Wyjazd do Wilna – część pierwsza
piątek, 22 luty 2008
Zacznę od kilku słów poświęconych temu, w jaki sposób dostaliśmy się do Wilna.
Organizacją całego tego wyjazdu, a także i dojazdu, zajął się R. i spisał się na piątkę. W tamtą stronę pojechaliśmy autobusem IC (sic!). To jest w tej chwili jedyny kurs realizowany autobusem w ofercie spółki IC. Wyjazd mieliśmy o 23.00, a na miejsce dojechaliśmy o 9.00 czasu miejscowego, czyli po 9 godzinach.
W autobusie mieliśmy mały zgrzyt, bo na jednym z miejsc, na które mieliśmy bilety, usiadł facet, który chciał siedzieć koło żony. Tak się przynajmniej tłumaczył, bo on miał numer miejsca dużo dalszy niż żona. Pomyślałem sobie, że niech mu będzie, chociaż on żonę ma prawdopodobnie na co dzień, a my widzimy się raz na kilka miesięcy i każda wspólnie spędzona chwila jest dla nas cenna. Przyznam, że później żałowałem trochę tej ugodowości, kiedy pani zdjęła buty i wystawiła nogi na przejście niezbyt daleko od mojej twarzy albo kiedy poszła do kierowcy, żeby ściszył telewizor przez co przez połowę filmu, jaki nam dla umilenia czasu wyświetlili, musiałem mocno wytężać uszy, żeby nie utracić wątku akcji. Mówiąc krótko, ktoś tam nadużywał gościnności kosztem współpasażerów. Ale nic to. Na szczęście wspólna podróż trwała tylko 9 godzin.
Po drodze mieliśmy postój na granicy, której nie ma, ale są po niej ślady. Postój był dobrowolny i służył właściwie tylko temu, żeby się pasażerowie mogli wysiusiać, a kierowcy rozprostować kości. Po około półgodzinie ruszyliśmy dalej.
Z samej drogi niewiele pamiętam, bo było ciemno, a jak się zrobiło jasno, to trochę przysypiałem. Na dobre rozbudziłem się, jak już dojechaliśmy. Wypakowaliśmy najpierw bagaże i pierwsze kroki skierowaliśmy do banku. Ja wchodząc zauważyłem bankomat i z głupia frant postanowiłem wsadzić doń kartę, żeby sprawdzić, czy mi coś wypłaci. Osiem lat temu w Niemczech przekonany, że bez trudu zapłacę swoją kartą za przejazd, srogo się rozczarowałem (sprawdziłem wcześniej, że jest teoretycznie taka możliwość). Tym razem ku mojemu bardzo miłemu zaskoczeniu bankomat wypluł 2 banknoty po 100 litów, jakie sobie zażyczyłem. Karta była debetowa systemu VISA Electron (do konta Inteligo założonego zanim kupiło ten bank PKO BP).
Po zaopatrzeniu się w gotówkę ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Nie znaczy to, że przyjechaliśmy do Wilna w ciemno. Niezawodny R. zarezerwował nam pokój w schronisku młodzieżowym, ale należało je jeszcze odnaleźć. Ponieważ wyjechałem na Litwę odpocząć, więc postanowiłem nie wtrącać się do spraw organizacyjnych i zostawić wszystko w rękach R.. Dlatego nie rwałem się do planu miasta, ale szedłem grzecznie tam, gdzie nas R. prowadził.
Wkrótce doszliśmy do rzeki, za którą, o czym dowiedzieliśmy się nieco później tego dnia, funkcjonuje samozwańcza Republika Zarzecze. Zarzecze (lit.: Užupis) to taki wileński Montmartre – dzielnica artystów, niespokojnych duchów, meneli i innej cyganerii. Poniżej wrzuciłem zdjęcie moje i P. na tle tablicy informującej o przekraczaniu granicy Zarzecza.

Muszę się w tym momencie przyznać do małej profanacji. Otóż po obejrzeniu z bliska tej dzielnicy Wilna, która w niektórych miejscach przypomina bardziej zapyziałe miasteczko z głębokiej, polskiej prowincji, przechrzciłem ją z Zarzecza na Zadupie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że z dupą skojarzyła mi się jej litewska nazwa, wszak “żopa“to po rosyjsku ta właśnie część ciała. :)
Symbolem Zadupia, to znaczy Zarzecza, jest anioł, którego pomnik znajduje się na poniższej fotografii. Podobno wcześniej na tym miejscu stało na kolumnie wielkie jajo. Kiedy “wykluł się” z niego anioł, jajo przeniesiono na inny plac.

Nasze schronisko, i nasz dom przez najbliższe trzy noce, mieściło się przy ulicy Połockiej pod numerem 7. Kiedy byliśmy przy numerze 5 zacząłem się poważnie niepokoić, bo następnym w kolejności budynkiem była pozbawiona częściowo okien rudera najwyraźniej niezamieszkana. Wiedziałem, że warunki miały być turystyczne i że miało być tanio, ale uznałem, że jednak z oszczędnością nie powinno się aż tak przesadzać. :)
Na szczęście okazało się, że nasze schronisko mieści się kawałek dalej i na pierwszy rzut oka wygląda przyzwoicie. Jak wyglądało na kolejny rzut oka, o tym napiszę w kolejnym odcinku.







niedziela, 24 luty 2008 at 11:07 am
super wyjazd ! fajnie, że się jedzie w nocy :) i jak swojsko – ul. Połocka… :) ten fragment miasta (na zdjęciu) przypomina warszawski Nowy Świat :) czy jadąc do Litwy trzeba miec paszport ? Zimno było, bo jakoś tak jesteście zakapturzeni ?
niedziela, 24 luty 2008 at 3:41 pm
Z Nowym Światem to dość celne porównanie, ale nie tego akurat kawałka. ;) Tam, jest sporo takich uliczek jak w Warszawie na Starym mieście i taki Nowy Świat też by się znalazł.
Jadąc na Litwę paszport warto mieć, ale nie do przekraczania granicy, tylko jako dokument tożsamości. Od nas na przykład pani w schronisku poprosiła paszporty, żeby nas zameldować. I w zasadzie tylko wtedy on się przydał.
Zimno dość było, jak tam pojechaliśmy. Żartowaliśmy nawet, że trzeba było aż do Wilna jechać, żeby zimę tej zimy zobaczyć. :)
niedziela, 24 luty 2008 at 4:56 pm
No. panie Romanie…Wczytałam się w opis schroniska, a tu niespodzianka, muszę czekać na drugi rozdział!
Byłam w Wilnie z zeszłym roku, najbardziej utkwiło mi w pamięci włóczenie się nocą w małych grupkach po gwarnym Wilnie i poczucie bezpieczeństwa!Owszem, to było centrum, ale u siebie bym sobie na to nie pozwoliła (wiem, co mówię).A poza tym miasto czyściutkie,czy tak?
niedziela, 24 luty 2008 at 11:06 pm
@Danaksz: Kolejny rozdział już jest. Ale akcja za mocno nie posuwa się do przodu przez obszerne opisy przyrody i pogłębione analizy psychologiczne postaci. ;)
Ja się po swoim grajdole nocą nie szwendam, a po obcych miasta – różnie. W Wilnie późną nocą się po mieście nie szwendaliśmy, ale w sobotę owszem wróciliśmy dość późno.
Czy Wilno jest czyste? Przyznam szczerze, że nie zwróciłem uwagi. Ale jak próbuję sobie przywołać obrazy chodników, placów, itp. to faktycznie nie przypominam sobie, żeby się po nich walały śmieci, jak u nas. Natomiast niektóre zrujnowane chałupy na Užupis wyglądały mało przyjemnie. :)
Miałem już wysłać ten komentarz, ale przypomniało mi się, że jednak z ta czystością nie było tak dobrze, co miało dla nas poważne konsekwencje. Ale o tym będzie w jednym z kolejnych odcinków. Gdzieś bliżej końca. :)
poniedziałek, 10 listopad 2008 at 9:29 pm
Witam!
Wybieram się za kilka miesięcy do Wilna i szukam taniego zakwaterowania. Czy możecie mi coś polecić?
Z góry dzięki,
mój e-mail: alarud@wp.pl
wtorek, 11 listopad 2008 at 9:34 pm
Jedyne, co mogę polecić, to schronisko, w którym nocowaliśmy. Nie dlatego, że jest najlepsze, ale dlatego, że tylko tam nocowaliśmy i tylko o tym miejscu mam jakieś zdanie. I jest ono dobre. Jest niedrogo i przyzwoicie. Oczywiście standard turystyczny, czyli taki, jak w przeciętnym polskim schronisku PTSM. :)