Od tej części opisu OWRP 2008 postanowiłem wyraźnie wyróżnić link do trasy zapisanej za pomocą GPS-u. Teraz będzie wyglądało to tak.

Link do opisywanej trasy w serwisie EveryTrail

Celem naszej wędrówki tego dnia OWRP była Krynica Morska. Jak widać na załączonym zapisie trasy, szliśmy przede wszystkim lasami. Z pewną ulgą opuściliśmy zatłoczone pole w Przebrnie. W opisie poprzedniego dnia zapomniałem dodać, że na tamtym polu odwiedziła nas… telewizja. Telewizja turystyczna, czyli ktoś z organizatorów rajdu z kamerą. Kilka osób posadzili po kolei w plastikowym fotelu i nagrywali ich wypowiedzi niekoniecznie na temat samego rajdu. Byliśmy świadkami jak wspomniany przy okazji wymarszu z Mikoszewa znajomy R. i P. z poprzedniego OWRP, którego nazwę tutaj TM, ze swadą opowiadał, że chodzi na OWRP od dwudziestu kilku lat z kilkuletnią przerwą. Mieliśmy z tej zasłyszanej kwestii niezły ubaw do końca rajdu, ale żeby zrozumieć, dlaczego nas to bawiło, trzeba by poznać samego TM i zobaczyć go na rzeczonym filmie. :)

Do Krynicy doszliśmy bardzo szybko, bo też i trasa nie była zbyt długa. Nocleg tym razem znów zaplanowany został jako podwójny. Duża liczba podwójnych noclegów jedna z wielu zalet tego OWRP. Warunki były zróżnicowane. Nie można było narzekać na ciasnotę, bo teren przydzielono nam rozległy. Na tyle rozległy, że po rozłożeniu namiotów nie mieliśmy w zasięgu wzroku wszystkich uczestników, a między nami a sąsiadami było co najmniej kilkanaście metrów wolnej przestrzeni. Ale już warunki higieniczne były mniej luksusowe. Były co prawda nawet prysznice i to nawet z ciepłą wodą, ale tylko dwa i cieszyły się z racji tego sporym powodzeniem. Zresztą woda była podgrzewana elektrycznie, wskutek czego albo była ciepła, albo leciała przyzwoitym strumieniem. Kibelki były typu toi-toi, ale w takim oddaleniu do umywalni i na dodatek nie po drodze do namiotów, że żeby po skorzystaniu z ubikacji umyć ręce trzeba było pielgrzymować spory kawałek.

Po rozłożeniu namiotów postanowiliśmy coś zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. Przede wszystkim R. zdecydował, że musi iść dopełnić niedzielnych obrzędów religijnych. Przyłączyłem się, chociaż takich potrzeb nie odczuwam. Odsiedziałem godzinę, wysłuchałem kazania i ruszyliśmy dalej. Odwiedziliśmy m.in. latarnię morską. Nie pamiętam, jaka była dalsza kolejność zdarzeń, ale tego samego dnia poszliśmy jeszcze zobaczyć Wielbłądzi Garb. To miejsce zareklamował nam kierownik trasy i zapewnił, że wejście na ścieżkę prowadzącą na tę największą wydmę jest dobrze oznaczona. Podobno niedługo wcześniej sam malował tam białą, dużą literę “W”. No to poszliśmy.

Do dziś nie wiem, czy udało nam się na ten Wielbłądzi Garb wejść, czy nie. Błądziliśmy w okolicy, w której spodziewaliśmy się go znaleźć i ze dwa razy zawracaliśmy. W końcu weszliśmy na jakąś górę, ale wcześniej żadnej białej, wyraźnej litery “W” nie widzieliśmy. Przez jakieś krzaki i zarośla dotarliśmy na szczyt wzgórza, które według mnie było tym reklamowanym Wielbłądzim Garbem, choć pewności do dziś nie mam. Nieco wkurzeni wróciliśmy do Krynicy. Ja po drodze widziałem jeszcze stadko dzików z młodymi kilkadziesiąt metrów od nas. Myślałem, że R. też je widzi, więc mu ich nie pokazywałem, ale potem okazało się, że nie widział. Ale nie szkodzi. Nie było to nasze jedyne spotkanie z tymi zwierzętami.

Tego samego dnia zjedliśmy w Krynicy obiad. I tu muszę napisać, że Krynica nie jest przyjazna dla kieszeni turysty. Obiad był raczej marny, niezbyt syty, długo trzeba było nań czekać i na dodatek mocno zabolał nasze kieszenie (a zwłaszcza w porównaniu do ilości tego, co nam zaserwowano). Nie pamiętam, jak się nazywał ten lokal (jeśli lokalem można to nazwać), ale było to na jakimś statku. Statek ten wyglądał ciekawe i to nas skusiło, ale po obiedzie pomyślałem sobie, że moja noga więcej tam nie postanie. Zwłaszcza, że kibelek było dodatkowo płatny i cena jak na tę usługę, była kosmiczna. O obsłudze napiszę tylko, że składała się głównie z jakichś mało rozgarniętych małolat (na oko to było wczesne gimnazjum), które w ogóle nie sprawdzały się w pracy, jaką im powierzono.

Żeby jakoś zagospodarować resztę czasu, który mieliśmy tego dnia, pochodziliśmy trochę po mieście. Wcześniej jeszcze, chyba nawet jeszcze w drodze do kościoła, usłyszałem, jak ktoś woła mnie po imieniu. To znaczy nie byłem pewien, czy mnie, ale imię było moje i ta osoba wyraźnie do mnie się nim zwracała. Jedno, czego byłem pewien, to to, że na pewno nie był to nikt z naszej trasy, a więc ktoś, kto przyjechał do Krynicy na wypoczynek. Byłem tak ciężko zdziwiony, że ktoś mnie rozpoznał (byłem nieogolony; ubrany w kurtkę i spodnie wojskowe; z dala od miejsc, gdzie można się mnie spodziewać), że na przyjazne “cześć” pod moim adresem odpowiedziałem odruchowo “cześć” i wciąż nie mogąc wyjść ze zdumienia poszedłem dalej. Okazało się dużo później, że to była moja koleżanka ze studiów doktoranckich D. Fakt, że nie widzieliśmy się kawałek czasu. No i do tego właściwie się nie spotkaliśmy, ale tylko widzieliśmy będąc może pięćdziesiąt, a może i sto metrów od siebie. I chyba dlatego jej nie poznałem i do końca OWRP, a nawet dłużej, co jakiś czas łamałem sobie głowę, kto to był? Sprawa wyjaśniła się pod koniec wakacji, kiedy D. napisała do mnie na NK, że się obraziła, że jej wtedy nie poznałem. Mam nadzieję, że jednak żartowała.

Więcej ciekawych sytuacji z tego dnia nie pamiętam. Zdjęć też nie będę wrzucał do tej notki, choć jakieś by się znalazły. Na tym też kończę opis dnia 13 lipca 2008 r. Następny dzień opiszę w kolejnej notce.

Leave a Reply