OWRP 2008 – część ósma (Sobieszewo)
czwartek, 2 lipiec 2009
Po dojściu do czegoś na kształt centrum Sobieszewa zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zastanowić się, co dalej. R. Zaproponował, żebyśmy poszli obejrzeć rezerwat “Ptasi raj” na zachodnim skraju Wyspy Sobieszewskiej. Nie oponowałem i po chwili odpoczynku, podczas której R. robił różne zdjęcia, ruszyliśmy dalej na zachód.
Idąc trafiliśmy chyba na finał jakiegoś wypadku. I teraz pamięć płata mi figla, bo nie pamiętam w tej chwili, czy naszą uwagę zwrócił lecący i lądujący w pobliżu śmigłowiec, czy raczej jadący do niego na sygnale samochód straży najprawdopodobniej pożarnej. Wysilam pamięć i nie mogę sobie przypomnieć. Ale mniejsza o to. Zamiast rozstrzygnięcia, będzie zdjęcie.

Śmigłowiec w Sobieszewie
Pogapiwszy się jak rasowe gapie na śmigłowiec i to, co się działo wokół (a działo się po prawdzie niewiele) poszliśmy dalej. Wkrótce weszliśmy na jakąś ścieżkę dydaktyczną, którą ktoś odznaczający się najwyraźniej bogatą fantazją znakował pomarańczową kaczką. Spacer był bardzo przyjemny i gdybym się lepiej znał na ptakach, to byłby także na pewno i ciekawy, a także miałby walory poznawcze. Ale ponieważ moja wiedza z zakresu ornitologii, czy też zwykłego “ptakoznawstwa”, jest uboga, więc na wieżach widokowych po prostu patrzyłem na wodę i kontemplowałem widoki. Ptaki też, ale jako element całości. Przy tej okazji R. zrobił kilka zdjęć, a także nam zrobiono zdjęcia. Oto trzy wybrane spośród nich.
Na pierwszym widać mnie w towarzystwie P. Jesteśmy na jednej z wież widokowych.

Ptasi Raj, na wieży widokowej
Na drugim widać jakieś ptactwo i dużo wody.

Ptactwo nawodne
A na ostatnim ze zdjęć R. próbował złapać łódkę z bardzo kolorowym żaglem. I, jak widać, udało mu się. :)

Łódka, ale nie Bols
Po obejrzeniu ptasiego raju wróciliśmy do centrum Sobieszewa, żeby coś zjeść, ale nie tylko. Ja na pewno zjadłem na obiad rybkę, a co moi współtowarzysze, tego nie pamiętam. Oczywiście do obiadu było piwko w rozsądnych ilościach i tylko dla pełnoletnich.
Posileni ruszyliśmy do miejsca naszego noclegu. Początkowo miałem pomysł, żeby dojść tam tak, aby w sumie tego dnia obejść dookoła wyspę, ale kiedy podliczyłem, ile kilometrów już przeszliśmy i ile by nam jeszcze zostało do przejścia, zrezygnowałem. Alternatywą niestety był asfalt i dość ruchliwa droga. Właściwie jest to ulica i to z nazwą, ale mimo to w pewnym momencie urywa się wzdłuż niej chodnik i zaczyna się wątpliwa przyjemność chodzenia poboczem. R. w pewnym momencie mocno nas odsadził tak, że peleton nam się zdekompletował.
Jeden ze skutków tego zdekompletowania był dość nieprzyjemny. W pewnym momencie, gdzieś na tym etapie, kiedy wzdłuż drogi pojawił się znowu chodnik, z autobusu, który zatrzymał się niedaleko mnie, wysiadło jakieś wesołe towarzystwo nastolatków. Ich wesołość była z gatunku hałaśliwo-zaczepnych. Minęli mnie ograniczając się do powiedzenia “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że bynajmniej nie mieli zamiaru przyjaźnie mnie pozdrawiać. Odpowiedziałem i “dzień dobry” tonem, który wskazywał, że ich intencje właściwie odczytałem i choć nie chcę zwady, to jestem przygotowany na taki scenariusz. Myślę, że to oraz dodatkowo pokaźnych rozmiarów nóż, który akurat tego dnia miałem przymocowany do paska, zdecydowało, że mnie więcej nie zaczepiali.
Kilkadziesiąt metrów za mną szedł P. Pomyślałem sobie, kiedy to towarzystwo mnie minęło, że młody z wyglądu P. nie zainteresuje ich jako potencjalna ofiara, bo takie bydlątka raczej nie zaczepiają dużo młodszych od siebie. Przez krótką chwilę przeszła mi nawet przez głowę myśl, żeby dla upewnienia się w swoich rachubach odwrócić się, ale uznałem, że się nie mylę i szkoda na to czasu. I to był błąd. Okazało się później, że te szczeniaki się jednak do P. przyczepiły. Nie ucierpiał na szczęście fizycznie, ale na pewno ucierpiała jego miłość własna i poczucie bezpieczeństwa. Trochę się za to winiłem, ale prawdę mówiąc bardziej byłem zły na R., że dał długą do przodu i zostawił brata. Co prawda gdybym się zorientował, że coś jest nie tak, to bym wrócił, żeby pomóc P., ale to przecież chyba brat powinien się przede wszystkim zająć bratem.
Powiedziałem o tym R., kiedy się już spotkaliśmy na noclegowisku. A byliśmy tam przed nim, bo mimo iż wyrwał do przodu, to tuż przy promie zaszedł do sklepu. Nie zdążył przez to na najbliższy kurs promu, na który zdążyliśmy dojść my dwaj. Wracając do rozmowy z R., to później doszedłem do wniosku, że tak jak nie piszę się na to, żeby być opiekunem P. na tym OWRP, tak samo nie powinienem być sumieniem R. W końcu to powinna być sprawa między nimi. Ja zaś mogę sobie zarzucić to, że nie posłuchałem cichego głosu wątpliwości w mojej głowie i nie odwróciłem w odpowiednim momencie. Na szczęście skutki tego incydentu nie były poważne, choć z drugiej strony siniaki na psychice goją się dłużej niż te na ciele. :)






