OWRP 2008 – część dziewiąta (Mikoszewo – Sztutowo)
niedziela, 26 lipiec 2009
Na kolejny dzień OWRP 2008 mieliśmy zaplanowane przejście z Mikoszewa do Sztutowa. Trasa nie była długa, więc nie trzeba się było zrywać z karimat wczesnym rankiem. Spakowaliśmy się i zwinęliśmy namioty bez pośpiechu, jak na turystów z pewnym, ale jeszcze nie za długim, stażem przystało.
W okolicy wyjścia natknęliśmy się na znajomego uczestnika OWRP, zaawansowanego wiekiem i tuszą, który usiłował dowiedzieć się, kiedy będzie miał najbliższy pociąg do Sztutowa. Piszę “znajomego turystę”, choć właściwie na takim rajdzie wszyscy dość szybko stają się znajomymi z widzenia (chociaż jeśli trasa liczy ponad 100 osób, to czasem nie wszystkich się kojarzy nawet pod koniec). Tym razem był to jednak bliższy znajomy P. i R. z poprzedniego Rajdu, na którym mnie nie było, a ww. był tam kierownikiem trasy.
Skoro poruszyłem temat podwożenia, to przyznam przy okazji, że z początku mnie to podwożenie się innych uczestników irytowało. Źródła mojej irytacji były dwojakie. Po pierwsze podwożący się zwykle docierali na miejsce pierwsi i zajmowali lepsze miejscówki na noclegowisku. Po drugie uważałem, że skoro impreza ma w nazwie “Rajd Pieszy” to podwożenie się jest nie na miejscu i daje demoralizujący przykład. Z czasem jednak moje podejście złagodniało. Z wielu względów, ale niekoniecznie z takiego, że i mnie się sporadycznie zdarza gdzieś podjechać. Znów wymienię dwa najważniejsze powody. Po pierwsze dlatego, że przyjąłem do wiadomości, że na OWRP nie każdy przyjeżdża po to, żeby się nachodzić, bo jest to tak zacna impreza, że czasem przyjeżdża się na nią dla samego towarzystwa, jakie tu można spotkać. Po drugie zaś dlatego, że kiedyś R. i B. (a może i ja przy tym byłem, ale nie kojarzę) przyłapali najbardziej ortodoksyjną turystkę pieszą na tym, jak podjeżdżała autobusem, choć wcześniej zarzekała się, że ona tego nigdy nie robi. Generalnie podwożenie się na OWRP to taka szara strefa. Prawie każdy kiedyś gdzieś podjechał, ale są i tacy, co twierdzą uparcie, że wszystko pokonują na własnych nogach, jak i tacy, którzy wcale nie kryją, że się wożą. Ja jestem w tej kwestii raczej ortodoksem, ale tolerancyjnym dla słabości cudzych i własnych w tej materii.
Trochę odbiegłem od tematu, więc żeby łatwiej do niego wrócić wrzucam tradycyjnie link do trasy. Po zapoznaniu się z nim można dojść do wniosku, że szczególnie obfity we wrażenia i atrakcje krajoznawcze ten dzień nie był. I o ile pamiętam, tak właśnie było. Większość trasy prowadziła przez las. Z tego lasu tylko raz wyszliśmy. W Stegnie. Wyszliśmy, żeby zrobić zakupy w sklepie (zdaje się, że chciałem m.in. zaopatrzyć się w baterie do GPS-a). Urządziliśmy tam sobie też mały popas na dworcu PKS.
Popas ten wyglądał nieco zabawnie, przynajmniej według mnie. Wszędzie dookoła ludzie z bagażami lub bez spieszący na autobus, sprawdzający odjazdy i ogólnie w ruchu, a my w samym środku tego zamieszania siedzimy sobie na ławce i raczymy się drugim śniadaniem. Ja może jakoś tego specjalnie nie celebrowałem, ale R. wyciągnął deseczkę, ściereczkę i zaczął kroić chleb. Potem do tego dokroił coś na chleb i z tą deseczką i ściereczką na kolanach razem z P. powoli delektował się jedzeniem. Pamiętam, że ubawił mnie ten kontrast naszego posiłku z tym, co się działo dookoła nas. Pewnie w innych okolicznościach nie przyszło by mi do głowy urządzić sobie posiłek na ławce na dworcu PKS (chociaż na ławce na osiedlu bodajże w Puławach, kiedy byłem tam z A. na krótkim wypadzie, zrobiliśmy sobie kiedyś podobne śniadanie). Ale na OWRP nie takie rzeczy się robi.
Po konsumpcji posprzątaliśmy po sobie dokładnie, bo ambicją każdego turysty powinno być, aby nie pozostawić po sobie żadnego bałaganu, a już zwłaszcza śmieci. Potem zaszyliśmy się w las i szliśmy nim aż do Sztutowa, które zresztą nazywaliśmy z niemiecka Stutthof. Zbliżając się miejscowości natknęliśmy się w lesie najpierw na mogiłę w miejscu zbiorowych egzekucji więźniów, a potem na płot okalający teren dawnego obozu. Zbyt wiele zza tego płotu nie zobaczyliśmy, ale następnego dnia mieliśmy przewidziane zwiedzanie, więc nie paliliśmy się do odwiedzenia terenu obozu jeszcze tego samego dnia. Bardziej interesowało nas, jak będą wyglądały warunki sanitarne na noclegowisku.
I tutaj czekała nas bardzo miła niespodzianka. Nocleg tym razem wyznaczono na terenie wokół szkoły, a tam czekały nas same dobre wiadomości. Po pierwsze dużo miejsca na rozłożenie namiotów, po drugie gleba przyjazna namiotowym szpilkom i po trzecie, najważniejsze, mnóstwo pryszniców z ciepłą wodą. Jeśli dobrze pamiętam, to po 4 na każdą płeć. Z tej radości po rozłożeniu namiotu od razu poszedłem skorzystać z natrysku, choć to było dopiero wczesne popołudnie. Pewną niewielką niedogodnością było to, że po sąsiedzku z terenem naszego noclegu znajdowały się tory kolejki, o której wspominałem wcześniej, bo tutaj kolejka ta kończy bieg i skład zawraca. Ale ponieważ jeździ tylko w dzień i do tego dość wolno, więc nie było problemu z hałasem.
Trasa do Sztutowa była dość krótka i szybko ją przeszliśmy (na dodatek byliśmy jednymi z pierwszych na mecie), więc trzeba było pomyśleć, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. Ponieważ zbliżała się pora obiadu, postanowiliśmy poszukać lokalu, gdzie można by go skonsumować. Z tym było gorzej, bo zeszliśmy chyba pół Sztutowa, zanim po zrobieniu pętli znaleźliśmy miejsce, gdzie zdecydowaliśmy się coś zjeść. Nie było to może miejsce szczególnie nam odpowiadające, bo menu przypominało to, jakie się spotyka w ulicznych budkach, ale jeść trzeba, a człowiek głodny nie wybrzydza. W międzyczasie popsuła się jeszcze pogoda, więc summa summarum dobrze rozpoczęty dzień mając się ku schyłkowi nieco się popsuł.
Jeszcze chyba tego samego dnia R. wpadł na pomysł, żeby się wykąpać w morzu. Mnie ten pomysł do gustu nie przypadł, ale R. to nie zraziło i razem z P. poszli na poszukiwania wody. Jeśli dobrze pamiętam, to ją znaleźli, ale pogoda nie zachęcała do kąpieli i nie skorzystali. Zajęła im jednak ta wyprawa sporo czasu.
Myślę, że opisałem wszystko, co było tego dnia warte opisania. Jeśli coś mi się przypomni lub o czymś przypomni mi R. po lekturze tej notki, to ją uzupełnię. A jeśli nie, to kolejny dzień znajdziecie w kolejnej notce.






