Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część trzecia
sobota, 9 sierpień 2008
Po zakwaterowaniu postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy. Pomysł był zacny, ale pogoda nam wyjątkowo nie sprzyjała. Już niedługo po przyjeździe zanosiło się na deszcz, ale niebo wstrzymało się z podlewaniem nas. Jednak kiedy już na dobre wyszliśmy z naszej kwatery, nie trzeba było długo czekać na załamanie pogody. Zaczęło najpierw padać, a potem regularnie lać.
Mimo niesprzyjających warunków, a może właśnie dzięki nim, zdecydowaliśmy się zwiedzić kilka atrakcji Międzyzdrojów. Poszliśmy m.in. na molo. Na sam pomost wyszliśmy tylko na chwilę, za to z przyjemnością pospacerowaliśmy sobie po… zadaszonym pasażu, gdzie było ciepło, tłoczno i sucho. :) Zbyt długo tam jednak nie zabawiliśmy, bo ile razy można przejść w tę i z powrotem? Trzeba było znowu wyjść na deszcz.
W poszukiwaniu możliwości spędzenia czasu pod dachem poszliśmy też tego dnia do Oceanarium. Nazwa ta moim zdaniem jest na wyrost. W zoo w moim mieście w pawilonie z rybami jest porównywalnej wielkości kolekcja ryb (może z wyjątkiem jednego, największego okazu, jaki można obejrzeć w Międzyzdrojach – na poniższym zdjęciu).
Na dodatek za wstęp liczą tam sobie stawkę zdecydowanie wygórowaną w stosunku do wielkości ekspozycji. Ale jest to forma podatku turystycznego, jaki płaci się na każdym kroku w nadmorskich miejscowościach. My zdecydowaliśmy się go zapłacić licząc na to, że może deszcz w tym czasie przejdzie.
Jeśli dobrze pamiętam, to przed odwiedzeniem Oceanarium weszliśmy do Muzeum Figur Woskowych. Z tej wizyty byłem dużo bardziej zadowolony. Niektóre ze znajdujących się tam woskowych “kopii” przypominały dość wiernie swoje pierwowzory, ale były też i takie, których podobieństwo było dyskusyjne. R. był tak uprzejmy, że zrobił mi zdjęcie, które wrzucę do tej notki, jak tylko będę nim dysponował znajduje się poniżej.
Obejrzawszy to, co naszym zdaniem warte było obejrzenia i jednocześnie było zadaszone, postanowiliśmy skontaktować się z B., żeby ustalić, gdzie się podziewa i uzgodnić plan działania na resztę dnia. Okazało się, że B. z przyjaciółmi udała się na bilard do hotelu znajdującego się kawałek drogi od miejsca, gdzie my się akurat znajdowaliśmy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się w tamtym kierunku, a że deszcze nie odpuszczał, a moja kurtka w cudowny sposób nie odzyskała swojego przeciwdeszczowego charakteru, więc ja doszedłem do celu dość mocno przemoknięty.
Na miejscu przywitałem się z B. oraz zapoznałem jej przyjaciół, po czym zdecydowaliśmy z R., że trzeba wypić coś rozgrzewającego. I wbrew pozorom nie był to alkohol. Wzięliśmy kawę i herbatę, którą wypiliśmy siedząc wygodnie na skórzanych kanapach. Na głowy nam nie padało, było ciepło, miło i przytulnie. Mógłbym tam siedzieć godzinami.
Tymczasem deszcz zelżał, a my zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy poszukać miejsca, gdzie można by było zjeść obiad. Poszliśmy z powrotem w kierunku centrum miasta i zakotwiczyliśmy w jednym z barów. Nie pamiętam, co sobie zamówiła reszta towarzystwa, ale ja wziąłem rybę. Zwykle biorę dorsza, więc pewnie i tym razem tak było. Nim dostaliśmy nasze porcje, nim je zjedliśmy, natura zrobiła nam miłą niespodziankę, bo deszcz przestał padać i rozchmurzyło się. Dzięki temu mogliśmy resztę dnia spędzić aktywnie, bo już zapowiadało się, że będziemy siedzieć do wieczora na kwaterze.








