OWRP 2009 – część dwunasta (Ojców – Łazy)
sobota, 17 Grudzień 2011
Kolejny dzień OWRP zaczął się pogodnie. Sprawnie zwinęliśmy nasze obozowisko i odnieśliśmy bagaże na miejsce zbiórki. Trasa tego dnia wiodła nas tak, jak to widać na obrazku dostępnym pod tym odnośnikiem. Najpierw zeszliśmy z miejsca noclegu do Ojcowa. Ale każde z nas poszło trochę inaczej. No i “na dole” nie udało się nam spotkać.
Ja sądziłem, że trochę przyspieszyłem, więc żeby poczekać na resztę zamówiłem sobie kawę w jednej z ojcowskich gastronomii. Usiadłem przy stoliku na powietrzu w miejscu, gdzie miałem dobry widok na drogę, którą moim zdaniem moi współtowarzysze będą musieli przejść.
Kawa była gorąca, ale piłem ją szybko sądząc, że wkrótce będę się musiał iść dalej, a wolałem nie robić tego z kubkiem kawy w ręku. Picie w marszu z kubka, a zwłaszcza picie gorącej kawy, nie jest tym, co lubię robić. Okazało się jednak, że byłem nieco asekurancki, bo zdążyłem spokojnie dopić kawę, a nikogo się nie doczekałem. W końcu pomyślałem, że może jednak w jakiś sposób to ja zostałem w tyle i nie jestem awangardą naszej grupy, ale jej ariergardą. To pomyślawszy wyrzuciłem pusty kubek i ruszyłem w trasę.
Próbowałem jeszcze wyjaśniać zaistniałą sytuację za pomocą smsów. Nie pamiętam jednak, jak ta sprawa się ostatecznie wyjaśniła. Kojarzę tylko, że na moje smsy nie dostałem od razu odpowiedzi, a jak je już dostałem, to nie miały one znaczenia, bo już szedłem sam swoim rytmem.
Idąc tak doszedłem najpierw do Jaskini Łokietka (a może raczej Groty Łokietka, jak nazwana jest ona na wskazanej stronie). Tutaj spotkałem uczestników OWRP z naszej trasy, chociaż nie moich najbliższych towarzyszy. Razem czekaliśmy na swoją kolej wejścia do jaskini, bo chętnych było całkiem sporo, a przepustowość groty mniejsza niż liczba chętnych do jej zwiedzenia.
Jaskinię wkrótce zwiedziłem, ale nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Nie oznacza to, że nie jest ona ciekawa i niewarta zwiedzenia. Tego bym nie napisał, bo to zależy, co kogo interesuje. Ja akurat nie znalazłem w tej grocie czegoś interesującego, czego bym wcześniej w podobnej formie nie widział, a i legenda o rzekomym pobycie w tej jaskini króla Władysława Łokietka nie zrobiła na mnie wrażenia. Za to dużym plusem tej jaskini, podobnie jak chyba każdej innej, była panująca w niej temperatura: 7-8 stopni to w upalne dni prawdziwa ulga. O ile oczywiście nie obcuje się z taką temperaturą zbyt długo. :)
Ja byłem w jaskini na tyle długo, żeby docenić jej miły chłód i na tyle krótko, żeby nie zaczął on być dla mnie dokuczliwy. Po wyjściu skierowałem się w dalszą drogę, przy której znajdowała się jeszcze jedna jaskinia. Właściwie nie leżała on po drodze, bo musiałem trochę tej drogi nadłożyć, żeby do niej dojść. Ale nadłożyłem i poszedłem ją zobaczyć. Była to Jaskinia Nietoperzowa.
Przy tej jaskini zeszliśmy się w końcu. To znaczy cała nasza silna grupa pod wezwaniem, rozczłonkowana po trasie, spotkała się tam. Nie pamiętam już, czy po zwiedzeniu jaskini na trasę wyszliśmy razem, ale kojarzę, że do Łap na pewno dochodziłem w towarzystwie R. i P.. A to dlatego, że szlak w pewnym momencie powiódł nas przez środek jakiegoś strumienia i pamiętam, że razem żeśmy przezeń brodzili zastanawiając się, jaki obrać kierunek, żeby z niego wyjść tak, żeby nie trzeba go było ponownie forsować w drodze do celu. Pamiętam też, że dzieliłem się po drodze wrażeniami z bytności w Łapach w czasie mojej samodzielnej, samotnej wycieczki na Jurę, którą odbyłem kilka lat wcześniej. Wtedy jednak szedłem w przeciwnym kierunku, a moja trasa tylko częściowo pokryła się z tą, jaką tego dnia zrobiliśmy na OWRP.
Po przejściu wspomnianego strumienia byliśmy już prawie na miejscu. I myślę, że o tym, co było na miejscu, napiszę już w kolejnej notce, bo ta powstawała tak długo i w takich bólach, że nie chcę przedłużać chwili, kiedy ją wypuszczę na świat. :)
