OWRP 2008 – część siódma (Mewia Łacha)
piątek, 15 maj 2009
Kolejnego dnia OWRP mieliśmy zaplanowany nocleg w tym samym miejscu. To oznaczało, że rano odpadały nam czynności związane z pakowaniem się, zwijaniem namiotu, itp. Można było więc spokojnie wstać, zjeść śniadanie i coś sobie zaplanować na dzień cały.
Nie pamiętam już zbyt dobrze, co nam na ten dzień zaproponowało kierownictwo trasy, ale R., który się dobrze sprawdza w robieniu planów, zaproponował, żebyśmy ruszyli na drugą stronę Przekopu Wisły doszli do rezerwatu ptaków Mewia Łacha, a potem wzdłuż wybrzeża doszli do Sobieszewa.
Pomysł mi się spodobał, więc taki też plan zaczęliśmy realizować. Zaczęliśmy od przeprawy promem na drugą stronę Przekopu. Na poniższym zdjęciu jestem z P. na promie.

Na promie do Sobieszewa
Po zejściu z promu złapaliśmy szlak i ruszyliśmy na północ. Idąc szlakiem w pewnym momencie wybraliśmy chyba złą odnogę na jakimś skrzyżowaniu, bo po pewnym czasie znaleźliśmy się w szuwarach tuż nad Wisłą. Szliśmy tak jeszcze jakiś czas przed siebie mając w pewnym momencie wrażenie, że za chwilę dojdziemy do końca stałego lądu, po czym jednak zdecydowaliśmy się zawrócić. Szliśmy początkowo po własnych śladach, ale przegapiliśmy miejsce, w którym zeszliśmy wcześniej z drogi w szuwary i tak szuwarami poszliśmy dalej, aż czegoś na kształt malutkiego nabrzeża skąd można było zejść na jakąś sensowniejszą drogę i ruszyć na zachód. Zanim jednak zeszliśmy z szuwarów R. zrobił nam zdjęcie na tle znaku wskazującego, na którym jesteśmy kilometrze od źródła rzeki. To zdjęcie jest poniżej. Muszę przyznać, że świetnie na nim wyszły te zarośla za nami. Lepiej niż my dwaj (znaczy ja i P.)

W drodze z Mewiej Łachy
Jak błądziliśmy, można zobaczyć tutaj, choć GPS nie pokazuje na tyle dokładnie naszej drogi, żeby można było rozróżnić, kiedy szliśmy szuwarami, a kiedy drogą. Za to warto obejrzeć sobie ślad na zdjęciach satelitarnych, które dla tego kawałka Polski mają naprawdę niezłą rozdzielczość. Udało mi się na nich nawet znaleźć z dokładnością do kilkunastu metrów miejsce, gdzie rozbiliśmy namioty. :)
Kiedy uznaliśmy, że Mewią Łachę mamy już zaliczoną, postanowiliśmy zrealizować dalszy ciąg planu dnia. Niestety, wkrótce po tym, jak skręciliśmy na zachód zaczęła się psuć pogoda. Zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Zrobiło się nieprzyjemnie. Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy iść wybrzeżem, ale drogą prowadzącą wzdłuż niego, która była zasłonięta lasem. To, po czym szliśmy, nie było chyba zresztą nawet drogą, ale jakimś kanałem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Co jakiś czas z tego kanału wyprowadzone były studnie. Kilka z nich było odkrytych i próbowaliśmy do nich zajrzeć. Jednak to, co dało się zobaczyć, nie pozwoliło nam dociec, co to była za budowla.
Jak widać na śladzie z odbiornika GPS, w pewnym momencie zeszliśmy z naszej trasy i wyszliśmy nad morze. Niezawodny R. uwiecznił ten moment na zdjęciu.

Sobieszewo - nad morzem
Niedługo potem weszliśmy głębiej w las i za czas jakiś doszliśmy do Sobieszewa. Żeby było ciekawiej, akurat kiedy doszliśmy do czegoś na kształt centrum, pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i zaczęło nas grzać. A co było dalej, o tym w następnej notce.






