Dzień kolejny OWRP, czyli 12 lipca, rozpoczął się tradycyjnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pogoda dopisała. A nawet była nieco za dobra, bo dla piechura dobrze jest, kiedy w lecie słońce chowa się czasem za chmury. Uważam nawet, że może się schować na dobre, jeśli tylko nie będzie padało. Trasa, jaką przeszliśmy tego dnia, zilustrowana jest pod tym linkiem. Widać na niej wyraźnie, że najpierw szliśmy do oporu na wschód, a kiedy dalsza wędrówka w tym kierunku stała się niemożliwa, odbiliśmy na północ.

Na wschód parliśmy tak długo, jak się dało. A w miejscu, gdzie trzeba było już dokonać zwrotu, żeby nie zabrnąć do wody, poprosiliśmy P., żeby zrobił nam zdjęcie (wrzucone poniżej). To był najbardziej wysunięty na wschód kawałek tzw. Kobylej Kępy. Miejsce to było tak urokliwe, ciche i spokojne, że zawsze kiedy oglądam zrobione tam zdjęcie, sam nasuwa mi się jego tytuł jako “Gdzieś na krańcu świata…”. Jego oglądanie u innych nie budzi taki skojarzeń, ale ja jestem bogatszy o wspomnienie z okoliczności jego powstania.

Na krańcu świata...

Na krańcu świata...

Zanim doszliśmy do lokalnego “krańca świata”, napotkaliśmy reklamę pola namiotowego. Jeśli wierzyć tej reklamie, to pole to miało oferować luksus porównywalny tylko z najlepszymi w tej klasie obiektami. Zdziwiłem się, że pole namiotowe tej klasy znajduje się w tak mało uczęszczanej okolicy. Pomyślałem, że to może jakieś zakamuflowane miejsce wypoczynku znanych i bogatych, którzy nie lubią tłoku, ale cenią luksus. Rzeczywistość okazała się banalna. Kiedy reklamowane pole ukazało się naszym oczom, żałowałem, że nie zrobiliśmy wcześniej zdjęcia jego reklamy. Konfrontacja reklamy i rzeczywistości była tak zabawna, że mało nie usiadłem ze śmiechu. Niestety, opisać się tego nie da, a nie mając zdjęć nie mogę tego pokazać. Trzeba wierzyć na słowo albo wybrać się w te okolice i zweryfikować mój osąd. :)

Kolejnym ważnym przystankiem na naszej trasie były Kąty Rybackie. Tutaj odwiedziliśmy jakiś kościół (R. pewnie lepiej pamięta, jaki) i kupiliśmy sobie gofry, żeby zaspokoić pierwszy głód. Kościół był o tyle ciekawy, że pod stropem wisiała w nim łódź. Co widać na poniższym zdjęciu.

Łódź w kościele pod sufitem

Łódź w kościele pod sufitem

Spotkaliśmy tutaj też chyba najstarszą uczestniczkę naszego rajdu, która wspomagała się w drodze rowerem. R. nawet uwiecznił ją na zdjęciu z tym rowerem, ale po namyśle zdecydowałem się tego zdjęcia tutaj jednak nie wrzucać. Pani H., bo taki jest skrót od jej imienia, wzbudzała we mnie uczucia ambiwalentne. Zaliczała się raczej do grona “ciotuń”, czyli osób wzbudzających z definicji irytację, choć w jej przypadku to się prawie nie sprawdzało. Ze względu na zaawansowany wiek i samodzielność, jaką zadziwiała, wzbudzała szacunek i uznanie. Podobnie z racji wieku, i związanych z tym pewnych zachowań, wzbudzała też rozbawienie. Ogólnie była (i pewnie jest, bo w tym roku widziałem ją na zakończeniu OWRP) osobą wzbudzająca we mnie więcej sympatii niż antypatii. Przyznam, że chciałbym w jej wieku mieć tyle samozaparcia, żeby jeździć na OWRP. Chciałbym zresztą w ogóle takiego wieku dożyć, co przy moich obciążeniach rodzinnych takie pewne nie jest. :)

Wracając na trasę warto napisać, że w Kątach Rybackich odwiedziliśmy Muzeum Zalewu Wiślanego. Ekspozycja była dość ciekawa, ale najbardziej przyciągnęła moją uwagę łódź zrobiona z patyków. Bardzo mi się ten “wyrób”, będący pracą dyplomową Dominika Kotarby z gdańskiej ASP, spodobał. Podziwiam cierpliwość autora. Do tego stopnia, że sam nabrałem ochoty, żeby coś takiego zrobić. :) Jak ktoś chce sobie o tym nieco więcej przeczytać, to zapraszam do kliknięcia na ten link. Poniżej jest zdjęcie tej łodzi zrobione przez R.

Łódź z patyków

Łódź z patyków

W Kątach zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Ja, jeśli dobrze pamiętam, wziąłem rybę, a R. skusił się na golonkę. Nie przewidział tylko, że będzie ona taka wielka i tak poważnie obciąży jego żołądek i budżet. Zarówno budżet, jak i żołądek zniosły jednak to obciążenie dzielnie. Mój żołądek i budżet został mniej obciążony, bo dorsz, którego zamówiłem, nie był zbyt wielki, a za to był bardzo smaczny. Po obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę, która nie obfitowała już w jakieś ciekawe zwroty akcji. Tak doszliśmy powoli do Przebrna, gdzie mieliśmy zaplanowany kolejny nocleg.

Ten nocleg był zaplanowany chyba w najmniej komfortowych warunkach. Po pierwsze było tak ciasno, że stawialiśmy namioty niemal na styk. Nie dało się wyznaczyć żadnych “tras przelotowych”, które pozwalają nie wchodzić ludziom na “podwórka”. Po drugie warunki sanitarne były tak kiepskie, że niektórzy chodzili za potrzebą do pobliskiego lasu, bo trzy plastikowe sraczyki miały za duże powodzenie. Jako umywalnia służył szlauch z zimną wodą, który na dodatek nie miał zaworu na końcu, przez co mieliśmy co jakiś czas widok na scenki prawie kabaretowe pod wspólnym tytułem “poskramianie węża (ogrodowego)”. Rozbiliśmy się najbliżej sanitariatów, bo dalej brakowało już miejsca, więc widok mieliśmy najlepszy. Na poniższym zdjęciu jest widok odwrotny. Spod kibelków na pole późnym wieczorem.

Przebrno, wieczorny widok na pole namiotowe

Przebrno, wieczorny widok na pole namiotowe

Mimo ciasnoty i pionierskich warunków duch nasz nie upadał. W końcu to miał być tylko jeden nocleg, a z drugiej strony te warunki, w porównaniu ze znanymi tylko z opowieści pierwszymi OWRP, nosiły znamiona luksusu. W każdym razie w dobrym zdrowiu i humorze dotrwaliśmy do rana, kiedy wyruszyliśmy w dalszą drogę, o czym napiszę w kolejnej notce.

Leave a Reply