Majówka 2011 (Gniezno) – część szósta
niedziela, 19 Czerwiec 2011
Dzień, który opisuję poniżej, był ostatnim dniem naszej majówki. Postanowiliśmy zacząć go od zwiedzenia katedry w Gnieźnie i obejrzenia słynnych Drzwi Gnieźnieńskich. Za poprzednim podejściem nie udało się to nam, ale tym razem postanowiliśmy twardo szukać tych drzwi, aż je znajdziemy.
Plan dnia mieliśmy nienapięty, dlatego nie spieszyliśmy się z wyjściem. Przed nami ze schroniska wyszła grupa młodzieżowa, która się tam zainstalowała w międzyczasie. Ja sobie spokojnie poszedłem pod prysznic, a potem zjadłem śniadanie, które jednak upłynęło w niezbyt przyjemnej atmosferze. Dosłownie, bo jadłem spowity obłoczkiem tytoniowego dymu. Nie wiem, czy te osoby, które paliły w jadalni, były obsługą grupy młodzieżowej i przyjechały razem z nią, czy były to osoby miejscowe zaangażowane do pomocy. W każdym razie wtedy, kiedy przyszedłem na śniadanie, one akurat oglądały sobie jakieś wiadomości popalając papierosy.
Może powinienem im zwrócić uwagę, ale jakoś nie miałem zapału. Zrobiłem inaczej. W jadalni był zamontowany wentylator, taki podsufitowy z dużymi łopatkami. W taką pogodę, jaka była wtedy, włączanie go nie miało sensu, bo tylko potęgował ziąb panujący w pomieszczeniu. Ale w tej sytuacji, jaką zastałem, był to jedyny sposób, żeby trochę rozrzedzić nieprzyjemną atmosferę. I przy okazji może dać do zrozumienia, że to popalanie może komuś przeszkadzać. W tym przypadku akurat mnie.
Po śniadaniu i odbyciu wszelkich przedwyjściowych rytuałów ruszyliśmy do katedry. Po dojściu na miejsce najpierw zdecydowaliśmy się na wejście na wieżę. Uiściwszy opłatę za bilety zaczęliśmy się wspinać do góry. Gdzieś w 2/3 tej wspinaczki dostałem lekkiej zadyszki. Parłem jednak do przodu i chociaż z każdym wyłaniającym się podestem miałem wrażenie, że ta wieża wydłuża się w trakcie mojego podejścia, nie zatrzymałem się i w końcu znalazłem się na szczycie. Podobnie jak B. i R. Z tego miejsca roztaczał się bardzo malowniczy widok na miasto. Zrobiłem stamtąd m.in. zdjęcie gnieźnieńskiego rynku, które wrzuciłem poniżej.
Po zejściu z wieży zasięgnęliśmy języka, gdzie należy się udać, żeby zobaczyć Drzwi. Poszliśmy tam, gdzie nas skierowano, ale okazało się, że zwiedzanie jest tylko w grupach zorganizowanych z przewodnikiem. Kosztowało to może niewiele, choć uznałem, że jak na obejrzenie jednych drzwi, to nawet sporo. Ale i tak najmniej korzystną okolicznością było to, że za długo musielibyśmy czekać na wejście, bo akurat jakaś grupa weszła. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z oglądania, bo mieliśmy już inne plany na dalszą cześć dnia i jednak szkoda nam było czasu na czekanie.
Zeszliśmy jeszcze jedynie na dziedziniec znajdujący się przed (za?) katedrą. To stąd wygłaszał swoje ostatnie świąteczne orędzie obecny Prymas Polski. Postanowiłem sprawdzić, czy mam odpowiednią aparycję i sylwetkę, żeby piastować tak godną funkcję i poprosiłem moich towarzyszy, żeby mnie uwiecznili na zdjęciu jak paraduję spacerowym krokiem z rękami na brzuchu po ścieżce. Efekt widoczny jest poniżej. Wyraźnie widać, że brakuje mi do pełni szczęścia wielkiego, piwnego bębna, czarnej sukienki z czerwonym pasem, tak samo czerwonej mycki oraz odrobiny biżuterii (np. wielkiego krucyfiksu na grubym łańcuchu na piersi). Ale poza tym prezentuję się całkiem, całkiem. ;)
Kolejnym punktem naszego programu tego dnia był wyjazd do Mogilna. Pojechaliśmy tam pociągiem. Na dworcu czekała nas niespodzianka, jeśli można to tak nazwać. Kilka torów od nas stała nowoczesna elektryczna lokomotywa polskiej produkcji: E6ACT – 001 Dragon. Uwieczniłem ją na zdjęciu, które jest poniżej. To zdjęcie, w przeciwieństwie do pozostałych, jest dość duże, bo nie redukowałem jego rozmiarów tak bardzo, jak w innych przypadkach. Uznałem, że w tym przypadku warto wrzucić duży obrazek.
Na stacji spotkaliśmy sympatycznego gadułę, który widząc nasze zainteresowanie lokomotywą zagadał do nas przedstawiając się jako kolejarz. Ja zwykle nie lubię takich zagadujących nieznajomych, ale ten akurat był dość sympatyczny. No i na szczęście zbyt długo się nie naprzykrzał. Pożegnał nas, kiedy nadjechał nasz pociąg.
W Mogilnie za wiele sobie nie użyliśmy. Pogoda była nieciekawa, bo albo padało albo zbierało się na deszcz i do tego było zimno. Przespacerowaliśmy się jednak po mieści, gdzie m.in. obejrzeliśmy klasztor pobenedyktyński oraz późnogotycki kościół farny pw. św. Jakuba. Oba od zewnątrz, bo oba były zamknięte.
Ponieważ podczas tego zwiedzania trochę zmarzliśmy (sic!) poszukaliśmy sobie przytulnego lokalu, gdzie wypiliśmy, co kto chciał: kawę lub herbatę. Loka był bardzo przytulny i ciepły, bo… włączone było ogrzewanie. Miałem o tym wiedzę z pierwszej ręki, bo siedziałem przy kaloryferze. Aż nie chciało mi się tego przytulnego lokalu opuszczać.
Na późniejszy obiad wróciliśmy do Gniezna. Dość długo wędrowaliśmy od lokalu do lokalu, bo chciałem zjeść porządny obiad jak dzień wcześniej w Żninie. Niestety, takiego lokalu ostatecznie nie znaleźliśmy, a przynajmniej takiego, gdzie ceny byłyby na rozsądnym poziomie. Dlatego ostatecznie wylądowaliśmy w pierogarni, gdzie każde z naszej trójki zamówiło po dwa różne asortymenty pierogów, żeby poznać różne smaki. Oczywiście podzieliliśmy się tak, żeby wszyscy spróbowali wszystkich.
Po obiedzie zrobiliśmy jeszcze zakupy w Kauflandzie. Podtrzymując tradycję tej zimnej majówki zakupiliśmy też butelkę mikstury rozgrzewającej. Początkowo zamierzałem wziąć Balsam Pomorski, ale ostatecznie wziąłem Krupnik i nie żałuję, bo smaczny był i bez problemu wchodził. I podobnie jak poprzednio, do rana ulotnił się z organizmu nie pozostawiając żadnych śladów. Następnego dnia obudziłem się więc rześki i zdrowy. A był to dzień powrotu. Nie poświęcę mu już oddzielnej notki. Napiszę tylko, że był zimny, nieprzyjemny i nie wart wzmianki. :)



