OWRP 2008 – część pierwsza (prolog)
piątek, 6 marzec 2009
Trasa, na którą zapisałem się w ramach OWRP 2008 zaczynała się w Malborku. Musiałem się zatem jakoś do tego Malborka dostać, ale jak dokładnie przebiegła ta podróż, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miałem nadzieję, że spotkam się z R. gdzieś po drodze (potem okazało się, że było to niemożliwe, ale może będzie okazja o tym jeszcze napisać). Za to dość dobrze pamiętam, że wysiadłem w Malborku z tobołami i bagażem wspomnień, jakie wiązały się z tym miastem: m.in. pewnym jednocześnie przykrym i miłym przeżyciem. Przykrym dla kogoś, kto był mi wtedy bliski, ale paradoksalnie zaowocowało to czymś przyjemnym dla mnie (nie była to jednak radość z cudzego nieszczęścia).
Tak więc wysiadłem z pociągu na znajomym dworcu i trochę bezradny (z racji ówczesnego stanu mojej psychiki) z mapką w jednej ręce i z odbiornikiem GPS w drugiej starałem się ustalić, gdzie powinienem skierować swoje kroki. Wahałem się między dwoma postawami: z jednej strony chciałem uważać, że Malbork znam na tyle dobrze, że mogę się w nim odnaleźć bez sięgania po mapy i podobne pomoce; z drugiej czułem, że to, co napisałem wcześniej nijak ma się do otaczającej mnie rzeczywistości. W końcu poszedłem na kompromis, czyli stanąłem przed planszą z planem miasta i próbowałem wykoncypować, jak trafić na obozowisko.
Oszczędzając czytelnikom szczegółów odnajdywania drogi napiszę, że na miejsce trafiłem, choć w jednym momencie bliski byłem zbłądzenia. Ostatecznie przekroczyłem bramę ośrodka, gdzie rozłożyła się moja trasa i pierwszą spotkaną osobę zapytałem, gdzie jest kierownictwo trasy. Skierowany we właściwe miejsce dopełniłem wszelkich formalności, po czym zacząłem się rozglądać za jakimś miejscem na rozbicie się. Stroniłem do ludzi, więc wybrałem sobie miejscówkę, która była jednocześnie blisko kierownictwa i kibelków, a z drugiej strony wystarczająco daleko od innych uczestników.
Rozłożyłem namiot i położyłem się w środku czekając na R. oraz P., którzy już mieli być w drodze. I byli. Razem z niespodzianką. Dotarli na miejsce obozowania niedługo po mnie. Ale zanim mnie znaleźli, dostałem SMS-a od B. z pytaniem, czy jestem na lewo, czy na prawo od bramy. Przez naprawdę krótką chwilę pomyślałem, że musiała mnie z kimś pomylić. Wiedziałem, że z przyczyn obiektywnych miało jej nie być na tym OWRP, więc potraktowałem w pierwszej chwili ten SMS jako wysłany pod niewłaściwy adres, ale zanim odpowiedziałem w tym duchu w mojej głowie pojawiła się myśl, że ta szalona kobieta rzeczywiście przejechała kawał Polski, żeby się tutaj zjawić. Rzeczywistość okazała się być nieco bardziej skomplikowana, ale o tym później.
Odpisałem, zgodnie z prawdą, że jestem po lewej stronie od bramy. Za chwilę już witaliśmy się serdecznie, a ja miałem dosłownie łzy w oczach (no cóż, w depresji człowiek wyjątkowo łatwo się rozczula). Po wymianie uprzejmości R. poszedł się zameldować na biwaku, a ja zamieniłem kilka słów z B. Potem R. z P. wzięli się za rozstawianie namiotu. Tego ich nabytku jeszcze nie widziałem. Trzyosobowy namiot z obszernym przedsionkiem na tle mojej “czołgopodobnej” jedynki (choć formalnie dwójki) prezentował się imponująco. Ale taki namiot nadaje się na imprezy takie jak OWRP, gdzie bagaże wrzuca się na pakę i chodzi się z niewielkim plecakiem. Na imprezę samodzielną z takim namiotem na grzbiecie nie chciałbym się wybrać. :)
Przyczyna obecności B. w Malborku wyjaśniła się dość szybko. Otóż razem z R. i P. wybrali się do Mrągowa na Mazurską Noc Kabaretową. Potem R. namówił ją, żeby przyjechała z nimi do Malborka choćby na inaugurację OWRP. Długo się nie dała namawiać i w ten sposób stawiła się na starcie.
Po opadnięciu pierwszych emocji, rozstawieniu namiotów, dopełnieniu obowiązków meldunkowych i tym podobnych stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z tak dobrze rozpoczętą końcówką dnia. Stanęło na tym, że B. zostaje na noclegowisku, żeby odpocząć, a nasza trójka idzie na miasto.
Poszliśmy oczywiście do największej atrakcji Malborka, czyli do zamku, aby tam obejrzeć widowisko typu światło-dźwięk, które odbywa się od lat według tego samego scenariusza. Widziałem to widowisko już co najmniej raz sześć lat wcześniej, kiedy jechałem na rowerze do Władysławowa. Jeden z naszych noclegów wypadł wtedy właśnie w Malborku i oczywiście udaliśmy się na zamek. Tym razem jednak też poszedłem. Dla towarzystwa, za którym się stęskniłem.
Po obejrzeniu, a właściwie głównie odsłuchaniu widowiska poszliśmy jeszcze w miasto. Jeśli dobrze pamiętam, to w celu uzupełnienia zapasów gotówki. Wreszcie dość późno w nocy, ale jeszcze przed północą wróciliśmy do naszych namiotów. Na mnie w namiocie czekała niespodzianka w postaci B., która postanowiła się w nim zdrzemnąć. Dłużej jednak nie mogłem jej gościć, bo moje warunki lokalowe na to nie pozwalają. Dlatego B. na noc poszła do R., którego namiot trzy osoby mieści zapewniając im, jak na warunki namiotowe, spory komfort.
I tak zakończył się dzień pierwszy OWRP 2008.






