w tej klasie obiektami. Zdziwiłem się, że pole namiotowe tej klasy znajduje się w tak mało uczęszczanej okolicy. Pomyślałem, że to może jakieś zakamuflowane miejsce wypoczynku znanych i bogatych, którzy nie lubią tłoku, ale cenią luksus. Rzeczywistość okazała się banalna. Kiedy reklamowane pole ukazało się naszym oczom, żałowałem, że nie zrobiliśmy wcześniej zdjęcia jego reklamy. Konfrontacja reklamy i rzeczywistości była tak zabawna, że mało nie usiadłem ze śmiechu. Niestety, opisać się tego nie da, a nie mając zdjęć nie mogę tego pokazać. Trzeba wierzyć na słowo albo wybrać się w te okolice i zweryfikować mój osąd. :)

Kolejnym ważnym przystankiem na naszej trasie były Kąty Rybackie. Tutaj odwiedziliśmy jakiś kościół (R. pewnie lepiej pamięta, jaki) i kupiliśmy sobie gofry, żeby zaspokoić pierwszy głód. Kościół był o tyle ciekawy, że pod stropem wisiała w nim łódź. Co widać na poniższym zdjęciu.

Łódź w kościele pod sufitem

Łódź w kościele pod sufitem

Spotkaliśmy tutaj też chyba najstarszą uczestniczkę naszego rajdu, która wspomagała się w drodze rowerem. R. nawet uwiecznił ją na zdjęciu z tym rowerem, ale po namyśle zdecydowałem się tego zdjęcia tutaj jednak nie wrzucać. Pani H., bo taki jest skrót od jej imienia, wzbudzała we mnie uczucia ambiwalentne. Zaliczała się raczej do grona “ciotuń”, czyli osób wzbudzających z definicji irytację, choć w jej przypadku to się prawie nie sprawdzało. Ze względu na zaawansowany wiek i samodzielność, jaką zadziwiała, wzbudzała szacunek i uznanie. Podobnie z racji wieku, i związanych z tym pewnych zachowań, wzbudzała też rozbawienie. Ogólnie była (i pewnie jest, bo w tym roku widziałem ją na zakończeniu OWRP) osobą wzbudzająca we mnie więcej sympatii niż antypatii. Przyznam, że chciałbym w jej wieku mieć tyle samozaparcia, żeby jeździć na OWRP. Chciałbym zresztą w ogóle takiego wieku dożyć, co przy moich obciążeniach rodzinnych takie pewne nie jest. :)

Wracając na trasę warto napisać, że w Kątach Rybackich odwiedziliśmy Muzeum Zalewu Wiślanego. Ekspozycja była dość ciekawa, ale najbardziej przyciągnęła moją uwagę łódź zrobiona z patyków. Bardzo mi się ten “wyrób”, będący pracą dyplomową Dominika Kotarby z gdańskiej ASP, spodobał. Podziwiam cierpliwość autora. Do tego stopnia, że sam nabrałem ochoty, żeby coś takiego zrobić. :) Jak ktoś chce sobie o tym nieco więcej przeczytać, to zapraszam do kliknięcia na ten link. Poniżej jest zdjęcie tej łodzi zrobione przez R.

Łódź z patyków

Łódź z patyków

W Kątach zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Ja, jeśli dobrze pamiętam, wziąłem rybę, a R. skusił się na golonkę. Nie przewidział tylko, że będzie ona taka wielka i tak poważnie obciąży jego żołądek i budżet. Zarówno budżet, jak i żołądek zniosły jednak to obciążenie dzielnie. Mój żołądek i budżet został mniej obciążony, bo dorsz, którego zamówiłem, nie był zbyt wielki, a za to był bardzo smaczny. Po obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę, która nie obfitowała już w jakieś ciekawe zwroty akcji. Tak doszliśmy powoli do Przebrna, gdzie mieliśmy zaplanowany kolejny nocleg.

Ten nocleg był zaplanowany chyba w najmniej komfortowych warunkach. Po pierwsze było tak ciasno, że stawialiśmy namioty niemal na styk. Nie dało się wyznaczyć żadnych “tras przelotowych”, które pozwalają nie wchodzić ludziom na “podwórka”. Po drugie warunki sanitarne były tak kiepskie, że niektórzy chodzili za potrzebą do pobliskiego lasu, bo trzy plastikowe sraczyki miały za duże powodzenie. Jako umywalnia służył szlauch z zimną wodą, który na dodatek nie miał zaworu na końcu, przez co mieliśmy co jakiś czas widok na scenki prawie kabaretowe pod wspólnym tytułem “poskramianie węża (ogrodowego)”. Rozbiliśmy się najbliżej sanitariatów, bo dalej brakowało już miejsca, więc widok mieliśmy najlepszy. Na poniższym zdjęciu jest widok odwrotny. Spod kibelków na pole późnym wieczorem.

Przebrno, wieczorny widok na pole namiotowe

Przebrno, wieczorny widok na pole namiotowe

Mimo ciasnoty i pionierskich warunków duch nasz nie upadał. W końcu to miał być tylko jeden nocleg, a z drugiej strony te warunki, w porównaniu ze znanymi tylko z opowieści pierwszymi OWRP, nosiły znamiona luksusu. W każdym razie w dobrym zdrowiu i humorze dotrwaliśmy do rana, kiedy wyruszyliśmy w dalszą drogę, o czym napiszę w kolejnej notce.

Ponieważ w dotychczasowych wspomnieniach nie podawałem dat dziennych, więc tym razem dla odmiany napiszę, że część dziesiąta mojego opisu OWRP 2008 dzieje się dnia 11 lipca 2008 r. Tego dnia plan działań mieliśmy dość bogaty. Ze względu na to, że w Sztutowie zaplanowano nocleg podwójny (z czego byliśmy bardzo zadowoleni ze względu na warunki sanitarne), odpadało zwijanie obozowiska i marsz na kolejny nocleg. Cały dzień mieliśmy więc do własnej dyspozycji. I podzieliliśmy między dwie atrakcje turystyczne: zwiedzanie byłego obozu w Sztutowie oraz zwiedzanie Gdańska.

Zaczęliśmy od obozu. Nie będę się rozwodził o tym, co tam można zobaczyć. Jeśli ktoś już jakiś obóz zwiedzał, to wie. Jeśli nie, to niech sam zobaczy, bo żaden opis w tej delikatnej, specyficznej materii nie wydaje mi się odpowiedni. Zamiast tego napiszę tylko o moich odczuciach. Obóz nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Chyba nie dlatego, że jestem niewrażliwy. Sądzę, że raczej dlatego, że takie wrażenie zrobił na mnie dawno temu obóz w Majdanku. I tamtego doświadczenie żadna kolejna wizyta w obozie raczej nie przebije. Owszem, kilka rzeczy mnie zainteresowało. Na przykład powojenne losy osób sprawujących w obozie funkcje kierownicze. Zaciekawiła mnie też historia obozu, jego powstania, rozwoju i ewakuacji.

Po zwiedzaniu terenu obozu poszliśmy na przystanek PKS, żeby złapać autobus do Gdańska. Pogoda, która już wcześniej trochę się psuła, znów nam zrobiła psikusa, bo zaczęło dość mocno padać. Autobus jednak przyjechał na tyle szybko, że nie zdążyliśmy przemoknąć. Po drodze zaś pogoda się poprawiła, tak że przez większość dnia mieliśmy w Gdańsku piękne słońce. Choć nie do końca. Ale o tym napiszę później.

Z odwiedzin Gdańska zapamiętałem przede wszystkim wizytę w Centralnym Muzeum Morskim. Zwiedziliśmy ekspozycje w głównej siedzibie, co zajęło nam sporo czasu. Weszliśmy też do Żurawia. Robi wrażenie. Zwłaszcza mechanizm i przekroje elementów. No i oczywiście nie obeszło się bez zwiedzenia “Sołdka”.

Sołdek

Sołdek

Na tym ostatnim zrobiłem sobie zdjęcie. Nie było to ani pierwsze zdjęcie tego dnia, ani ostatnie, ale było szczególne. Otóż na tym samym “Sołdku” dałem sobie zrobić zdjęcie z grubsza dokładnie 9 lat wcześniej. W tym samym miejscu. Tamto zdjęcie wiąże się z pewnymi miłymi wspomnieniami, które jednak z czasem zostały powiązane z mniej miłymi przeżyciami i uczuciami. Dlatego chciałem symbolicznie “odczarować” to miejsce i tamte czasy. Wypełnić te same miejsca nową treścią i nowymi skojarzeniami. Poniżej wrzucam to drugie zdjęcie. Poniżej wrzucam to drugie zdjęcie. To pierwsze mam tylko w formie papierowej. Zresztą nawet gdybym miał skan, to bym go nie wrzucił.

Ster w ręku

Ster w ręku

Po zwiedzeniu “Sołdka” poczuliśmy się głodni, a że było to już dość późne popołudnie, więc pomyśleliśmy, że warto byłoby coś wrzucić na ruszt. R. znalazł jakąś polecaną restaurację i zasiedliśmy pod parasolem na świeżym powietrzu. Świeże powietrze się przydało, bo trochę nas przytkało, kiedy zobaczyliśmy ceny w menu. W pewnym momencie nawet rozważaliśmy znalezienie lokalu z przystępniejszymi cenami, jednak zostaliśmy.

Obiad, choć drogi, wart był swojej ceny, co z zadowoleniem skonstatowałem, między ostatnim kęsem, a rachunkiem. Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku dworca, żeby wrócić na miejsce noclegu. I wtedy właśnie zaczęła się psuć pogoda. Z początku nieśmiało, ale dość szybko zaczął padać deszcz, który zmienił się w końcu w rzęsistą ulewę. To była po prostu ściana wody. Niestety, nie byłem na taką okoliczność przygotowany i bardzo szybko przemokłem do suchej nitki. Nie przejąłem się tym jednak za mocno, bo był to ciepły, letni deszcz. Owszem, nie jest zbyt przyjemnie być mokrym od stóp do głów, ale na OWRP na wiele spraw patrzy się z większym dystansem.

Udało nam się złapać jakiś autobus do Sztutowa, a tymczasem pogoda poprawiła się na tyle, że po przyjechaniu na miejsce nie zmokliśmy dodatkowo, a nawet zdążyliśmy przeschnąć w drodze. Szkoda nam tylko było, że to ostatnia noc w tym miejscu, bo tak dobre warunki zdarzają się rzadko. Następnego dnia warunki miały się wyraźnie pogorszyć, ale to już temat na kolejną notkę.

Na kolejny dzień OWRP 2008 mieliśmy zaplanowane przejście z Mikoszewa do Sztutowa. Trasa nie była długa, więc nie trzeba się było zrywać z karimat wczesnym rankiem. Spakowaliśmy się i zwinęliśmy namioty bez pośpiechu, jak na turystów z pewnym, ale jeszcze nie za długim, stażem przystało.

W okolicy wyjścia natknęliśmy się na znajomego uczestnika OWRP, zaawansowanego wiekiem i tuszą, który usiłował dowiedzieć się, kiedy będzie miał najbliższy pociąg do Sztutowa. Piszę “znajomego turystę”, choć właściwie na takim rajdzie wszyscy dość szybko stają się znajomymi z widzenia (chociaż jeśli trasa liczy ponad 100 osób, to czasem nie wszystkich się kojarzy nawet pod koniec). Tym razem był to jednak bliższy znajomy P. i R. z poprzedniego Rajdu, na którym mnie nie było, a ww. był tam kierownikiem trasy.

Skoro poruszyłem temat podwożenia, to przyznam przy okazji, że z początku mnie to podwożenie się innych uczestników irytowało. Źródła mojej irytacji były dwojakie. Po pierwsze podwożący się zwykle docierali na miejsce pierwsi i zajmowali lepsze miejscówki na noclegowisku. Po drugie uważałem, że skoro impreza ma w nazwie “Rajd Pieszy” to podwożenie się jest nie na miejscu i daje demoralizujący przykład. Z czasem jednak moje podejście złagodniało. Z wielu względów, ale niekoniecznie z takiego, że i mnie się sporadycznie zdarza gdzieś podjechać. Znów wymienię dwa najważniejsze powody. Po pierwsze dlatego, że przyjąłem do wiadomości, że na OWRP nie każdy przyjeżdża po to, żeby się nachodzić, bo jest to tak zacna impreza, że czasem przyjeżdża się na nią dla samego towarzystwa, jakie tu można spotkać. Po drugie zaś dlatego, że kiedyś R. i B. (a może i ja przy tym byłem, ale nie kojarzę) przyłapali najbardziej ortodoksyjną turystkę pieszą na tym, jak podjeżdżała autobusem, choć wcześniej zarzekała się, że ona tego nigdy nie robi. Generalnie podwożenie się na OWRP to taka szara strefa. Prawie każdy kiedyś gdzieś podjechał, ale są i tacy, co twierdzą uparcie, że wszystko pokonują na własnych nogach, jak i tacy, którzy wcale nie kryją, że się wożą. Ja jestem w tej kwestii raczej ortodoksem, ale tolerancyjnym dla słabości cudzych i własnych w tej materii.

Trochę odbiegłem od tematu, więc żeby łatwiej do niego wrócić wrzucam tradycyjnie link do trasy. Po zapoznaniu się z nim można dojść do wniosku, że szczególnie obfity we wrażenia i atrakcje krajoznawcze ten dzień nie był. I o ile pamiętam, tak właśnie było. Większość trasy prowadziła przez las. Z tego lasu tylko raz wyszliśmy. W Stegnie. Wyszliśmy, żeby zrobić zakupy w sklepie (zdaje się, że chciałem m.in. zaopatrzyć się w baterie do GPS-a). Urządziliśmy tam sobie też mały popas na dworcu PKS.

Popas ten wyglądał nieco zabawnie, przynajmniej według mnie. Wszędzie dookoła ludzie z bagażami lub bez spieszący na autobus, sprawdzający odjazdy i ogólnie w ruchu, a my w samym środku tego zamieszania siedzimy sobie na ławce i raczymy się drugim śniadaniem. Ja może jakoś tego specjalnie nie celebrowałem, ale R. wyciągnął deseczkę, ściereczkę i zaczął kroić chleb. Potem do tego dokroił coś na chleb i z tą deseczką i ściereczką na kolanach razem z P. powoli delektował się jedzeniem. Pamiętam, że ubawił mnie ten kontrast naszego posiłku z tym, co się działo dookoła nas. Pewnie w innych okolicznościach nie przyszło by mi do głowy urządzić sobie posiłek na ławce na dworcu PKS (chociaż na ławce na osiedlu bodajże w Puławach, kiedy byłem tam z A. na krótkim wypadzie, zrobiliśmy sobie kiedyś podobne śniadanie). Ale na OWRP nie takie rzeczy się robi.

Po konsumpcji posprzątaliśmy po sobie dokładnie, bo ambicją każdego turysty powinno być, aby nie pozostawić po sobie żadnego bałaganu, a już zwłaszcza śmieci. Potem zaszyliśmy się w las i szliśmy nim aż do Sztutowa, które zresztą nazywaliśmy z niemiecka Stutthof. Zbliżając się miejscowości natknęliśmy się w lesie najpierw na mogiłę w miejscu zbiorowych egzekucji więźniów, a potem na płot okalający teren dawnego obozu. Zbyt wiele zza tego płotu nie zobaczyliśmy, ale następnego dnia mieliśmy przewidziane zwiedzanie, więc nie paliliśmy się do odwiedzenia terenu obozu jeszcze tego samego dnia. Bardziej interesowało nas, jak będą wyglądały warunki sanitarne na noclegowisku.

I tutaj czekała nas bardzo miła niespodzianka. Nocleg tym razem wyznaczono na terenie wokół szkoły, a tam czekały nas same dobre wiadomości. Po pierwsze dużo miejsca na rozłożenie namiotów, po drugie gleba przyjazna namiotowym szpilkom i po trzecie, najważniejsze, mnóstwo pryszniców z ciepłą wodą. Jeśli dobrze pamiętam, to po 4 na każdą płeć. Z tej radości po rozłożeniu namiotu od razu poszedłem skorzystać z natrysku, choć to było dopiero wczesne popołudnie. Pewną niewielką niedogodnością było to, że po sąsiedzku z terenem naszego noclegu znajdowały się tory kolejki, o której wspominałem wcześniej, bo tutaj kolejka ta kończy bieg i skład zawraca. Ale ponieważ jeździ tylko w dzień i do tego dość wolno, więc nie było problemu z hałasem.

Trasa do Sztutowa była dość krótka i szybko ją przeszliśmy (na dodatek byliśmy jednymi z pierwszych na mecie), więc trzeba było pomyśleć, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. Ponieważ zbliżała się pora obiadu, postanowiliśmy poszukać lokalu, gdzie można by go skonsumować. Z tym było gorzej, bo zeszliśmy chyba pół Sztutowa, zanim po zrobieniu pętli znaleźliśmy miejsce, gdzie zdecydowaliśmy się coś zjeść. Nie było to może miejsce szczególnie nam odpowiadające, bo menu przypominało to, jakie się spotyka w ulicznych budkach, ale jeść trzeba, a człowiek głodny nie wybrzydza. W międzyczasie popsuła się jeszcze pogoda, więc summa summarum dobrze rozpoczęty dzień mając się ku schyłkowi nieco się popsuł.

Jeszcze chyba tego samego dnia R. wpadł na pomysł, żeby się wykąpać w morzu. Mnie ten pomysł do gustu nie przypadł, ale R. to nie zraziło i razem z P. poszli na poszukiwania wody. Jeśli dobrze pamiętam, to ją znaleźli, ale pogoda nie zachęcała do kąpieli i nie skorzystali. Zajęła im jednak ta wyprawa sporo czasu.

Myślę, że opisałem wszystko, co było tego dnia warte opisania. Jeśli coś mi się przypomni lub o czymś przypomni mi R. po lekturze tej notki, to ją uzupełnię. A jeśli nie, to kolejny dzień znajdziecie w kolejnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Po dojściu do czegoś na kształt centrum Sobieszewa zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zastanowić się, co dalej. R. Zaproponował, żebyśmy poszli obejrzeć rezerwat “Ptasi raj” na zachodnim skraju Wyspy Sobieszewskiej. Nie oponowałem i po chwili odpoczynku, podczas której R. robił różne zdjęcia, ruszyliśmy dalej na zachód.

Idąc trafiliśmy chyba na finał jakiegoś wypadku. I teraz pamięć płata mi figla, bo nie pamiętam w tej chwili, czy naszą uwagę zwrócił lecący i lądujący w pobliżu śmigłowiec, czy raczej jadący do niego na sygnale samochód straży najprawdopodobniej pożarnej. Wysilam pamięć i nie mogę sobie przypomnieć. Ale mniejsza o to. Zamiast rozstrzygnięcia, będzie zdjęcie.

Śmigłowiec w Sobieszewie

Śmigłowiec w Sobieszewie

Pogapiwszy się jak rasowe gapie na śmigłowiec i to, co się działo wokół (a działo się po prawdzie niewiele) poszliśmy dalej. Wkrótce weszliśmy na jakąś ścieżkę dydaktyczną, którą ktoś odznaczający się najwyraźniej bogatą fantazją znakował pomarańczową kaczką. Spacer był bardzo przyjemny i gdybym się lepiej znał na ptakach, to byłby także na pewno i ciekawy, a także miałby walory poznawcze. Ale ponieważ moja wiedza z zakresu ornitologii, czy też zwykłego “ptakoznawstwa”, jest uboga, więc na wieżach widokowych po prostu patrzyłem na wodę i kontemplowałem widoki. Ptaki też, ale jako element całości. Przy tej okazji R. zrobił kilka zdjęć, a także nam zrobiono zdjęcia. Oto trzy wybrane spośród nich.

Na pierwszym widać mnie w towarzystwie P. Jesteśmy na jednej z wież widokowych.

Ptasi Raj, na wieży widokowej

Ptasi Raj, na wieży widokowej

Na drugim widać jakieś ptactwo i dużo wody.

Ptactwo nawodne

Ptactwo nawodne

A na ostatnim ze zdjęć R. próbował złapać łódkę z bardzo kolorowym żaglem. I, jak widać, udało mu się. :)

Łódka, ale nie Bols

Łódka, ale nie Bols

Po obejrzeniu ptasiego raju wróciliśmy do centrum Sobieszewa, żeby coś zjeść, ale nie tylko. Ja na pewno zjadłem na obiad rybkę, a co moi współtowarzysze, tego nie pamiętam. Oczywiście do obiadu było piwko w rozsądnych ilościach i tylko dla pełnoletnich.

Posileni ruszyliśmy do miejsca naszego noclegu. Początkowo miałem pomysł, żeby dojść tam tak, aby w sumie tego dnia obejść dookoła wyspę, ale kiedy podliczyłem, ile kilometrów już przeszliśmy i ile by nam jeszcze zostało do przejścia, zrezygnowałem. Alternatywą niestety był asfalt i dość ruchliwa droga. Właściwie jest to ulica i to z nazwą, ale mimo to w pewnym momencie urywa się wzdłuż niej chodnik i zaczyna się wątpliwa przyjemność chodzenia poboczem. R. w pewnym momencie mocno nas odsadził tak, że peleton nam się zdekompletował.

Jeden ze skutków tego zdekompletowania był dość nieprzyjemny. W pewnym momencie, gdzieś na tym etapie, kiedy wzdłuż drogi pojawił się znowu chodnik, z autobusu, który zatrzymał się niedaleko mnie, wysiadło jakieś wesołe towarzystwo nastolatków. Ich wesołość była z gatunku hałaśliwo-zaczepnych. Minęli mnie ograniczając się do powiedzenia “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że bynajmniej nie mieli zamiaru przyjaźnie mnie pozdrawiać. Odpowiedziałem i “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że ich intencje właściwie odczytałem i choć nie chcę zwady, to jestem przygotowany na taki scenariusz. Myślę, że to oraz dodatkowo pokaźnych rozmiarów nóż, który akurat tego dnia miałem przymocowany do paska, zdecydowało, że mnie więcej nie zaczepiali.

Kilkadziesiąt metrów za mną szedł P. Pomyślałem sobie, kiedy to towarzystwo mnie minęło, że młody z wyglądu P. nie zainteresuje ich jako potencjalna ofiara, bo takie bydlątka raczej nie zaczepiają dużo młodszych od siebie. Przez krótką chwilę przeszła mi nawet przez głowę myśl, żeby dla upewnienia się w swoich rachubach odwrócić się, ale uznałem, że się nie mylę i szkoda na to czasu. I to był błąd. Okazało się później, że te szczeniaki się jednak do P. przyczepiły. Nie ucierpiał na szczęście fizycznie, ale na pewno ucierpiała jego miłość własna i poczucie bezpieczeństwa. Trochę się za to winiłem, ale prawdę mówiąc bardziej byłem zły na R., że dał długą do przodu i zostawił brata. Co prawda gdybym się zorientował, że coś jest nie tak, to bym wrócił, żeby pomóc P., ale to przecież chyba brat powinien się przede wszystkim zająć bratem.

Powiedziałem o tym R., kiedy się już spotkaliśmy na noclegowisku. A byliśmy tam przed nim, bo mimo iż wyrwał do przodu, to tuż przy promie zaszedł do sklepu. Nie zdążył przez to na najbliższy kurs promu, na który zdążyliśmy dojść my dwaj. Wracając do rozmowy z R., to później doszedłem do wniosku, że tak jak nie piszę się na to, żeby być opiekunem P. na tym OWRP, tak samo nie powinienem być sumieniem R. W końcu to powinna być sprawa między nimi. Ja zaś mogę sobie zarzucić to, że nie posłuchałem cichego głosu wątpliwości w mojej głowie i nie odwróciłem w odpowiednim momencie. Na szczęście skutki tego incydentu nie były poważne, choć z drugiej strony siniaki na psychice goją się dłużej niż te na ciele. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Kolejnego dnia OWRP mieliśmy zaplanowany nocleg w tym samym miejscu. To oznaczało, że rano odpadały nam czynności związane z pakowaniem się, zwijaniem namiotu, itp. Można było więc spokojnie wstać, zjeść śniadanie i coś sobie zaplanować na dzień cały.

Nie pamiętam już zbyt dobrze, co nam na ten dzień zaproponowało kierownictwo trasy, ale R., który się dobrze sprawdza w robieniu planów, zaproponował, żebyśmy ruszyli na drugą stronę Przekopu Wisły doszli do rezerwatu ptaków Mewia Łacha, a potem wzdłuż wybrzeża doszli do Sobieszewa.

Pomysł mi się spodobał, więc taki też plan zaczęliśmy realizować. Zaczęliśmy od przeprawy promem na drugą stronę Przekopu. Na poniższym zdjęciu jestem z P. na promie.

Na promie do Sobieszewa

Na promie do Sobieszewa

Po zejściu z promu złapaliśmy szlak i ruszyliśmy na północ. Idąc szlakiem w pewnym momencie wybraliśmy chyba złą odnogę na jakimś skrzyżowaniu, bo po pewnym czasie znaleźliśmy się w szuwarach tuż nad Wisłą. Szliśmy tak jeszcze jakiś czas przed siebie mając w pewnym momencie wrażenie, że za chwilę dojdziemy do końca stałego lądu, po czym jednak zdecydowaliśmy się zawrócić. Szliśmy początkowo po własnych śladach, ale przegapiliśmy miejsce, w którym zeszliśmy wcześniej z drogi w szuwary i tak szuwarami poszliśmy dalej, aż czegoś na kształt malutkiego nabrzeża skąd można było zejść na jakąś sensowniejszą drogę i ruszyć na zachód. Zanim jednak zeszliśmy z szuwarów R. zrobił nam zdjęcie na tle znaku wskazującego, na którym jesteśmy kilometrze od źródła rzeki. To zdjęcie jest poniżej. Muszę przyznać, że świetnie na nim wyszły te zarośla za nami. Lepiej niż my dwaj (znaczy ja i P.)

W drodze z Mewiej Łachy

W drodze z Mewiej Łachy

Jak błądziliśmy, można zobaczyć tutaj, choć GPS nie pokazuje na tyle dokładnie naszej drogi, żeby można było rozróżnić, kiedy szliśmy szuwarami, a kiedy drogą. Za to warto obejrzeć sobie ślad na zdjęciach satelitarnych, które dla tego kawałka Polski mają naprawdę niezłą rozdzielczość. Udało mi się na nich nawet znaleźć z dokładnością do kilkunastu metrów miejsce, gdzie rozbiliśmy namioty. :)

Kiedy uznaliśmy, że Mewią Łachę mamy już zaliczoną, postanowiliśmy zrealizować dalszy ciąg planu dnia. Niestety, wkrótce po tym, jak skręciliśmy na zachód zaczęła się psuć pogoda. Zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Zrobiło się nieprzyjemnie. Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy iść wybrzeżem, ale drogą prowadzącą wzdłuż niego, która była zasłonięta lasem. To, po czym szliśmy, nie było chyba zresztą nawet drogą, ale jakimś kanałem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Co jakiś czas z tego kanału wyprowadzone były studnie. Kilka z nich było odkrytych i próbowaliśmy do nich zajrzeć. Jednak to, co dało się zobaczyć, nie pozwoliło nam dociec, co to była za budowla.

Jak widać na śladzie z odbiornika GPS, w pewnym momencie zeszliśmy z naszej trasy i wyszliśmy nad morze. Niezawodny R. uwiecznił ten moment na zdjęciu.

Sobieszewo - nad morzem

Sobieszewo - nad morzem

Niedługo potem weszliśmy głębiej w las i za czas jakiś doszliśmy do Sobieszewa. Żeby było ciekawiej, akurat kiedy doszliśmy do czegoś na kształt centrum, pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i zaczęło nas grzać. A co było dalej, o tym w następnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

OWRP 2008 – część szósta (Mikoszewo)

niedziela, 26 kwiecień 2009

Tak jak wspomniałem wcześniej, postanowiliśmy się trochę przespacerować po okolicy. Zdecydowaliśmy się dojść do przekopu Wisły, potem wałem przeciwpowodziowym dojść do śluzy o wdzięczniej nazwie “Gdańska Głowa”, a następnie wrócić na miejsce naszego noclegu tak, żeby zamknąć pętle. Jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy, a trasa tej wycieczki zarejestrowana odbiornikiem GPS znajduje się pod tym linkiem.

Kiedy wychodziliśmy pogoda była piękna. Gdzieś daleko na horyzoncie już gromadziły się chmury, ale nie zwracaliśmy na nie uwagi. Kiedy doszliśmy do promu chmury te trochę się przybliżyły, ale nie na tyle, żeby nas zaniepokoić. Mimo to wziąłem ze sobą pelerynę przeciwdeszczową. I bardzo dobrze zrobiłem, ale o tym później.

Wycieczka wałem była bardzo przyjemna. Szło się jak po łące. A na tej łące kilka razy spotkaliśmy bociany. Przyleciały i przysiadły na naszej drodze, chociaż dość daleko. Mimo to udało się nam do nich podejść bliżej niż się spodziewałem. Udało się nawet zrobić kilka zdjęć. Jedno z nich wrzucam poniżej.

Dwa boćki na łące

Dwa boćki na łące

W trakcie naszego spaceru z niepokojem obserwowaliśmy niebo, na którym gromadziły się chmury. Wydawało nam się jednak, sądząc po ich umiejscowieniu, po kierunku wiatru i po kształcie, że nas ominą. Niestety, pomyliliśmy się w rachubach i deszcz solidnie nas zlał jeszcze zanim doszliśmy do śluzy. Musiałem włożyć moje gumowe wdzianko, w którym widać mnie na zdjęciu poniżej. Akurat w czasie oglądania śluzy deszcz przestał na krótko padać i można było zrobić zdjęcia.

Gdańska Głowa i dwie głowy z centralnej Polski

Gdańska Głowa i dwie głowy z centralnej Polski

Po obejrzeniu urządzeń śluzy poszliśmy jeszcze obejrzeć cennik. Ceny nie były wygórowane, ale niezależnie od tego i tak nie mieliśmy zamiaru dać się spławić do Zatoki Gdańskiej. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to poniżej jest fotografia z cennikiem. Stan aktualności: lipiec 2008 r. :)

Cennik korzystania ze śluzy

Cennik korzystania ze śluzy

Idąc w stronę śluzy spotkaliśmy uczestników naszej trasy OWRP idących w przeciwnym kierunku. Spotkaliśmy się w okolicy połowy trasy. Widać nie tylko wpadliśmy na pomysł spaceru po wale.

Wracaliśmy przez jakiś czas w deszczu, po czym znowu wyszło słońce. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Kiedy dochodziliśmy do noclegowiska, znów się zachmurzyło, ale już się nie rozpadało. Zastanawialiśmy się, czy deszcz przeszedł także nad naszymi namiotami i dowiedzieliśmy się od osób, które zostały na miejscu, że tam też lało i to chyba nawet solidniej. Pamięć mnie już trochę w tej akurat kwestii zawodzi, ale wydaje mi się, że jeszcze tego dnia lub tej nocy nas podlało. Na szczęście nasze namioty okazały się wystarczająco odporne na warunki pogodowe i nic nam te deszcze nie zaszkodziły. Po dniu pełnym wrażeń z przyjemnością położyłem się spać. Depresja stała się już właściwie tylko wspomnieniem.

Tak minął kolejny dzień OWRP 2008.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Kolejnego dnia obudziłem się po dość dobrze przespanej nocy w znajomej hali. Tego dnia mieliśmy w planie przejście trasy z Nowego Dworu Gdańskiego do Mikoszewa. Ale chyba na pokuszenie poinformowano nas, że z Nowego Dworu do Mikoszewa można dojechać urokliwą kolejką wąskotorową. Początkowo byłem pełen zapału i chęci, żeby przejść zaplanowaną na ten dzień trasę, ale jednocześnie chciałem się kiedyś przejechać tą kolejką, a krótka analiza wykazała, że obu tych celów na tym OWRP zrealizować się nie da. Ostatecznie, z pewnymi wyrzutami sumienia zdecydowałem się jednak pojechać. To znaczy zdecydowaliśmy się, bo decyzja była wspólna.

Kolejka, o której wspomniałem, porusza się po trasie, która przypomina literę “T”. Jednym końcem tej litery jest Nowy Dwór Gdański (to jest dolny koniec pionowej laski tej litery), dwa inne końce to Mikoszewo (lewy koniec daszka) i Sztutowo (prawy koniec daszka). Skrzyżowanie zaś znajduje się w Stegnie. Kolejka nie kursuje jednak po całej literze “T”, ale rusza rano z Nowego Dworu Gdańskiego do Sztutowa, potem jedzie do Mikoszewa i trasą Sztutowo-Mikoszewo jeździ cały dzionek w tę i z powrotem. Na koniec zjeżdża do Nowego Dworu Gdańskiego, ale nie wiem, czy z Mikoszewa czy ze Sztutowa.

Tak więc podjąwszy decyzję, że jedziemy, wsiedliśmy do pociągu. Biletów nie kupowaliśmy wcześniej, bo te nabywa się u konduktora w czasie jazdy. Pociąg składał się z wagonów pełnych i takich jedynie zadaszonych ze ścianką do połowy wysokości. Ponieważ tego dnia była od rana piękna (może nie od samego rana, ale do tego czasu się wyklarowała), więc wybraliśmy wagon otwarty. Z początku było nas niewiele osób, ale im bliżej było godziny odjazdu, tym więcej przybywało pasażerów i to przede wszystkim naszych współrajdowców. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że nikt dziś prawdopodobnie nie pójdzie pieszo do Mikoszewa, tyle się zapakowało OWRP-owiczów. To mnie całkowicie rozgrzeszyło przede samym sobą z decyzji o przejechaniu dzisiejszej trasy.

Trasę przejechaliśmy całą, bo pociąg najpierw zawiózł nas do Stegny, gdzie wykręcił w stronę Sztutowa. Tutaj, co okazało się dwa dni później, mogliśmy obejrzeć miejsce naszego kolejnego noclegu, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy. Pociąg bowiem wykręcał niedaleko szkoły, na boisku której spędziliśmy dwie noce. Po zawróceniu pociąg “pomknął” do Mikoszewa, gdzie się z niego wypakowaliśmy. Właściwie to, jeśli dobrze pamiętam, nie dojechaliśmy do ostatniego przystanku, ale wysiedliśmy jeden czy dwa przed końcem.

Poszliśmy odszukać miejsce naszego kolejnego noclegu i zaklepać sobie jakieś dobre miejscówki. Na miejscu, a był to ośrodek wypoczynkowy, było jeszcze sporo wolnego miejsca, choć najlepsze lokalizacje były już pozajmowane. Wybraliśmy sobie jednak dość dobre miejsce na założenie tymczasowego gospodarstwa. Namioty staraliśmy się zawsze rozkładać tak, żeby ich wyjścia były zwrócone do siebie, a same namioty, żeby ograniczały teren czegoś na kształt podwórka. Nie zawsze się to udawało, ale tym razem było to możliwe.

Niestety, początkowo niezbyt szczęśliwie zacząłem rozkładać namiot, bo akurat na najlepszej trasie przejazdu samochodu wożącego nasze bagaże. Po stwierdzeniu naocznie, że inaczej samochód nie przejedzie niż korzystając z mojej namiotowej miejscówki zdecydowałem się na przeprowadzkę nieopodal. Tym razem ustawiłem jedna namiot w takiej pozycji, że między nim, a namiotem R. i P. została dość spora przestrzeń, która nie zniechęcała do przechodzenia przez nasze podwórko. Problem ten rozwiązaliśmy ogradzając przejście linkami od namiotu oraz tabliczką z ostrzeżeniem (na poniższym zdjęciu).

Mikoszewo - noclegowisko

Mikoszewo - noclegowisko

Po zajęciu miejsca, rozłożeniu namiotów obejrzeliśmy warunki sanitarne. Były cywilizowane choć jak zwykle niewystarczające jak na tę liczbę osób, jaka obozowała.  Do prysznica była kolejka. Do kibelka niekiedy też. Ale ogólnie było nieźle, bo z prysznica zdarzało się nawet wydusić ciepłą wodę.

Po obejściu terenu uznaliśmy, że warto coś począć z tak dobrze rozpoczętym dniem, bo do wieczora zostało jeszcze ładnych parę godzin. Postanowiliśmy więc trochę pochodzić, żeby jednak poczuć się jak na rajdzie pieszym. Ale o tym, gdzie przeszliśmy i co widzieliśmy, napiszę już w następnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Jak napisałem w poprzedniej notce, zdecydowaliśmy się podwieźć sobie tyłki do Nowego Dworu Gdańskiego. Jeśli miałem z tego tytułu jakieś wyrzuty sumienia, to wkrótce się ich pozbyłem. A to za sprawą gwałtownej burzy połączonej z oberwaniem chmury, które spotkały nas po drodze. Na szczęście byliśmy w tym czasie w autobusie i ja bardzo się z tego tytułu cieszyłem, bo lało tak, że przez szyby nie można było chwilami nic zobaczyć poza strugami wody. Ulewa nie skończyła się zanim dojechaliśmy do celu i na dworcu w Nowym Dworze Gdańskim musieliśmy szybko przebiec do budynku. Żeby było zabawniej, deszcz ustał dosłownie kilka minut później.

Poszliśmy zlokalizować nasz nocleg, który, jeśli mnie pamięć nie myli, został wyznaczony na terenie należącym do miejscowego klubu sportowego. Po ulewie, która nas spotkała, straciłem ochotę na spanie pod namiotem. Szczególnie, że deszcz, w znacznie mniejszym już na szczęście natężeniu, powracał. W innych okolicznościach pewnie by mnie to nie zniechęciło, ale jeszcze nie byłem w pełni sił, szczególnie psychicznych.

Kiedy doszliśmy na miejsce noclegu czekały tam nas tam pewne niespodzianki. Część z nich przyjemna, a część wręcz przeciwnie. Do nieprzyjemnych należała ta, że kierownictwo naszej trasy zostało zaskoczone przez załamanie pogody i przez to część bagaży zamokła. Moje bagaże akurat nie zamokły i to była jedna z miłych niespodzianek, jakie mnie tego dnia spotkały. Niestety takiego szczęścia nie miał R. Cześć jego rzeczy, w tym śpiwór, ucierpiała w ulewie. Druga, moim zdaniem bardzo miła, niespodzianka była konsekwencją tej pierwszej. Otóż gospodarze udostępnili nam halę sportową, która znajdowała się na terenie przeznaczonym na nasz nocleg. Bardzo się z takiego obrotu spraw ucieszyłem i zająłem dla naszej trójki strategiczne miejsce w narożniku. Znaleźliśmy tam dwie zakurzone wykładziny, które rozwinęliśmy sobie, żeby nie spać bezpośrednio na parkiecie.

Warunki w gruncie rzeczy były spartańskie, bo i hala nie była pierwszej młodości (m.in. dach przeciekał niedaleko naszych legowisk), do tego wyglądała, jakby dawno nie była używana, bo wszystko było zakurzone i zapuszczone. Ale dla mnie to było lepsze niż najlepszy hotel. Przynajmniej w zderzeniu z perspektywą spędzenia nocy z namiocie. Tego dnia miałem do tej opcji taką niechęć, że cieszyłem się jak diabli, że spędzę noc pod dachem.

Dość sprawnie zagospodarowaliśmy się oddzielając plecakami nasz teren i rozłożywszy na parkiecie wykładzinę w kilku warstwach, żeby było bardziej miękko.  Na jednej ze ścian, do której przylegała nasza część hali znajdowały się drabinki, więc R. mógł na nich rozwiesić sobie te rzeczy, które zamokły mu wskutek niefrasobliwości kierownictwa trasy. R. zrobił też zdjęcie naszego kącika sypialnego, więc mogę teraz pokazać, jak wyglądał. Na zdjęciu poniżej.

Kącik sypialny w Nowym Dworze

Kącik sypialny w Nowym Dworze

Po wstępnym zagospodarowaniu się zrobiliśmy jeszcze tego dnia zakupy i zwiedziliśmy miasto (w tym miejscowe muzeum stworzone przez lokalnych pasjonatów). A potem poszliśmy spać po dniu pełnym wrażeń. I tak zakończył się kolejny dzień OWRP 2008.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

W Nowym Stawie, jak pisałem wcześniej, zrobiliśmy sobie postój. Zdaje się, że nawet razem z popasem, ale nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, co i gdzie konsumowaliśmy i czy w ogóle. Ten fragment moich wspomnień jakoś dziwnie zatarł się w pamięci. Pamiętam za to, dzięki zdjęciom zrobionym przez R., że się nieco wzruszyłem pewnym widokiem. Na poniższych zdjęciach prezentuję to, co mnie tak wzruszyło. :)

Słodownia EB w Nowym Stawie

Słodownia EB w Nowym Stawie

Nie wiem, czy czytający tę notkę pamiętają jeszcze takie piwo, co się nazywało EB. Ja mam do niego sentyment, bo bardzo je lubiłem. To ta firma wypuściła chyba jako pierwsza w Polsce piwo czerwone. Mam nawet etykiety z pierwszej serii. A na poniższym zdjęciu R. uchwycił dla mnie “przeszłości śpiew”, czyli logo EB na nieczynnym już budynku należącym do tej firmy.

Logo EB - wspomnienie przeszłości...

Logo EB - wspomnienie przeszłości...

Ale to nie jedyne ciekawe rzeczy, jakie można obejrzeć w Nowym Stawie. Jest ich trochę więcej. Jeden z ciekawych obiektów widać na poniższym zdjęciu. Powiedziano nam na odprawie, że jest to kościół w kształcie ołówka. Okazało się, że to tylko pół prawdy, bo kościół ma kształt dość typowy (to ten obiekt na dalszym planie), a w kształcie ołówka jest jego dzwonnica.

"Ołówek" w Nowym Stawie

"Ołówek" w Nowym Stawie

Chciałem sobie zrobić zdjęcie z tym ołówkiem. Poprosiłem R., żeby tak wykadrował, żebym był na zdjęciu i ja widoczny i ta budowla. Okazało się, że tak się nie bardzo da. Dlatego ostatecznie wykadrowałem siebie z tego całego zdjęcia i taki przynajmniej jest z niego pożytek, że się uwieczniłem. Poniżej.

Na rynku w Nowym Stawie

Na rynku w Nowym Stawie

Z Nowego Stawu trasa wiodła do Nowego Dworu Gdańskiego, ale jakoś trudno się nam było zmobilizować do dalszej drogi. Zaczęliśmy, o zgrozo, rozważać możliwość podjechania do celu autobusem. Przyznam się, że byłem za, a nawet przeciw temu pomysłowi. Z jednej strony argumentowałem, że nie po to przyjechałem na OWRP, żeby sobie dupę podwozić autobusami, ale z drugiej strony duch był we mnie mdły tego pierwszego dnia, a poza tym pogoda straszyła kolejnymi deszczami. W końcu pobiwszy się z myślami swoimi i moich współtowarzyszy zdecydowałem, że możemy jechać, jeśli oni też mają chęć.

Okazało się, że chętnych do podjechania było sporo i to byli w większości turyści z naszej trasy OWRP. To mnie jeszcze do końca nie przekonało o słuszności podjętej decyzji, ale to, co zdarzyło się w czasie jazdy już zdecydowanie tak. Ale o tym napiszę już w kolejnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Drugi dzień OWRP, a pierwszy dzień wędrówki i pierwszy dzień spędzony w całości na Rajdzie był pod pewnym względem przełomowy. I sporo się w nim, jak na jeden dzień, zdarzyło. Można by tym obdzielić kilka nudniejszych dni rajdu. A zaczęło się nieciekawie. Ranek był pochmurny i dżdżysty. To mnie od rana wprawiło w humor raczej wisielczy. Zanim zwinęliśmy namioty i wygrzebaliśmy się z miejsca noclegu, deszcz rozpadał się na dobre. Musiałem założyć na siebie ciężką, gumową pałatkę z demobilu Bundeswehry, pod którą pociłem się nie mniej niżbym mókł bez niej.

Jeszcze w komplecie ruszyliśmy w drogę. W komplecie, to znaczy razem z B. Przeszliśmy miastem do zamku, po czym biegnącą obok drewnianą kładką przekroczyliśmy Nogat. Na drugim brzegu rzeki postaliśmy chwilę, żeby opóźnić moment pożegnania. Zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych zdjęć na tle zamku i w końcu przyszła ta chwila, kiedy wyściskawszy się z B. poszliśmy we trójkę ulicą Wałową w kierunku Kałdowa, a B. zawróciła do miasta, żeby za czas jakiś odjechać do siebie do domu. Na poniższym zdjęciu jesteśmy we trójkę: ja, B. i P. Ponieważ B. poprosiła mnie, żebym jej facjaty na zdjęciach nie prezentował, więc ją rozmyłem. Dla towarzystwa rozmyłem też facjatę P.

Na tle zamku w Malborku

Na tle zamku w Malborku

Pogoda się nie poprawiała, podobnie jak mój humor, ale parłem twardo do przodu zakarbowawszy sobie, że im szybciej dojdziemy do celu, tym lepiej, najwyżej padnę gdzieś po drodze. Byłem zdesperowany i zdeterminowany.

Wkrótce zeszliśmy z drogi krajowej 55 na jakąś podrzędną drogę i szliśmy w kierunku Stogów, gdzie znajduje się cmentarz mennonitów. To jeden z największych i najdłużej “czynnych” cmentarzy. Podobno ostatni pochówek miał na nim miejsce w latach 80-tych zeszłego wieku. Chcieliśmy odnaleźć grób z tego pochówku, ale się to nam nie udało, choć obeszliśmy prawie cały cmentarz. Obejrzeliśmy też stojący koło niego kościół rzymskokatolicki wzniesiony na miejscu dawnego menonickiego zboru.R. robił zdjęcia w tej okolicy, ale ponieważ pogoda była nieciekawa, więc zamiast tamtych wrzucać tamte zdjęcia podlinkuję te, na których widać nie tylko sam cmentarz, ale także kościół w pięknym słońcu.

Wziąłem ze sobą na ten OWRP mojego GPS-a, dlatego mam zapis tras, które codziennie robiliśmy. Dane wrzucałem do serwisu Every Trail. Poniżej jest link do zapisu trasy pierwszego dnia: OWRP 2008 – 7 lipca

Cmentarz mennonitów znajdował się trochę z boku naszej trasy. To jest na mapie trasy ten “skok w bok”. Po jego zwiedzeniu zawróciliśmy, choć można było iść okrężną drogą, żeby nie deptać po własnych śladach. Pogoda jednak nie zachęcała do dłuższych spacerów, więc obraliśmy azymut na Nowy Staw. Zdecydowaliśmy się iść po zlikwidowanym torze kolejki wąskotorowej. Wydawało nam się, że to dobry pomysł, bo tor prowadził prosto i dokładnie do celu. Jednak po pierwszych stu metrach pożałowaliśmy wyboru. Tor był zarośnięty trawą, która była, co naturalne w czasie deszczu, nasiąknięta wodą. Nim doszliśmy do połowy trasy, w butach nam już chlupało. Niestety, zejść z toru mogliśmy dopiero na najbliższym skrzyżowaniu z drogą, bo przejście po otaczających łąkach groziło jeszcze większą powodzią w butach.

W końcu doszliśmy do drogi. Stały przy niej niewysokie, betonowe słupki. Przysiadłem na jednym i zdjąłem po kolei buty, żeby wylać z nich (dosłownie) wodę. Wyżąłem też przy tym skarpety. Sytuacja była niewesoła, ale mnie paradoksalnie niezmiernie rozbawiła. Jeszcze się na dobre nie rozpoczął dzień, a my już mamy powódź w butach. Jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. :)

Nie wróciliśmy już na tor, choć prowadził dalej prosto do celu. Wybraliśmy asfalt. O ile pamiętam, to obyło się bez kolejnych niespodzianek i przez Tralewo oraz Laski doszliśmy do Nowego Stawu. Do celu naszej wędrówki tego dnia, czyli do Nowego Dworu Gdańskiego, mieliśmy jeszcze kawałek drogi, więc zdecydowaliśmy się zrobić tutaj popas.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Trasa, na którą zapisałem się w ramach OWRP 2008 zaczynała się w Malborku. Musiałem się zatem jakoś do tego Malborka dostać, ale jak dokładnie przebiegła ta podróż, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miałem nadzieję, że spotkam się z R. gdzieś po drodze (potem okazało się, że było to niemożliwe, ale może będzie okazja o tym jeszcze napisać). Za to dość dobrze pamiętam, że wysiadłem w Malborku z tobołami i bagażem wspomnień, jakie wiązały się z tym miastem: m.in. pewnym jednocześnie przykrym i miłym przeżyciem. Przykrym dla kogoś, kto był mi wtedy bliski, ale paradoksalnie zaowocowało to czymś przyjemnym dla mnie (nie była to jednak radość z cudzego nieszczęścia).

Tak więc wysiadłem z pociągu na znajomym dworcu i trochę bezradny (z racji ówczesnego stanu mojej psychiki) z mapką w jednej ręce i z odbiornikiem GPS w drugiej starałem się ustalić, gdzie powinienem skierować swoje kroki. Wahałem się między dwoma postawami: z jednej strony chciałem uważać, że Malbork znam na tyle dobrze, że mogę się w nim odnaleźć bez sięgania po mapy i podobne pomoce; z drugiej czułem, że to, co napisałem wcześniej nijak ma się do otaczającej mnie rzeczywistości. W końcu poszedłem na kompromis, czyli stanąłem przed planszą z planem miasta i próbowałem wykoncypować, jak trafić na obozowisko.

Oszczędzając czytelnikom szczegółów odnajdywania drogi napiszę, że na miejsce trafiłem, choć w jednym momencie bliski byłem zbłądzenia. Ostatecznie przekroczyłem bramę ośrodka, gdzie rozłożyła się moja trasa i pierwszą spotkaną osobę zapytałem, gdzie jest kierownictwo trasy. Skierowany we właściwe miejsce dopełniłem wszelkich formalności, po czym zacząłem się rozglądać za jakimś miejscem na rozbicie się. Stroniłem do ludzi, więc wybrałem sobie miejscówkę, która była jednocześnie blisko kierownictwa i kibelków, a z drugiej strony wystarczająco daleko od innych uczestników.

Rozłożyłem namiot i położyłem się w środku czekając na R. oraz P., którzy już mieli być w drodze.  I byli. Razem z niespodzianką. Dotarli na miejsce obozowania niedługo po mnie. Ale zanim mnie znaleźli, dostałem SMS-a od B. z pytaniem, czy jestem na lewo, czy na prawo od bramy. Przez naprawdę krótką chwilę pomyślałem, że musiała mnie z kimś pomylić. Wiedziałem, że z przyczyn obiektywnych miało jej nie być na tym OWRP, więc potraktowałem w pierwszej chwili ten SMS jako wysłany pod niewłaściwy adres, ale zanim odpowiedziałem w tym duchu w mojej głowie pojawiła się myśl, że ta szalona kobieta rzeczywiście przejechała kawał Polski, żeby się tutaj zjawić. Rzeczywistość okazała się być nieco bardziej skomplikowana, ale o tym później.

Odpisałem, zgodnie z prawdą, że jestem po lewej stronie od bramy. Za chwilę już witaliśmy się serdecznie, a ja miałem dosłownie łzy w oczach (no cóż, w depresji człowiek wyjątkowo łatwo się rozczula). Po wymianie uprzejmości R. poszedł się zameldować na biwaku, a ja zamieniłem kilka słów z B. Potem R. z P. wzięli się za rozstawianie namiotu. Tego ich nabytku jeszcze nie widziałem. Trzyosobowy namiot z obszernym przedsionkiem na tle mojej “czołgopodobnej” jedynki (choć formalnie dwójki) prezentował się imponująco. Ale taki namiot nadaje się na imprezy takie jak OWRP, gdzie bagaże wrzuca się na pakę i chodzi się z niewielkim plecakiem. Na imprezę samodzielną z takim namiotem na grzbiecie nie chciałbym się wybrać. :)

Przyczyna obecności B. w Malborku wyjaśniła się dość szybko. Otóż razem z R. i P. wybrali się do Mrągowa na Mazurską Noc Kabaretową. Potem R. namówił ją, żeby przyjechała z nimi do Malborka choćby na inaugurację OWRP. Długo się nie dała namawiać i w ten sposób stawiła się na starcie.

Po opadnięciu pierwszych emocji, rozstawieniu namiotów, dopełnieniu obowiązków meldunkowych i tym podobnych stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z tak dobrze rozpoczętą końcówką dnia. Stanęło na tym, że B. zostaje na noclegowisku, żeby odpocząć, a nasza trójka idzie na miasto.

Poszliśmy oczywiście do największej atrakcji Malborka, czyli do zamku, aby tam obejrzeć widowisko typu światło-dźwięk, które odbywa się od lat według tego samego scenariusza. Widziałem to widowisko już co najmniej raz sześć lat wcześniej, kiedy jechałem na rowerze do Władysławowa. Jeden z naszych noclegów wypadł wtedy właśnie w Malborku i oczywiście udaliśmy się na zamek. Tym razem jednak też poszedłem. Dla towarzystwa, za którym się stęskniłem.

Po obejrzeniu, a właściwie głównie odsłuchaniu widowiska poszliśmy jeszcze w miasto. Jeśli dobrze pamiętam, to w celu uzupełnienia zapasów gotówki. Wreszcie dość późno w nocy, ale jeszcze przed północą wróciliśmy do naszych namiotów. Na mnie w namiocie czekała niespodzianka w postaci B., która postanowiła się w nim zdrzemnąć. Dłużej jednak nie mogłem jej gościć, bo moje warunki lokalowe na to nie pozwalają. Dlatego B. na noc poszła do R., którego namiot trzy osoby mieści zapewniając im, jak na warunki namiotowe, spory komfort.

I tak zakończył się dzień pierwszy OWRP 2008.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Czas na OWRP 2008 – słowo wstępne

poniedziałek, 2 marzec 2009

Po tym, jak opisałem Majówkę w 2008 roku czas najwyższy zająć się zaległym opisem OWRP, który odbyłem w 2008 roku (w kolejce pozostanie jeszcze samotna wyprawa w Świętokrzyskie). Liczę na to, że uda mi się zmobilizować i zakończyć opis tego OWRP zanim zacznie się tegoroczny, choć z przyczyn obiektywnych na pewno w tegorocznym i prawdopodobnie w przyszłorocznym udziału nie wezmę. Najbliższy zaś, którego na dziś nie zamierzam sobie odpuścić, będzie miał miejsce w 2011 roku.

W bliżej nieokreśloną przyszłość oddala się też moja planowana wyprawa do Santiago de Compostela, ale jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że nie powinienem się z nią spieszyć, bo jeśli ja odbędę, to jaki mi jeszcze ambitny cel pieszy pozostanie do zrealizowania? Owszem, można sobie wymyślić coś nietypowego: choćby marsz dookoła Polski (oczywiście na raty, bo na raz nie sposób tego zrobić nie dysponując wieloma miesiącami czasu) albo marsz dookoła województwa.

Ten drugi pomysł mnie kusi, ale może też trzeba będzie go rozłożyć na raty, bo może nie być ten marsz taki krótki, jakby się wydawał. Wszystko zależy od tego, jak bardzo trasa mojej marszruty miałaby przybliżać się do kształtu granic województwa. Koncepcje miałem co najmniej dwie: jedna, żeby iść możliwie najbliżej granicy województwa, a druga, żeby przejść przez wszystkie siedziby gmin, które od granicy leżą niekiedy dość daleko (jak dla piechura). Zresztą pomysł ten ewoluował i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy może nie lepiej byłoby tę trasę zrobić na rowerze? Na razie jednak pomysł ten pozostał w sferze mglistych zamierzeń i nie wiem, czy wprowadzę go w czyn.

Ale dość tych obocznych rozważań. Tematem ma być przecież opis OWRP 2008, do którego przejdę jednak dopiero w kolejnej notce. Na razie dodam tylko, jako uzupełnienie wprowadzenia, że moim prywatnym hasłem, pod którym odbyłem OWRP 2008 było “Z depresją na depresję”. Rajd bowiem odbywał się po terenach Powiśla i spory kawałek wędrowaliśmy po terenach położonych poniżej poziomu morza, a ja sam zaczynałem go w dość poważnej depresji. Jednak juz pierwszego dnia humor mi się poprawił. I to paradoksalnie w zderzeniu z tym, co moich współtowarzyszy raczej dobrego humoru pozbawiało.

Widocznie ze mną gorzej już być nie mogło i mogło być tylko lepiej. Okazuje się, że nie ma dla mnie lepszego leku na depresję niż dwa tygodnie spędzone w plenerze, kiedy jednego dnia w butach chlupie woda, przychodzi gigantyczne oberwanie chmury, które przemacza rzeczy uczestników i kiedy zamiast noclegu w namiocie składamy wieczorem swoje utrudzone ciała na stercie zakurzonych dywanów rozłożonych na starym parkiecie hali sportowej, w której miejscami przecieka dach. Po takim początku mogło być już tylko lepiej, ale o tym napiszę w kolejnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i tak też było w przypadku Majówki w 2008 roku. Ostatni jej dzień poświęciliśmy na powrót do domów. Jedni mieli blisko (B. i spółka) inni dalej (R., P. i ja). Powrót do domu nasza trójka zaplanowała pociągiem. Nie pamiętam już dokładnie, jak wracali R. i P., poza tym, że do Szczecina wracali razem ze mną. Ale ten właśnie fragment naszego wspólnego powrotu wart jest opisania.

Najpierw mieliśmy problem z nabyciem biletów. Kolejka do kasy była długa i poruszała się niemrawo, a tymczasem godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. Wreszcie pani z kasy zaanonsowała, że kto chce jechać najbliższym pociągiem, ma podejść bez kolejki. Myślałem, że dostaniemy bilety, ale gdzie tam. Pani wydawała zaświadczenia, że nie mogliśmy na czas zakupić biletów. Dzięki temu można było je zakupić w pociągu bez uiszczania dodatkowej opłaty. Tak też zrobiłem. Bilet na dalszą podróż do domu w tej sytuacji musiałem kupić w Szczecinie. Czasu miałem mieć wystarczająco dużo, o ile pociąg dojechałby na czas.

Wsiedliśmy do pociągu w Międzyzdrojach. Pociąg był już dość zatłoczony, więc musieliśmy zająć miejsca stojące, ale jakiegoś wyjątkowego tłoku nie było. Do czasu. Gdzieś w połowie drogi do Szczecina, na stacji o wdzięcznej nazwie Rokita, czekała niespodzianka. Niespodzianką było mrowie harcerzy z pełnym ekwipunkiem, którzy najwyraźniej mieli zamiar wsiąść do naszego pociągu. Pomysł był zdecydowanie karkołomny, bo w pociągu już było ciasnawo, a harcerzy było tylu, że zwątpiłem, czy ten pociąg wszystkich nas pomieści, nawet jeśli będziemy jechali ściśnięci jak sardynki w puszce. Oni jednak nie zniechęceni zaczęli się pakować do pociągu.

Ludzie znajdujący się już w pociągu, kiedy zobaczyli, co ich czeka, zaczęli przekonywać harcerzy, żeby sobie dali spokój. Ale bez skutku. Tamci argumentowali, że PKP sprzedała im bilety i zamierzają jechać (jakby nie mogli się podzielić np. na dwie grupy i pojechać dwoma pociągami). Ładowanie harcerzy do pociągu szło opornie. Widząc to w pewnym momencie jeden z funkcyjnych harcerzy zaproponował, żeby wszyscy pasażerowie wysiedli z pociągu, pozwolili im się w nim rozlokować, a potem sobie wsiedli. Można sobie wyobrazić, jakie reakcje wywołała ta propozycja. To, że pomysłodawca nie został za swój pomysł zlinczowany, zawdzięcza tylko temu, że nikt nie odważył się wysiąść z pociągu mając uzasadnione obawy, że by już do niego nie wsiadł.

Nie wiem, jakim cudem, ale udało się jakoś te harcerstwo w pociągu upchać. Ale dalsza jazda wyglądała tak, że ja praktycznie nie mogłem się nawet obrócić i gdybym chciał, to mógłbym podnieść jednocześnie obie nogi bez żadnych gwałtownych konsekwencji.

Przy okazji tego bliskiego spotkania przyjrzałem się harcerzom, a przede wszystkim ich ekwipunkowi bliżej i szczęka mi opadła. Każde z nich dźwigało ze dwie torby o wielkości dorównującej czasami ich wzrostowi. Stwierdziłem, że chyba przed wyjazdem każde z nich ogołociło lodówkę i ze dwie szafy z ubraniami. Co ciekawe, o ile zauważyłem, nie mieli ze sobą śpiworów ani namiotów. Natomiast każdy miał ze sobą siekierkę. Nie wiem, po co? Jednemu dziewczęciu wdzięcznie wystawał z plecaka nóż ostrzem wymierzonym na zewnątrz, który w warunkach panującego ścisku groził śmiercią osobom z najbliższego otoczenia przy gwałtowniejszym hamowaniu.

Przyznam, że nie szczędziłem złośliwości dokonując kolejnych obserwacji. Jacy z nich harcerze, pokpiwałem (sam też zresztą należałem do ZHP), jeśli na trzy dni biwaku zabierają ze sobą pół chałupy? Gdyby mieli jechać na jakiś dłuższy pobyt, to pewnie każde z nich ciągnęło by za sobą samochodową przyczepkę wypełnioną ekwipunkiem. Ja na dwa tygodnie OWRP pakuję mniej bagażu niż oni na trzy dni.

Jakimś cudem wylądowałem wreszcie w Szczecinie, ale pociąg był mocno opóźniony. Groziło mi, że nie zdążę kupić biletu, jeśli będzie kolejka w kasie. Na szczęście R. wcześniej powiedział mi, że na dworcu, po drugiej stronie, jest taka samotna kasa, gdzie może nie być kolejki. Popędziłem tam od razu (akurat miałem tam blisko) i rzeczywiście bez żadnej kolejki udało mi się kupić bilet. Z ulgą poszedłem na właściwy peron i zająłem miejsce w pociągu. Zdążyłem.

Niestety, dużo mniej szczęścia miałem w Kutnie, do którego mój pociąg przyjechał spóźniony dokładnie o tyle, żebym z hamującego przy peronie pociągu widział ruszający pociąg, który miał mnie dowieźć do domu. Niestety, był to ostatni pociąg tego wieczoru. Cała nadzieja pozostała w PKS-ie. Ruszyłem na dworzec, ale zabrakło mi wyobraźni, bo dworzec w Kutnie leży na uboczu i niektóre autobusy w ogóle tam nie zajeżdżają. Tak właśnie było z autobusem, który mógłby dowieźć mnie do domu, gdybym się nie oddalał za bardzo z dworca PKP, a przeszedł tunelem do końca i tam czekał na przystanku. Niestety, uświadomiłem to sobie za późno. Dzięki czemu spędziłem noc na dworcu PKP w Kutnie, co do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy.

Rano byłem tak wyczerpany, że nie kontrolowałem się i wbrew własnej woli zasypiałem w pociągu wiozącym mnie do domu. W przebłyskach świadomości widziałem, że dziwnie przygląda mi się konduktor, ale na szczęście nic się mnie nie czepiał. Bilet miałem, nie rozrabiałem, a jeśli nieogolony i po nieprzespanej nocy nie wyglądałem zbyt przyjaźnie, to jemu nic do tego. W domu byłem wczesnym rankiem i pierwsze, co zrobiłem, to wykąpałem się i rymsnąłem do łóżka, żeby choć trochę odespać zarwaną noc. Tak zakończyła się moja Majówka w 2008 roku.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część siódma

poniedziałek, 26 styczeń 2009

Tego samego dnia, którego wybraliśmy się do Świnoujścia, ale już wieczorem, poszliśmy na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów. Pogoda była całkiem znośna, więc wybraliśmy się między innymi na molo. Co tam robiliśmy, nie napiszę. Zamieszczę za to zdjęcia, bo podobno jeden obraz wart jest tysiąca słów. Ponieważ byliśmy tam w towarzystwie nieletnich, więc zdjęcia są odpowiednio przygotowane do publikacji. ;)

Nocny... spacer

Nocny... spacer

Nocne życie Międzyzdrojów

Nocne życie Międzyzdrojów

Ale żeby nie wyglądało na to, że zajmowaliśmy się tylko jednym (zbieraniem opakowań po trunkach) dodam jeszcze, że poszliśmy też na Aleję Gwiazd, żeby przymierzyć swoje dłonie do tych, których odciski tam się znajdują. Nie pamiętam już, do którego odcisku pasowała moja dłoń, ale znalazłem przynajmniej jedną taką. Po spacerze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, bo następnego dnia czekał nas powrót do domu. Powrót bardzo urozmaicony i pełen wrażeń, ale o tym napiszę w kolejnej, ostatniej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Sylwester 2008 (Zachodniopomorskie)

poniedziałek, 5 styczeń 2009

Tegorocznego Sylwestra zdecydowałem się spędzić nietypowo. Na zaproszenie B., mojej przyjaciółki ze Szczecina, wybrałem się na ten wieczór do turystycznej chatki w miejscowości Brzeźniak położonej w powiecie łobeskim na Pojezierzu Drawskim. Sylwestra tego mieliśmy spędzać w 9 osób. Oprócz mnie i B. miał być jeszcze jej mąż, trójka ich przyjaciół oraz R. z dodatkową 2-osobową ekipą. Z tej dziewiątki ostatecznie dotarło nas 6 osób. R. z powodu poważnych kłopotów zdrowotnych musiał zostać w domu, a co za tym idzie, nie dotarła też reszta jego ekipy, którą miał dowieźć.
Do Brzeźniaka dotarłem w sposób kombinowany. Z domu wyjechałem autobusem do Kutna, bo pociąg miałem dużo za wcześnie, żeby skorzystać. W Kutnie wsiadłem do pociągu do Szczecina, ale dojechałem tylko do Stargardu Szczecińskiego. Tutaj złapałem pociąg do Szczecinka i wysiadłem na stacji Wiewiecko, którą przemianowałem na Wywiejecko. Ze stacji zabrała mnie swoim samochodem B. i niedługo potem grzałem się już przy kozie w chatce.
Zdziwiłem się, kiedy po wejściu do chatki zastałem tam tylko I., czyli męża B. Myślałem, że spotkam się tam już z R. i jego kompanią, ale dopiero na miejscu B. poinformowała mnie o jego kłopotach zdrowotnych. Tak więc byliśmy we trójkę. Na dobry początek, ponieważ zima pokazała już nieco swoje pazury, wypiliśmy herbatę z prądem. Rozgrzała nas ta herbata i od razu zrobiło się przytulniej. Niedługo potem I. oprowadził mnie po chatce i po otoczeniu, którego najważniejszym elementem była wolno stojąca sławojka. Po tej wycieczce znów siedliśmy przy kozie żeby sobie pogadać. Na poniższym zdjęciu widać mnie, kozę oraz B. (na kozie stoi bigos, więc jest to zdjęcie zrobione już po północy).

Sylwester 2008 - przy kozie

Sylwester 2008 - przy kozie

Około dwóch godzin po moim przyjeździe dołączyła do nas reszta biesiadników. Znajomi B. oraz I. w osobach: A., J. i Z. Ponieważ z inicjałów to nie wynika, więc dodam, że dwie pierwsze osoby to kobiety, a trzecia osoba to mężczyzna. Byliśmy tym samym w komplecie. Razem z przybyłą trójką przyjechała dodatkowa aprowizacja i kiedy zobaczyłem, jakie mamy zapasy jedzenia, stwierdziłem, że można by z tego zrobić trzy takie sylwestrowe imprezy. Fakt, że miało nas być 9, a nie 6 osób nieco zawyżył proporcje wyżywienia do stanu osobowego, ale nawet przy pełnym składzie byłoby bogato z jedzeniem.

Po przybyciu wspomnianej trójki i rozpakowaniu zaopatrzenia przystąpiliśmy do wspólnego posiłku zapoznawczo-przypominawczego. Spośród przyjezdnych nie znałem jeszcze A., a z J. oraz Z. widziałem się na majówce 2008 roku. Ale ponieważ byliśmy wtedy w szerszej grupie, więc poznaliśmy się wtedy raczej słabo. Teraz była okazja to nadrobić. Trochę pobiesiadowaliśmy, porozmawialiśmy, dorzucaliśmy do kozy i wznosiliśmy toasty. W pewnym momencie padła propozycja, żeby zrobić przerwę w świętowaniu i wybrać się na spacer.

Spacer prowadził po najbliższej okolicy i był tym przyjemniejszym przeżyciem, że odbywał się w niemal całkowitej ciemności, którą rozświetlały jedynie latarki (ja latarki nie miałem). Można było w tej ciemności popatrzeć w rozgwieżdżone niebo, którego w takiej postaci nie da się zobaczyć w żadnym mieście. Dowiedziałem się m.in. podczas tego spaceru, gdzie jest gwiazdozbiór Byka, mojego znaku zodiaku. Po drodze zahaczyliśmy o jezioro, gdzie I. wykuł przerębel, żeby sprawdzić grubość lodu (około 6 cm), a w drodze powrotnej przeszliśmy koło wodnego młyna.

Będąc już prawie na miejscu z powrotem, rzuciłem okiem na sąsiadujące z drogą pole i zobaczyłem jakieś pół metra od siebie… dwa damskie buciki. Oba całkiem nowe, zgrabne, na obcasie. Stały dokładnie tak, jakby ktoś je przed chwilą zdjął, żeby pójść dalej boso. Ale ponieważ wokół oprócz nas nie było żywej duszy, a na śniegu śladów tego nietypowego Kopciuszka, więc postanowiliśmy się butami zaopiekować. Będą stały lub wisiały w chatce na honorowym miejscu na pamiątkę tego Sylwestra.

Ze spaceru wróciliśmy niedługo przed północą. Posililiśmy się jeszcze, uzupełniliśmy poziom alkoholu we krwi (tym razem tequilą) i czekaliśmy na nowy rok umilając sobie czas rozmowami. Około północy wznieśliśmy toast szampanem (a nawet dwoma) i odpaliliśmy sztuczne ognie. Nie pamiętam już dokładnie, jaka była kolejność tych działań, ale pamiętam, że nasza “artyleria” była najokazalsza i żeby podkreślić wrażenie, jakie prawdopodobnie zrobiliśmy na sąsiadach, skomentowaliśmy to jędrnie trawestując cytat z “Dnia świra”: “jak my odpalamy fajerwerki, to nie ma ch…a we wsi” (jeśli ktoś nie rozumie tej literackiej przenośni, to tutaj jest tłumaczenie: http://www.miejski.pl/def-3314). ;)

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku uczczenia nadejścia północy, wróciliśmy do chatki, gdzie kontynuowaliśmy konsumpcję, rozmowy, wznoszenie toastów, itd. Tak nam się przyjemnie biesiadowało, że nie zauważyliśmy, kiedy minęła godzina druga. Ale powoli zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Pierwsza od towarzystwa odpadła B., która poszła na pięterko, czyli do sypialni, coś sprawdzić i już nie wróciła. Potem chęć oddalenia się na legowisko wyraziła A. i wtedy padło hasło, że chyba czas już iść spać. Ja jako trzeci z kolei uderzyłem w kimono.

Spało mi się bardzo dobrze i tylko nad ranem doszło do małego kryzysu. Fizjologia postanowiła przypomnieć o sobie i musiałem się pilnie dostać do sławojki. Gdyby chodziło o mniej poważną potrzebę, to załatwiłbym ją gdzieś pod drzewem, ale tym razem niestety zanosiło się na pilne posiedzenie. Najpierw musiałem się więc wygrzebać z ciepłego śpiwora. Potem ubrać na tyle starannie, żeby sobie nie odmrozić tego czy owego. No i wreszcie usiąść z gołym tyłkiem na mrozie na minut kilka. Nie uśmiechało mi się to wszystko, ale jakoś się przemogłem, a pomogła mi w tym fizjologia natarczywie upominając się o swoje prawa. Summa summarum sprawę załatwiłem i obeszło się bez strat w członkach i w godności. Zadowolony po powrocie zakopałem się ponownie w śpiwór i jeszcze trochę pospałem.

Po ponownym przebudzeniu, gdzieś około 11.00, z lekkim zdziwieniem skonstatowałem, że nie mam nawet cienia kaca, co przy wypitej ilości alkoholu (umiarkowanej, ale jednak większej niż taka, jaka wywołuje u mnie syndrom dnia następnego) wydawało się niemal nieprawdopodobne. Zwłaszcza, że mieszaliśmy trunki. Tymczasem ja czułem się jak młody bóg, jakbym poprzedni wieczór spędził całkiem na trzeźwo. W swojej prywatnej teorii na ten temat efekt ten przypisuję dwóm czynnikom: dużej ilości spożytego 100% soku pomarańczowego (nawodnił mnie i dostarczył witaminy) oraz spacerowi, jaki odbyliśmy. Biorąc pod uwagę okoliczności tego spaceru (tempo, temperatura) był on pewnym wysiłkiem, dzięki któremu pewnie spaliłem część wypitego alkoholu i do drugiej części wieczoru przystąpiłem w zdecydowanie lepszej formie.

Rano głównym naszym zajęciem było zwinięcie się z lokalu poprzedzone zjedzeniem śniadania. Bardziej wysportowana połowa naszego składu (I., J. i Z.) wybrała się na noworoczne bieganie po okolicy. Pomyślałem, że to byłby niegłupi pomysł, żeby się do nich przyłączyć, ale nie byłem mentalnie i sprzętowo przygotowany. Kto wie, może przyłączę się za rok, choć niczego nie przesądzam.

Po zwinięciu się z Brzeźniaka przyłączyłem się do I. i B., żeby korzystając z wolnych dni, jakie miałem, ponadużywać nieco ich gościnności. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Napisałem w poprzednim wpisie, że wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie Międzyzdrojów. Ale to nieprawda, bo na nocne zwiedzanie, które mam na myśli, wybraliśmy się kolejnego dnia, czyli 3 maja. Tego też dnia, ale wcześniej, wybraliśmy się do Świnoujścia. To był w ogóle dzień pełen wrażeń. Nie tylko pozytywnych, niestety. Zacznę jednak od początku.

Rano wyjechaliśmy z Międzyzdrojów do Świnoujścia pociągiem. Zabawne było to, że tam, gdzie my wsiadaliśmy, z naszego pociągu wyległo mrowie pasażerów. Wszyscy walili na plażę w Międzyzdrojach, bo trzeba przyznać, że pogoda była tego dnia wyśmienita. Natomiast do Świnoujścia tak wielu chętnych nie było, więc dojechaliśmy tam dość komfortowo.

Pierwszym celem naszej wycieczki do Świnoujścia była tamtejsza latarnia morska. Mieliśmy do niej spory kawałek drogi. Według drogowskazów 6 kilometrów. W pierwszej chwili nie chciało mi się wierzyć, że to tak daleko, ale chyba rzeczywiście tyle było. Na latarnię oczywiście weszliśmy i obejrzeliśmy sobie rozciągające się z niej widoki. Jeden z nich prezentuję poniżej.

Widok z latarni

Widok z latarni

Po zejściu z latarni postanowiliśmy zwiedzić Port Gerharda, który widzieliśmy z góry.

Fort Gerharda - Komendantura

Fort Gerharda - Komendantura

W tym celu zakupiliśmy bilety u młodego chłopaka przebranego w mundur pruskiego żołnierza, który stał przy bramie i wkroczyliśmy do fortu. Kiedy zebrała się nas już wystarczająco liczna grupa, wziął nas w obroty kolejny “Prusak”, który najpierw przetrenował nas nieco z musztry, a potem oprowadził po terenie fortu ciekawie o nim opowiadając i przerywając swoją opowieść od czasu do czasu żartobliwymi komendami kierowanymi pod adresem niektórych uczestników wycieczki.

Muszę napisać, że wizyty w budowanych przez Prusaków fortach zawsze robią na mnie wrażenie. I nie chodzi może tyle o ogrom pracy, jaki włożono w budowę takich umocnień, ale o myśl inżynieryjną, jakiej są one ucieleśnieniem. Tam niemal na każdym kroku widać kunszt projektantów i wykonawców. Zresztą nie tylko budowle robią wrażenie, ale sama organizacja życia w takiej twierdzy. Tam żołnierz nie miał nawet chwili, żeby się nudzić. Nawet na pisanie listów do rodziny był przeznaczony czas i pisanie to było obowiązkiem, a nie przywilejem.

Zrobiła na mnie spore wrażenie konstrukcja i organizacja magazynu prochu. Na przykład zasada, że po wybudowaniu tego magazynu, nikt nie miał prawa wejść tam z ogniem w żadnej postaci. Wskutek tego obsługujący ten magazyn żołnierz pracował w całkowitych ciemnościach, ale dzięki doskonałej organizacji magazynu i panującemu tam porządkowi nie potrzebował światła, żeby się w nim orientować. Ponadto jego pracę regulował bardzo szczegółowy i zawierający mnóstwo zapisów regulamin. Można wręcz odnieść wrażenie, że przewidziano w nim wszystkie nieprzewidywalne sytuacje.

W trakcie zwiedzania trafiliśmy na stado pasących się na terenie kóz, które robią tam za naturalne kosiarki. Kozy na moment stały się centrum zainteresowania. Szczególnie jeden kozioł (właściwie cap, bo capił niemiłosiernie) i małe koźlęta. Poniżej wrzucam zdjęcie z sesji fotograficznej, jaka miała miejsce.

Kozioł

Kozioł

Po zakończeniu zwiedzania zostaliśmy ceremonialnie promowani na jakiś stopień, którego nazwy nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć. Na poniższym zdjęciu jestem właśnie w trakcie promocji.

Promocja na kadeta

Promocja na kadeta

Zwiedzanie zakończyło się mocnym akcentem, to znaczy wystrzałem z małej armatki (znawców militariów proszę o wybaczenie, jeśli nazwałem ten sprzęt wojskowy niewłaściwie). Po tym punkcie naszego programu udaliśmy się z powrotem do Świnoujścia na obiad.

Niestety, obiadu nie zjadłem, bo w międzyczasie rozwinęła się u mnie silna migrena. Dźgnąłem tylko trochę sałatkę grecką, jaką zamówiłem i wypiłem kielicha Jägermeistera. Na szczęście po jakimś czasie migrena mi przeszła, ale obiad przeszedł mi już koło nosa. Zjadłem coś na to konto już po powrocie do Międzyzdrojów.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część piąta

poniedziałek, 15 wrzesień 2008

Kolejny dzień na szczęście nie był świętem, więc mieliśmy pewność, że nie będzie problemu ze zrobieniem zakupów, choć po doświadczeniach dnia poprzedniego nabrałem przekonania, że nawet w święto nie będzie problemów z zaopatrzeniem. Tego dnia zrobiliśmy sobie dłuższą wyprawę, której końcówka była na dodatek dość forsowna.

Tego dnia zdecydowaliśmy się wybrać na dłuższy spacer. Po wyjściu z miejsca noclegu skierowaliśmy się na południe i przez las skierowaliśmy się w kierunku miejscowości Zalesie. Tutaj czekała nas pierwsza atrakcja w dniu dzisiejszym, czyli pozostałości po wyrzutniach rakiet V3. Doszliśmy do nich górą, gdzie obejrzeliśmy pozostałości po wyrzutniach, a potem zeszliśmy na dół, gdzie za niewielką opłatą mogliśmy obejrzeć zgromadzone w bunkrze eksponaty i wysłuchać prelekcji trochę nawiedzonego kustosza (to chyba właściwe określenie). Facet się nieco jąkał, ale to mi nie przeszkadzało go słuchać. Dużo bardziej uciążliwa była swada z jaką opowiadał. Wydawałoby się, że to dobrze, kiedy ktoś snuje swoje opowiadanie z entuzjazmem, ale wszystko ma swoje granice, po przekroczeniu których zaczyna być uciążliwe. :)

Po wysłuchaniu, co miał do powiedzenia kustosz, ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie doszliśmy lasem w okolice Jeziora Turkusowego. Tutaj najpierw w miejscowości Wapnica posililiśmy się, a potem rozdzieliliśmy. Szóstka z nas postanowiła iść dalej nad jezioro, a pozostali zdecydowali się wrócić autobusem na kwaterę zmęczeni już spacerem. Ja byłem w tej szóstce, która udała się na spacer wokół jeziora.

Warto było. Na poniższym zdjęciu widać panoramę jeziora z punktu widokowego znajdującego się nieopodal jego południowego końca. I choć zdjęcie jest moim zdaniem bardzo dobre, to i tak nie oddaje uroku tego miejsca.

Panorama Jeziora Turkusowego

Panorama Jeziora Turkusowego

Nieopodal punktu widokowego, praktycznie tuż za jego ogrodzeniem, rośnie bardzo ciekawie wyglądające drzewo. Jego niezwykłość polega na tym, że wyrasta z pionowego urwiska i jest zakorzenione na nim bokiem. Na poniższym zdjęciu uwiecznione został ten ciekawy okaz.

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Po obejściu jeziora poszliśmy w kierunku wsi Lubiń na rybkę. Według zapewnień A. miała tam być smażalnia z bardzo smacznymi rybami. I rzeczywiście była, choć musieliśmy do niej dojść kawałek drogi, bo była już właściwie za Lubiniem, a bliżej Wapnicy zlokalizowana przy czymś, co przypominało przystań jachtową. Zamówiliśmy sobie rybki, a w czasie posiłku padła propozycja, żeby wracać pieszo, zamiast autobusem. To był spory kawałek drogi, ale ja się na to zdecydowałem. Ostatecznie podzieliśmy się na dwie grupy. B. z P. poszli na autobus, a ja wraz z J., R. i A. poszliśmy pieszo.

Niestety, wkrótce szybko podzieliśmy się na dalsze dwie grupy. J. tak zasuwał do przodu, że wkrótce zostałem w tyle. W pewnym momencie jednak oni zwolnili, ja przyspieszyłem i zeszliśmy się. Nie na długo, bo J. znowu wystrzelił do przodu, dzielnie sekundował mu R., a A. ostatecznie szedł ze mną. Peleton nam się mocno rozciągnął, ale wszyscy szczęśliwie dotarliśmy do kwatery. Wieczorem zaś wybraliśmy się jeszcze na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów, ale o tym napiszę w kolejnej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część czwarta

poniedziałek, 1 wrzesień 2008

Kiedy się rozpogodziło wybraliśmy się na krótki spacer w okolice Międzyzdrojów. Poszliśmy między innymi na Kawczą Górę (albo Górę Kawczą), której nazwa, nie wiem dlaczego, uparcie kojarzyła mi się z kaczkami, a nie z kawkami. ;) Kawcza góra to punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama na same Międzyzdroje i ich okolice.

Przy okazji tej samej wycieczki odwiedziliśmy Zagrodę Pokazową Żubrów mieszczącą się na terenie Wolińskiego Parku Narodowego. Mieści się ona niedaleko od centrum miasta, więc spacer tam nie wymaga wiele czasu, a jest co oglądać. Oprócz żubrów, które stanowią główną atrakcję tego miejsca, obejrzeliśmy tam też kilka dzików, sarny i orły. Jeden z orłów, o czym dowiedziałem się później, nazywa się Jurand, bo urodził się ślepy. W naturze nie miałby szans na przeżycie, więc korzysta z gościnności WPN. Nie mam pewności, czy orzeł na poniższym zdjęciu to nie jest właśnie ten wspomniany Jurand.

Orzeł w gościnie u żubrów

Orzeł w gościnie u żubrów

Zdjęcie nie jest ostre, bo najwyraźniej aparat uznał, że ciekawszym obiektem jest siatka ogrodzeniowa. Tak podejrzewam, bo zdjęcie nie jest mojego autorstwa. :)

Po wizycie na Kawczej Górze i odwiedzeniu zagrody żubrów nie robiliśmy chyba już tego dnia nic ciekawego, o czym warto byłoby napisać. Warto jednak za to napisać o prawno-handlowej ciekawostce. Otóż dzień, o którym pisałem powyżej, to był 1 maja, czyli od niedawna święto, podczas którego obowiązuje zakaz handlu. Przynajmniej teoretycznie. Ale konia z rzędem temu, kto by znalazł w tym dniu sklep zamknięty na mocy tego przepisu. Co prawda handlować w takich dniach mogą właściciele sami stojący za ladami swoich sklepów albo pracownicy zatrudnieni na ten czas na umowę zlecenie, ale osobiście wątpię, żeby w każdym z  tych sklepów, które widziałem otwarte, miała miejsce jedna z tych sytuacji. Oczywiście ja bynajmniej na tę sytuację nie narzekałem. Przynajmniej nie miałem problemu z zaopatrzeniem się w artykuły spożywcze (komfort zaopatrzenia był tym większy, że jeden ze sklepów mieliśmy piętro niżej). Nasuwa się jednak pytanie, jaki jest sens uchwalenia takiego prawa, które ku zadowoleniu wszystkich i przy milczącej aprobacie odpowiednich służb jest nagminnie obchodzone? Podobno w te święta dyżurują pracownicy Państwowej Inspekcji Pracy, ale myślę, że nie mają wiele pracy. Muszą jednak pracować, bo prawodawca wymyślił, że ktoś inny nie może w tym czasie pracować i trzeba tego dopilnować. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Po zakwaterowaniu postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy. Pomysł był zacny, ale pogoda nam wyjątkowo nie sprzyjała. Już niedługo po przyjeździe zanosiło się na deszcz, ale niebo wstrzymało się z podlewaniem nas. Jednak kiedy już na dobre wyszliśmy z naszej kwatery, nie trzeba było długo czekać na załamanie pogody. Zaczęło najpierw padać, a potem regularnie lać.

Mimo niesprzyjających warunków, a może właśnie dzięki nim, zdecydowaliśmy się zwiedzić kilka atrakcji Międzyzdrojów. Poszliśmy m.in. na molo. Na sam pomost wyszliśmy tylko na chwilę, za to z przyjemnością pospacerowaliśmy sobie po… zadaszonym pasażu, gdzie było ciepło, tłoczno i sucho. :) Zbyt długo tam jednak nie zabawiliśmy, bo ile razy można przejść w tę i z powrotem? Trzeba było znowu wyjść na deszcz.

W poszukiwaniu możliwości spędzenia czasu pod dachem poszliśmy też tego dnia do Oceanarium. Nazwa ta moim zdaniem jest na wyrost. W zoo w moim mieście w pawilonie z rybami jest porównywalnej wielkości kolekcja ryb (może z wyjątkiem jednego, największego okazu, jaki można obejrzeć w Międzyzdrojach – na poniższym zdjęciu).

Mała Rybka

Na dodatek za wstęp liczą tam sobie stawkę zdecydowanie wygórowaną w stosunku do wielkości ekspozycji. Ale jest to forma podatku turystycznego, jaki płaci się na każdym kroku w nadmorskich miejscowościach. My zdecydowaliśmy się go zapłacić licząc na to, że może deszcz w tym czasie przejdzie.

Jeśli dobrze pamiętam, to przed odwiedzeniem Oceanarium weszliśmy do Muzeum Figur Woskowych. Z tej wizyty byłem dużo bardziej zadowolony. Niektóre ze znajdujących się tam woskowych “kopii” przypominały dość wiernie swoje pierwowzory, ale były też i takie, których podobieństwo było dyskusyjne. R. był tak uprzejmy, że zrobił mi zdjęcie, które wrzucę do tej notki, jak tylko będę nim dysponował znajduje się poniżej.

Wielka Szóstka

Wielka Szóstka

Obejrzawszy to, co naszym zdaniem warte było obejrzenia i jednocześnie było zadaszone, postanowiliśmy skontaktować się z B., żeby ustalić, gdzie się podziewa i uzgodnić plan działania na resztę dnia. Okazało się, że B. z przyjaciółmi udała się na bilard do hotelu znajdującego się kawałek drogi od miejsca, gdzie my się akurat znajdowaliśmy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się w tamtym kierunku, a że deszcze nie odpuszczał, a moja kurtka w cudowny sposób nie odzyskała swojego przeciwdeszczowego charakteru, więc ja doszedłem do celu dość mocno przemoknięty.

Na miejscu przywitałem się z B. oraz zapoznałem jej przyjaciół, po czym zdecydowaliśmy z R., że trzeba wypić coś rozgrzewającego. I wbrew pozorom nie był to alkohol. Wzięliśmy kawę i herbatę, którą wypiliśmy siedząc wygodnie na skórzanych kanapach. Na głowy nam nie padało, było ciepło, miło i przytulnie. Mógłbym tam siedzieć godzinami.

Tymczasem deszcz zelżał, a my zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy poszukać miejsca, gdzie można by było zjeść obiad. Poszliśmy z powrotem w kierunku centrum miasta i zakotwiczyliśmy w jednym z barów. Nie pamiętam, co sobie zamówiła reszta towarzystwa, ale ja wziąłem rybę. Zwykle biorę dorsza, więc pewnie i tym razem tak było. Nim dostaliśmy nasze porcje, nim je zjedliśmy, natura zrobiła nam miłą niespodziankę, bo deszcz przestał padać i rozchmurzyło się. Dzięki temu mogliśmy resztę dnia spędzić aktywnie, bo już zapowiadało się, że będziemy siedzieć do wieczora na kwaterze.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog