Wyjazd do Wilna – część dziesiąta
poniedziałek, 19 maj 2008
Trochę zapuściłem ten blog, więc czas go ożywić. Najwyższy czas też zakończyć już opis naszej wyprawy do Wilna. Myślę, że oprócz tej notki poświęcę mu jeszcze jedną, ta więc będzie przedostatnia.
Nadjechał autobus, którym pojechaliśmy w kierunku dzielnicy mieszczącej szpital. Udało nam się bez problemów wysiąść na właściwym przystanku i dotrzeć do szpitala, który mieścił się niemal naprzeciw. Wrażenie robił, przynajmniej na mnie, niezbyt sympatyczne. Moloch postawiony na pewno jeszcze w czasach ZSRR w środku nie różniący się specjalnie od typowych polskich szpitali. Dotarliśmy do rejestracji, gdzie siedziała pani tak pasująca do stereotypu tego stanowiska, że poczuliśmy prawie tak swojsko jak w Polsce. Oczywiście o dogadaniu się nie było mowy, bo ona nie mówiła po polsku, a my po litewsku. Ale ponieważ widać było, o co chodzi, jakoś udało się załatwić formalności. Na litewskim formularzu zaznaczyła nam kobieta, gdzie mamy coś wpisać i sami domyślaliśmy się, co (w większości przypadków chodziło o to, żeby się podpisać). Potem dostaliśmy skierowanie do pokoju o określonym numerze i czekaliśmy na swoją kolej. A raczej na moment, kiedy wszystko wskaże na to, że jest teraz nasza kolej, bo przecież nie umieliśmy nawet zapytać “kto z państwa jest ostatni?”
W końcu weszliśmy. Obaj, bo R. chciał, żebym też wszedł. W pokoju, do którego dostaliśmy skierowanie przyjmował młody chirurg, co okazało się o tyle zbawienne w skutkach, że umiał się dogadać po angielsku, więc robiłem za tłumacza. Zapytał m. in. o ubezpieczenie zdrowotne, poprosił podczas badania, żeby R. poruszył palcem, zapytał, jak to się stało i kiedy oraz czy R. ma czucie w palcu. Potem coś jeszcze do mnie chciał powiedzieć, ale zabrakło mu słowa, ale ja się domyśliłem (niestety, teraz nie pamiętam, o co chodziło) i wyszła zabawna sytuacja, bo powiedziałem mu, że wiem, o co mu chodzi, chociaż też nie wiem, jak się to po angielsku nazywa. :)
W końcu R. dostał zastrzyk przeciwtężcowy i zabrali go do gabinetu zabiegowego na szycie, a my z P. czekaliśmy na korytarzu. Okazało się później, że jedna z pielęgniarek mówiła po polsku i kiedy R. poszedł na szycie, udzieliła mu wyjaśnień. Po zakończeniu szycia wróciliśmy jeszcze na chwilę do gabinetu chirurga, gdzie R. dostał receptę na “pain killer” i wyszliśmy.
Receptę, która wyglądała nietypowo, bo był to czysty karteluszek papieru z pieczątką lekarza i nazwą leku, chcieliśmy zrealizować na miejscu, ale okazało się, że apteka w szpitalu wbrew pozorom nie jest czynna dłużej niż typowa apteka, ale może nawet wręcz przeciwnie. Ustaliliśmy więc, że receptę zrealizujemy w mieście, ale że zrobiło się już dość późno, a my jeszcze nic nie jedliśmy od rana, priorytetem stało się znalezienie paszarni. W okolicy szpitala raczej nie można było o tym myśleć, bo ten został postawiony na odludziu i do najbliższej zabudowy był od niego spory kawałek drogi, a że były to bloki, nie było żadnej gwarancji, że gdzieś niedaleko jest jakaś knajpa. W tej sytuacji zdecydowaliśmy, że trzeba wracać do miasta. Wróciliśmy autobusem po dwóch podejściach. Najpierw wyszliśmy na przystanek, ale okazało się, że autobus będzie za pół godziny, więc po kilku minutach stania na mrozie wróciliśmy do szpitalnego hallu, żeby wyjść na przystanek bliżej godziny przyjazdu autobusu. Pamiętam, że wróciliśmy tam jeszcze raz, ale nie pamiętam, dlaczego.
W końcu dojechaliśmy do centrum i szybkim krokiem skierowaliśmy się do wytypowanej wcześniej restauracji, gdzie zamierzaliśmy się posilić daniami typowymi dla kuchni litewskiej. Były to między innymi zeppeliny, których nazwę wymawia się przez “z”, a nie przez “c”. Ja oprócz tego zamówiłem jeszcze wędzone świńskie ucho z groszkiem smażonym na boczku. To drugie danie było nieco mdłe, ale zeppeliny były pyszne. Do dziś wspominam ich smak z niejakim rozrzewnieniem. Do picia zamówiliśmy m. in. lokalne piwo (nazwy nie pomnę, ale R. na pewno pamięta) oraz deskę lokalnych alkoholi. W jej skład wchodziły: Starka, Trzy Dziewiątki (Trejos Devynerios), Zielone Dziewiątki (Žalios devynerios), Żurawinówka (Bobelinė) i Suktinis. Po tej degustacji zdecydowałem, że kupię sobie do domu butelczynę Zielonych Dziewiątek, bo są smaczniejsze niż Trzy Dziewiątki.
Pod koniec naszego posiedzenia w tej knajpie zwaliła się do niej jakaś brytyjska wycieczka i zrobiło się prawie tak, jak w Krakowie (mam na myśli to, co pisze prasa o wizytach młodych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa w grodzie Kraka). Zdecydowaliśmy się więc przyspieszyć nasze wyjście, ale nie mogliśmy się doczekać rachunku, bo obsługujący nas dotąd bardzo sprawnie i szybko młody kelner, musiał zająć się nowo przybyłym towarzystwem, któremu trzeba było dostarczyć sporej ilości piwa (było ich kilkunastu, jeśli nie ponad dwudziestu). Chłopak uwijał się jak w ukropie, a i tak nowi goście nie szczędzili mu połajanek nie mogąc doczekać się, kiedy dostaną do łapy szkło wypełnione piwem. Słowem, miła dotąd atmosfera wyraźnie się zwarzyła, więc zapłaciwszy rachunek i zostawiwszy spory napiwek, oddaliliśmy się na swoją kwaterę. Objedzeni jak bąki i w niezłym humorku położyliśmy się spać. Na drugi dzień mieliśmy zaplanowany powrót.







poniedziałek, 19 maj 2008 at 8:29 pm
Ech Ci Angole, jak ja ich nie lubię ! Hmm.. świńskie ucho, no wybacz, ale nie mógłbym… nawet jakby było pyszne i chrupiące. Za to alkohole, jak najbardziej. Z ciekawości ;)
wtorek, 20 maj 2008 at 8:54 am
@Robert: Nie wiem, czy inne nacje w tak licznych grupach nie są równie uciążliwe, ale faktem jest, że Anglicy poprzez swoje ekscesy w Krakowie nie cieszą się u nas dobrą prasą. :)
Co do świńskiego ucha, to miałem nadzieję, że będzie właśnie pyszne i chrupiące, ale było mdłe i gumowe, dlatego nie polecam. :)
wtorek, 27 maj 2008 at 6:55 pm
Angole w Amsterdamie tez sa w wiekszych grupach meskich uciazliwi, w weekendy, ale mozna wtedy nie chodzic tam gdzie oni chodza i miec spokoj.
czwartek, 29 maj 2008 at 7:29 am
@Sad.a.5: Niestety, my nie mieliśmy wielkiego wyboru. Zresztą chcieliśmy zjeść obiad właśnie w tej knajpie. Na szczęście zdążyliśmy się najeść przed tym najazdem i nie musieliśmy tam dłużej siedzieć. :)
piątek, 11 lipiec 2008 at 1:55 pm
Osobom które chcą bliżej zapoznać się z Wileńszczyzna, spędzić wesoło oraz aktywnie wolny czas, a także zapoznać się bliżej z Polakami mieszkającymi na Litwie, proponuje wyjazd na coroczny Zlot Turystyczny Polaków na Litwie: http://zlot.wilno.lt
Możliwość nawiązania rożnego rodzaju kontaktów oraz spędzenie dobrze wolnego czasu.
Wszystkich serdecznie pozdrawiam z Wilna.