Wyjazd do Wilna - część dziewiąta

sobota, 26 kwiecień 2008

Zbliżam się powoli w mojej relacji do punktu kulminacyjnego. Kolejnym punktem programu była Ostra Brama i znajdującą się w niej kaplica, o której chyba nic więcej nie muszę pisać, bo została rozsławiona w “Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.

Z początku mieliśmy mały problem, żeby do niej trafić. To znaczy samą kaplicę widzieliśmy dość dobrze z ulicy, ale trochę się nabiedziliśmy zanim udało się nam trafić do miejsca, z którego się do niej wchodzi. W końcu się udało. Wewnątrz tłok, wiele osób klęczało wokół ołtarza i na schodach. Trzeba przyznać, że to robi wrażenie. Podobnie jak wiszące na ścianach wota. Myślę, że większość osób znajdujących się tam w tym czasie to byli Polacy. Zresztą głównie polską mowę było słychać, no i oczywiście była jakaś wycieczka z prowincji panów w mundurach OSP i towarzyszących im pań (zapewne z koła gospodyń wiejskich). Obrazek pasujący do tego miejsca, jak do żadnego innego w Wilnie. Niemal czuło się klimat polskiego, wiejskiego odpustu.

Po zwiedzeniu kaplicy i przylegającego doń kościoła weszliśmy na chwilę do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiłem mały drobiazg dla matki i dla siebie koszulkę pamiątkową z Wilna. Trochę mnie to uderzyło po kieszeni i domyślam się, że to była “ostrobramska marża”.

Po wizycie w Ostrej Bramie postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wileński Cmentarz na Rossie. Prowadził nas do niego R. Nie dało się nie zauważyć, że im bliżej byliśmy celu, tym ubożej wyglądało miasto. Pojawiły się nawet krany do pobierania wody. Gdybym nie zobaczył, to bym nie uwierzył, że w stolicy europejskiego państwa nie tak znowu bardzo daleko od centrum nie ma wodociągów. Kanalizacji pewnie też nie.

W pewnym momencie R. zarządził, że skręcamy w bok w jakąś niemal polną drogę. Droga jak na złość była kręta stroma i cała pokryta ubitym śniegiem, który był pieruńsko wyślizgany (ślizgały się na nim dzieciaki z pobliskich domostw). Zaczęliśmy powoli schodzić. Ja z P. nieco z przodu, R. nieco z tyłu. Nagle R. wywinął orła i rąbnął o glebę. Z początku wydało się mi to nawet zabawne, ale kilka minut później nie było mi już do śmiechu. Jakoś dotarłem na dół bez komplikacji, podobnie jak P. A R. został w tyle. Kiedy do nas dotarł zamierzałem poczęstować go jakąś żartobliwie złośliwą uwagą, ale zobaczyłem, że trzyma się za dłoń. Okazało się, że podczas upadku trafił ręką w odłamek szkła od butelki i skaleczył się w palec.

Początkowo myślałem, że to niewielkie draśnięcie, ale krew nie chciała przestać lecieć. Nie mieliśmy niestety przy sobie żadnych materiałów opatrunkowych (dobra nauczka na przyszłość), więc zarządziłem, że R. i P. mają zostać i czekać na mnie w tym miejscu do skutku, a ja idę poszukać apteki. Jak powiedziałem, tak też zrobiłem, ale już po 5 minutach dotarło do mnie, jak beznadziejnej misji się podjąłem. Okolica, w której się znaleźliśmy była słabo zaludniona. Nie tylko apteki, a żadnego sklepu w zasięgu wzroku nie było. W końcu znalazłem sklep spożywczy i wszedłszy do środka rzuciłem jedno słowo “vaistine“, czyli apteka po litewsku. Niestety, ze sprzedawczynią nie szło się dogadać ani po polski, ani po angielsku. W końcu znalazł się jakiś klient osuszający piwo, który powiedział, że to załatwi i wyjaśnił mi to po rosyjsku. Aptekę znalazłem, była niestety zamknięta. Może nawet napisane tam było, gdzie jest najbliższa otwarta apteka, ale dla mnie niewładającego litewskim taka informacja nie była zbyt przydatna.

Wróciłem po godzinie do miejsca rozstania z pustymi rękoma, ale na szczęście w międzyczasie zainteresował się sprawą jakiś Litwin. Wcześniej zaś pierwszej pomocy udzielili jacyś polscy wycieczkowicze. Co prawda dwa plasterki, jakimi obdarowali R. to nie było wiele, ale przynajmniej można było w ten sposób ranę zamknąć prowizorycznie (a była naprawdę głęboka). Przy okazji okazało się, jak chętni do pomocy są kierowcy. Wspomniany Litwin zatrzymał dwójkę kierowców: Litwina i Polaka. Okazało się, że żaden nie miał apteczki. Tak przynajmniej twierdzili, ale ja w to nie wierzę. Gdyby to był policjant, to jestem pewien, że apteczka by się błyskawicznie znalazła.

Spotkanie tego uczynnego człowieka było o tyle dobrą okolicznością, że przywrócił nam właściwe proporcje w myśleniu o tym, co się stało. Powiedział nam między innymi, że musimy z tym pojechać do szpitala na dyżur chirurgiczny. I w tym kierunku podjęliśmy dalsze działania. Najpierw autobusem dojechaliśmy do centrum, a dokładniej przed dworzec kolejowy. I tutaj zaczęły się korowody. Nasz przyjaciel, bo tak go chyba mogę nazwać, nie mógł się zdecydować, czy powinniśmy jechać dalej autobusem, trolejbusem czy taksówką. Na dodatek, ponieważ nie był z Wilna, nie bardzo wiedział, gdzie dokładnie powinniśmy pojechać i jaką linią. Z początku trochę poddaliśmy się temu zamieszaniu, pewnie to jeszcze skutek lekkiego szoku, w jaki na wprawiła ta sytuacja, ale wkrótce przejęliśmy inicjatywę.

Najpierw udało się ustalić, że musimy pojechać do szpitala mieszczącego się w dzielnicy Leszczyniaki (Lazdynai). Pomogła nam w ustaleniu tego jakaś miła kobieta, która mówiła po polsku. Wiedząc to znaleźliśmy sobie na mapie trasę dojazdu. Potem ja zaopatrzyłem nas w bilety i pozostało tylko czekać na autobus. W międzyczasie nasz uczynny litewski przyjaciel też zakupił nam bilety, więc mieliśmy je na powrót (ja początkowo nie wpadłem na to, żeby kupić też powrotne; co prawda można bilety kupić u kierowcy, ale za sporo wyższą cenę). Oczekiwanie na autobus zajęło nam trochę czasu, bo w tym kierunku rzadko w takim dniu (święto) jeździły autobusy. Sytuację naszą komplikował fakt, że temperatura była poniżej zera, a R. nie mógł przez zranioną rękę założyć rękawiczek, przez co trzęsło nim zimno (niezależnie od stresu). Ale i na to znaleźliśmy sposób.

W końcu doczekaliśmy się autobusu, a co było dalej, o tym napiszę w kolejnym odcinku.

6 Responses to “Wyjazd do Wilna - część dziewiąta”

  1. sad.a.5 Says:

    Powiew grozy sie zaczal …

  2. romanjas Says:

    @Sad.a.5: Uprzedzając fakty napiszę, że wszyscy przeżyli. ;)

  3. Kiljan Halldórsson Says:

    Och, już sobie wyobraziłem siebie w takiej sytuacji - dziabnięta ręka, krew… Strasznie reaguję na takie rzeczy… :)

  4. romanjas Says:

    @Kiljan: Dla mnie to też nie było sympatyczne przeżycie, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. :)

  5. Robert Says:

    A nie należało zatamowac krwotoku jakąś mokrą szmatką, kawałkiem materiału ? Palec do góry… A jakiś taksówkarz, policjant ? Może oni mieliby materiały do opatrunku ?

  6. Roman J. Says:

    @Robert: Nie mieliśmy pod ręką mokrej szmatki, zwłaszcza takiej, która przynajmniej miałaby pozory jałowości. :) Zresztą rana, choć głęboka, nie krwawiła bardzo mocno i prowizoryczne zabezpieczenie, jakie udało się wykonać za pomocą dwóch plastrów pozwoliło dowieść pacjenta bez komplikacji do szpitala. :)
    Policjanci się po drodze nie nawinęli, a taksówkarze pewnie byliby chętni do pomocy, co zatrzymani kierowcy. Przecież formalnie wszyscy powinni wozić apteczki i sądzę, że wożą. :)

Leave a Reply