Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu na Litwie. Tego dnia przed południem mieliśmy zaplanowany powrót pociągiem z przesiadką w Szestokai. Niby pora naszego odjazdu z Wilna nie była jakoś specjalnie wczesna i niby my sami tego dnia wstaliśmy o rozsądnej porze, a jednak okazało się, że gdzieś pomiędzy godziną pobudki, a godziną odjazdu zmitrężyliśmy nieco za dużo czasu i ostatecznie na dworzec udaliśmy się już prawie biegiem. R. miał wcześniej jeszcze w planach odwiedzenie sklepu spożywczego, ale te plany musieliśmy między bajki włożyć. Nie dość, że nie starczyło czasu na wizytę w sklepie, to jeszcze R. narzucił takie tempo, że kiedy wsiadłem do pociągu, to czułem, że cały jestem mokry, a tu i ówdzie spływa po mnie wąska strużka potu (a przypominam, że była to zima).

R. chciał zrobić zakupy w spożywczym, a ja chciałem wysłać kartki, które napisałem przed wyjazdem, więc uznaliśmy, że może obie te sprawy da się załatwić w Szestokai (lit. Šeštokai). Każdy, kto był chociaż raz w tej miejscowości, w tym momencie może się uśmiechnąć z politowaniem. My teraz też jesteśmy bogatsi o wiedzę, że Szestokai, to dziura zabita dechami. Żadnego supermarketu tam nie ma. A ponieważ na dodatek była niedziela, więc nawet na zakupy w zwykłym sklepie spożywczym nie można było liczyć. R., który poszedł na rekonesans, udało się jedynie wrzucić moje pocztówki, bo skrzynka na listy akurat mu się nawinęła pod rękę.

Niedługo po naszym przyjeździe przyjechał pociąg z Polski, do którego wkrótce się zapakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do granicy zastanawialiśmy się, w którym miejscu ona przebiega. Ja próbowałem do odgadnąć obserwując… linię elektryczną średniego napięcia biegnącą wzdłuż torów. Doszedłem do wniosku, że tego typu linie na pewno nie przekraczają granicy (choć może jestem w błędzie), więc kiedy ta linia skręci i odejdzie od torów, to będzie wskazówka, że granica jest blisko. Ostatecznie nie udało mi się tego momentu zauważyć, ale za to wiedzieliśmy, kiedy znaleźliśmy się już w Polsce, bo na pierwszej stacji, na której zatrzymał się nasz pociąg, wsiedli do niego panowie ze Straży Granicznej. Paszportów nie sprawdzali ani bagaży, ale przeszli przez cały pociąg, po czym wysiadłszy na kolejnej stacji odjechali samochodem, który prawdopodobnie po nich przyjechał.

Dalsza podróż upłynęła nam spokojnie aż do Warszawy Zachodniej, gdzie wysiedliśmy. R. i P. jechali dalej do siebie pociągiem, a ja przeszedłem na dworzec autobusowy, gdzie kupiłem bilet do mojego miasteczka i w oczekiwaniu na odjazd (miałem sporo czasu) spacerowałem sobie po dworcu. I tak zakończyła się nasza litewska wycieczka. Chcę tam jednak wrócić. Tym razem może jednak nie do samego Wilna, ale żeby zapuścić się głębiej na teren Litwy. Może zajrzeć nad morze, a może nad granicę z Łotwą. Zobaczymy. A jeśli te plany się zmaterializują, to na pewno opiszę na łamach tego bloga, jak było. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

4 Responses to “Wyjazd do Wilna – część jedenasta (ostatnia)”

  1. sad.a.5 Says:

    I tak podroz dobiegla konca, dziekuje za opisy i fotografie, jeszcze nigdy tam nie bylam, ale sie wybieram, przyblizyles mi czesc Litwy:)

  2. romanjas Says:

    @Sad.a.5: Koniecznie się tam wybierz, bo naprawdę warto. :)

  3. Robert Says:

    Fajna ta wycieczka była. Dziwi mnie, że nie kontrolowali bagaów. Można było przemycić sporo spirytu i fajek :)

  4. romanjas Says:

    @Robert: Teraz można przewieźć całkiem sporo spirytusu lub fajek i gdybyś miał przy sobie więcej niż można przewieźć to chyba byłoby to bardzo wyraźnie widoczne. :)

Leave a Reply