Kolejny dzień OWRP zaczął się pogodnie. Sprawnie zwinęliśmy nasze obozowisko i odnieśliśmy bagaże na miejsce zbiórki. Trasa tego dnia wiodła nas tak, jak to widać na obrazku dostępnym pod tym odnośnikiem. Najpierw zeszliśmy z miejsca noclegu do Ojcowa. Ale każde z nas poszło trochę inaczej. No i „na dole” nie udało się nam spotkać.

Ja sądziłem, że trochę przyspieszyłem, więc żeby poczekać na resztę zamówiłem sobie kawę w jednej z ojcowskich gastronomii. Usiadłem przy stoliku na powietrzu w miejscu, gdzie miałem dobry widok na drogę, którą moim zdaniem moi współtowarzysze będą musieli przejść.

Kawa była gorąca, ale piłem ją szybko sądząc, że wkrótce będę się musiał iść dalej, a wolałem nie robić tego z kubkiem kawy w ręku. Picie w marszu z kubka, a zwłaszcza picie gorącej kawy, nie jest tym, co lubię robić. Okazało się jednak, że byłem nieco asekurancki, bo zdążyłem spokojnie dopić kawę, a nikogo się nie doczekałem. W końcu pomyślałem, że może jednak w jakiś sposób to ja zostałem w tyle i nie jestem awangardą naszej grupy, ale jej ariergardą. To pomyślawszy wyrzuciłem pusty kubek i ruszyłem w trasę.

Próbowałem jeszcze wyjaśniać zaistniałą sytuację za pomocą smsów. Nie pamiętam jednak, jak ta sprawa się ostatecznie wyjaśniła. Kojarzę tylko, że na moje smsy nie dostałem od razu odpowiedzi, a jak je już dostałem, to nie miały one znaczenia, bo już szedłem sam swoim rytmem.

Idąc tak doszedłem najpierw do Jaskini Łokietka (a może raczej Groty Łokietka, jak nazwana jest ona na wskazanej stronie). Tutaj spotkałem uczestników OWRP z naszej trasy, chociaż nie moich najbliższych towarzyszy. Razem czekaliśmy na swoją kolej wejścia do jaskini, bo chętnych było całkiem sporo, a przepustowość groty mniejsza niż liczba chętnych do jej zwiedzenia.

Jaskinię wkrótce zwiedziłem, ale nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Nie oznacza to, że nie jest ona ciekawa i niewarta zwiedzenia. Tego bym nie napisał, bo to zależy, co kogo interesuje. Ja akurat nie znalazłem w tej grocie czegoś interesującego, czego bym wcześniej w podobnej formie nie widział, a i legenda o rzekomym pobycie w tej jaskini króla Władysława Łokietka nie zrobiła na mnie wrażenia. Za to dużym plusem tej jaskini, podobnie jak chyba każdej innej, była panująca w niej temperatura: 7-8 stopni to w upalne dni prawdziwa ulga. O ile oczywiście nie obcuje się z taką temperaturą zbyt długo. :)

Ja byłem w jaskini na tyle długo, żeby docenić jej miły chłód i na tyle krótko, żeby nie zaczął on być dla mnie dokuczliwy. Po wyjściu skierowałem się w dalszą drogę, przy której znajdowała się jeszcze jedna jaskinia. Właściwie nie leżała on po drodze, bo musiałem trochę tej drogi nadłożyć, żeby do niej dojść. Ale nadłożyłem i poszedłem ją zobaczyć. Była to  Jaskinia Nietoperzowa.

Przy tej jaskini zeszliśmy się w końcu. To znaczy cała nasza silna grupa pod wezwaniem, rozczłonkowana po trasie, spotkała się tam. Nie pamiętam już, czy po zwiedzeniu jaskini na trasę wyszliśmy razem, ale kojarzę, że do Łap na pewno dochodziłem w towarzystwie R. i P.. A to dlatego, że szlak w pewnym momencie powiódł nas przez środek jakiegoś strumienia i pamiętam, że razem żeśmy przezeń brodzili zastanawiając się, jaki obrać kierunek, żeby z niego wyjść tak, żeby nie trzeba go było ponownie forsować w drodze do celu. Pamiętam też, że dzieliłem się po drodze wrażeniami z bytności w Łapach w czasie mojej samodzielnej, samotnej wycieczki na Jurę, którą odbyłem kilka lat wcześniej. Wtedy jednak szedłem w przeciwnym kierunku, a moja trasa tylko częściowo pokryła się z tą, jaką tego dnia zrobiliśmy na OWRP.

Po przejściu wspomnianego strumienia byliśmy już prawie na miejscu. I myślę, że o tym, co było na miejscu, napiszę już w kolejnej notce, bo ta powstawała tak długo i w takich bólach, że nie chcę przedłużać chwili, kiedy ją wypuszczę na świat. :)

Krótko – uzupełnienia słownika OWRP

niedziela, 24 Lipiec 2011

Na razie nie mam czasu na dłuższe wynurzenia, więc póki pamiętam wprowadziłem kolejne uzupełnienia do słowniczka pojęć podstawowych OWRP. Zapraszam do lektury. :)

Majówka 2011 (Gniezno) – część szósta

niedziela, 19 Czerwiec 2011

Dzień, który opisuję poniżej, był ostatnim dniem naszej majówki. Postanowiliśmy zacząć go od zwiedzenia katedry w Gnieźnie i obejrzenia słynnych Drzwi Gnieźnieńskich. Za poprzednim podejściem nie udało się to nam, ale tym razem postanowiliśmy twardo szukać tych drzwi, aż je znajdziemy.

Plan dnia mieliśmy nienapięty, dlatego nie spieszyliśmy się z wyjściem. Przed nami ze schroniska wyszła grupa młodzieżowa, która się tam zainstalowała w międzyczasie. Ja sobie spokojnie poszedłem pod prysznic, a potem zjadłem śniadanie, które jednak upłynęło w niezbyt przyjemnej atmosferze. Dosłownie, bo jadłem spowity obłoczkiem tytoniowego dymu. Nie wiem, czy te osoby, które paliły w jadalni, były obsługą grupy młodzieżowej i przyjechały razem z nią, czy były to osoby miejscowe zaangażowane do pomocy. W każdym razie wtedy, kiedy przyszedłem na śniadanie, one akurat oglądały sobie jakieś wiadomości popalając papierosy.

Może powinienem im zwrócić uwagę, ale jakoś nie miałem zapału. Zrobiłem inaczej. W jadalni był zamontowany wentylator, taki podsufitowy z dużymi łopatkami. W taką pogodę, jaka była wtedy, włączanie go nie miało sensu, bo tylko potęgował ziąb panujący w pomieszczeniu. Ale w tej sytuacji, jaką zastałem, był to jedyny sposób, żeby trochę rozrzedzić nieprzyjemną atmosferę. I przy okazji może dać do zrozumienia, że to popalanie może komuś przeszkadzać. W tym przypadku akurat mnie.

Po śniadaniu i odbyciu wszelkich przedwyjściowych rytuałów ruszyliśmy do katedry. Po dojściu na miejsce najpierw zdecydowaliśmy się na wejście na wieżę. Uiściwszy opłatę za bilety zaczęliśmy się wspinać do góry. Gdzieś w 2/3 tej wspinaczki dostałem lekkiej zadyszki. Parłem jednak do przodu i chociaż z każdym wyłaniającym się podestem miałem wrażenie, że ta wieża wydłuża się w trakcie mojego podejścia, nie zatrzymałem się i w końcu znalazłem się na szczycie. Podobnie jak B. i R. Z tego miejsca roztaczał się bardzo malowniczy widok na miasto. Zrobiłem stamtąd m.in. zdjęcie gnieźnieńskiego rynku, które wrzuciłem poniżej.

Gniezno - widok z wieży katedry na Rynek

Gniezno - widok z wieży katedry na Rynek

Po zejściu z wieży zasięgnęliśmy języka, gdzie należy się udać, żeby zobaczyć Drzwi. Poszliśmy tam, gdzie nas skierowano, ale okazało się, że zwiedzanie jest tylko w grupach zorganizowanych z przewodnikiem. Kosztowało to może niewiele, choć uznałem, że jak na obejrzenie jednych drzwi, to nawet sporo. Ale i tak najmniej korzystną okolicznością było to, że za długo musielibyśmy czekać na wejście, bo akurat jakaś grupa weszła. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z oglądania, bo mieliśmy już inne plany na dalszą cześć dnia i jednak szkoda nam było czasu na czekanie.

Zeszliśmy jeszcze jedynie na dziedziniec znajdujący się przed (za?) katedrą. To stąd wygłaszał swoje ostatnie świąteczne orędzie obecny Prymas Polski. Postanowiłem sprawdzić, czy mam odpowiednią aparycję i sylwetkę, żeby piastować tak godną funkcję i poprosiłem moich towarzyszy, żeby mnie uwiecznili na zdjęciu jak paraduję spacerowym krokiem z rękami na brzuchu po ścieżce. Efekt widoczny jest poniżej. Wyraźnie widać, że brakuje mi do pełni szczęścia wielkiego, piwnego bębna, czarnej sukienki z czerwonym pasem, tak samo czerwonej mycki oraz odrobiny biżuterii (np. wielkiego krucyfiksu na grubym łańcuchu na piersi). Ale poza tym prezentuję się całkiem, całkiem. ;)

Na dziedzińcu katedralnym

Na dziedzińcu katedralnym

Kolejnym punktem naszego programu tego dnia był wyjazd do Mogilna. Pojechaliśmy tam pociągiem. Na dworcu czekała nas niespodzianka, jeśli można to tak nazwać. Kilka torów od nas stała nowoczesna elektryczna lokomotywa polskiej produkcji: E6ACT – 001 Dragon. Uwieczniłem ją na zdjęciu, które jest poniżej. To zdjęcie, w przeciwieństwie do pozostałych, jest dość duże, bo nie redukowałem jego rozmiarów tak bardzo, jak w innych przypadkach. Uznałem, że w tym przypadku warto wrzucić duży obrazek.

Lokomotywa Dragon E6ACT-001 na stacji w Gnieźnie

Lokomotywa Dragon E6ACT-001 na stacji w Gnieźnie

Na stacji spotkaliśmy sympatycznego gadułę, który widząc nasze zainteresowanie lokomotywą zagadał do nas przedstawiając się jako kolejarz. Ja zwykle nie lubię takich zagadujących nieznajomych, ale ten akurat był dość sympatyczny. No i na szczęście zbyt długo się nie naprzykrzał. Pożegnał nas, kiedy nadjechał nasz pociąg.

W Mogilnie za wiele sobie nie użyliśmy. Pogoda była nieciekawa, bo albo padało albo zbierało się na deszcz i do tego było zimno. Przespacerowaliśmy się jednak po mieści, gdzie m.in. obejrzeliśmy klasztor pobenedyktyński oraz późnogotycki kościół farny pw. św. Jakuba. Oba od zewnątrz, bo oba były zamknięte.

Ponieważ podczas tego zwiedzania trochę zmarzliśmy (sic!) poszukaliśmy sobie przytulnego lokalu, gdzie wypiliśmy, co kto chciał: kawę lub herbatę. Loka był bardzo przytulny i ciepły, bo… włączone było ogrzewanie. Miałem o tym wiedzę z pierwszej ręki, bo siedziałem przy kaloryferze.  Aż nie chciało mi się tego przytulnego lokalu opuszczać.

Na późniejszy obiad wróciliśmy do Gniezna. Dość długo wędrowaliśmy od lokalu do lokalu, bo chciałem zjeść porządny obiad jak dzień wcześniej w Żninie. Niestety, takiego lokalu ostatecznie nie znaleźliśmy, a przynajmniej takiego, gdzie ceny byłyby na rozsądnym poziomie. Dlatego ostatecznie wylądowaliśmy w pierogarni, gdzie każde z naszej trójki zamówiło po dwa różne asortymenty pierogów, żeby poznać różne smaki. Oczywiście podzieliliśmy się tak, żeby wszyscy spróbowali wszystkich.

Po obiedzie zrobiliśmy jeszcze zakupy w Kauflandzie. Podtrzymując tradycję tej zimnej majówki zakupiliśmy też butelkę mikstury rozgrzewającej. Początkowo zamierzałem wziąć Balsam Pomorski, ale ostatecznie wziąłem Krupnik i nie żałuję, bo smaczny był i bez problemu wchodził. I podobnie jak poprzednio, do rana ulotnił się z organizmu nie pozostawiając żadnych śladów. Następnego dnia obudziłem się więc rześki i zdrowy. A był to dzień powrotu. Nie poświęcę mu już oddzielnej notki. Napiszę tylko, że był zimny, nieprzyjemny i nie wart wzmianki. :)

Muzeum Archeologiczne w Biskupinie zwiedzaliśmy po kolei. Najpierw jakąś zagrodę, gdzie wystawiali owoce swojej pracy przedstawiciele różnych rzemiosł. Można było na przykład kupić sobie wiklinowy koszyk. Mnie zainteresowały, jak zwykle, miody. Ale ponieważ moje towarzystwo szybko oddaliło się, więc nie miałem czasu na to, żeby zapoznać się z ofertą pszczelarską i coś kupić. W gruncie rzeczy to dobrze, bo pewnie kupiłbym jakiś słoik, za który zapłaciłbym jak za zboże, a potem jeszcze musiałbym go targać do domu, jakbym u siebie nie mógł kupić dobrego miodu.

Kolejnym punktem zwiedzania był pawilon mieszczący ekspozycję muzealną. To był chyba najmniej ciekawy punkt zwiedzania. Raz, że ekspozycja nie dotyczyła Biskupina, ale… Elbląga. A dwa, że, chyba z okazji majówki, muzeum przeżywało najazd zwiedzających, wśród których sporo było rodziców z małymi dzieciakami. Potrafię sobie jeszcze wyobrazić, że trzylatka czy pięciolatka może zainteresować to, co Biskupin ma do zaoferowania w części, gdzie jest rekonstrukcja grodu. Ale to, co można było zobaczyć w pawilonie muzealnym, nawet sporo starszym dzieciom mogło się wydać nudne. Zresztą widać było to po reakcjach dzieciarni, która albo krążyła po salach nie wykazując większego zainteresowania ekspozycją, albo darła się wniebogłosy. Dlatego poczułem ulgę, kiedy wyszliśmy z pawilonu.

Po wyjściu podeszliśmy do bardzo ciekawej, choć dość ubogiej ekspozycji prezentującej różne gatunki drzew. Wyglądało to tak, że nazwy były zasłonięte tabliczkami i można było na podstawie rysunków gałęzi z listowiem oraz fragmentu pnia zgadywać, co to za drzewo. Poszło mi całkiem nieźle. Jednego drzewa nie znałem, a co do jednego miałem wątpliwości i początkowo źle odgadłem. Ale B. naprowadziła mnie na właściwą odpowiedź.

Następnie zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku rekonstrukcji grodu, z której muzeum w Biskupinie jest chyba najbardziej znane. Po drodze obejrzeliśmy sobie jeszcze różne ekspozycje na wolnym powietrzu. Zrobiłem sobie przy okazji zdjęcie przy kamieniu z napisem „Roma”. Wstawiłem je poniżej. Ponieważ kamieniarz najwyraźniej się śpieszył i zapomniał wykuć ostatnią literę, więc ułożyłem ją w kadrze z palców. ;)

W muzeum w Biskupinie

W muzeum w Biskupinie

Po dojściu do celu, czyli grodu na bagnie, zaczęliśmy zwiedzać poszczególne chaty. Nie będę tutaj już wymieniał, co się w każdej mieściło, bo nie wszystkie pamiętam, ale w jednej były na przykład wyroby ceramiczne wyrabiane i wypalane tak, jak mogło to się odbywać w czasie, kiedy ten gród istniał. W innej można było sobie ułożyć z klocków modele budynków (frajda dla dzieciaków), w jeszcze innej człowiek zajmował się wytopem brązu, co uwieczniłem na poniższym zdjęciu.

Wytop brązu w Biskupinie

Wytop brązu w Biskupinie

Po zwiedzaniu ruszyliśmy w kierunku przystanku kolejki. Im bliżej byliśmy, tym bardziej zapowiadało się na nagłe załamanie pogody. Mieliśmy jednak szczęście. Kiedy pociąg nadjechał, przezornie wsiedliśmy do zabudowanego wagonu i dosłownie w kilka minut potem rozpadało się. I to dość intensywnie. Ale zanim dojechaliśmy do Żnina, rozpogodziło się.

W Żninie zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Wybraliśmy w tym celu restaurację hotelową. Lokal był na poziomie, posiłek też. Zamówiłem dorsza i bardzo mi smakował. Świeży i dobrze przyrządzony. Na koniec zdecydowałem się jeszcze na mocniejszy akcent i zamówiłem Wściekłego Psa. Po obiedzie zdecydowaliśmy, że czas wracać do swojego tymczasowego lokum. Powrót już wcześniej zaplanowaliśmy PKS-em i muszę przyznać, że co jak co, ale dworzec PKS jak na takie małe miasteczko, to ma Żnin naprawdę imponujący.

Niestety, nie pamiętam, co jeszcze tego dnia robiliśmy po powrocie, ale to nie z powodu tego jednego Wściekłego Psa. Widocznie nie działo się już wiele ciekawego. Wiem, że na pewno poszliśmy na miasto i zaopatrzyliśmy się w butelkę Malinówki Lubelskiej, którą spożyliśmy wieczorem bez żadnych przykrych konsekwencji nazajutrz. Uznaliśmy jedynie na drugi dzień, że jakaś taka sztuczna w smaku była.

I tak zakończył się drugi dzień naszej majówki. Kolejny opiszę w kolejnym wpisie.

Drugi dzień majówki był dość zimny. Pogoda też jakby nie mogła się do końca zdecydować, czy nas zniechęcać czy zachęcać do wyjścia w plener. Ale dla nas, starych turystów, żadna pogoda nie jest straszna. Na pierwszego maja, bo tego właśnie dnia wypadł drugi dzień naszej imprezy, zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do Biskupina. Dlatego po porannych ablucjach (prysznic z rana jak śmietana) i po śniadaniu ruszyliśmy na dworzec PKS. Tutaj zdecydowaliśmy po obejrzeniu rozkładu jazdy, że jedziemy najpierw do Gąsawy, potem piechotą przechodzimy do Biskupina, a stamtąd kolejką wąskotorową pojedziemy do Żnina. Jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy.

Najpierw PKS nieco okrężną drogą zawiózł nas do Gąsawy. Kiedy dojeżdżaliśmy do tej miejscowości, obok drogi zauważyłem pomnik Leszka Białego. W innych okolicznościach pewnie nie wiedziałbym, dlaczego go tam postawiono, ale jakiś czas temu czytałem „Czerwone tarcze” Iwaszkiewicza. Chcąc zrozumieć okoliczności wydarzeń opisanych w książce, poczytałem sobie trochę o ziemiach polskich w czasach rozbicia dzielnicowego i trafiłem na hasło „zbrodnia gąsawska”. Dzięki temu wiedziałem, jaki związek z tym miejscem ma ów pomnik. Nie będę jednak o tym pisał, żeby nie powielać cudzych tekstów, które bez trudu można znaleźć w Sieci.

Dojechawszy na miejsce, to jest do Gąsawy, wysiedliśmy na ryneczku i obejrzeliśmy sobie na początek drewniany kościół znajdujący się po sąsiedzku. Zrobiłem jedno zdjęcie tego kościoła, które wkleiłem poniżej.

Kościół w Gąsawie

Po obejrzeniu kościoła ruszyliśmy pieszo w kierunku nieodległego Biskupina. Droga prowadziła asfaltem przez niecałe dwa kilometry. Za mało, żeby warto było dokonywać wpisu do książeczki OTP. Tu może jako dygresję dodam, że rozważaliśmy możliwość zrobienia tego dnia kilkunastu kilometrów pieszej wycieczki, ale w miarę jak dzień się rozwijał, mój entuzjazm wobec tego pomysłu malał i chyba nie tylko ja tak miałem.

Do Biskupina doszliśmy w mniej niż pół godziny i już za chwilę byliśmy przy kasie muzeum. Przy okazji sprawdziliśmy na przystanku kolejki, o której mamy pociąg do Żnina. A że akurat pociąg podjechał, to zrobiłem mu zdjęcie.

Kolejka wąskotorowa - Biskupin

Kilkanaście minut później z biletami w garści przekroczyliśmy bramę Muzeum Archeologicznego w Biskupinie. Ale o tym będę pisał w kolejnej notce.

Wcześniej chyba nie wyjaśniłem, dlaczego poszliśmy po R. na dworzec, skoro miał przyjechać samochodem. Otóż rozmawiając z nim przez telefon po obiedzie dowiedziałem się, że jednak przyjedzie pociągiem, bo mechanik nie wyrobił się na czas z naprawieniem jego samochodu. W konsekwencji poszliśmy przywitać R. na dworzec i okazało się, że doszliśmy tam w samą porę, a nawet trochę później, bo spotkaliśmy go przed dworcem. Po wstępnych powitaniach zostawiliśmy go na chwilę na ławce, a sami poszliśmy po nasze bagaże umieszczone po przyjeździe w samoobsługowych skrytkach. Potem poszliśmy zameldować się w schronisku.

Schronisko PTSM w Gnieźnie mieści się przysłowiowy rzut beretem od dworca. Dojście do budynku, który je mieści, zajęło nam więc chwilę. Potem jeszcze tylko musieliśmy znaleźć samo schronisko, do którego wejście znajduje się od podwórka. Kiedy weszliśmy do środka, zapytaliśmy napotkanego tubylca, w którą stronę się kierować, bo przed nami pojawiły się dwa korytarze i schody. Tubylec wskazał schody, którymi musieliśmy się wspiąć na samą górę.

Na górze zgłosiliśmy się do recepcji i zaczęliśmy dopełniać formalności. Niestety nie miałem przy sobie legitymacji PTSM-u dającej zniżkę, ale miałem legitymację nauczyciela. Dzięki temu zapłaciłem wyraźnie taniej niż moi współtowarzysze. B. też mogłaby dostać zniżkę, ale nie miała dokumentu, z którego by wynikało, że jest członkiem ciała pedagogicznego pewnej szkoły na Zachodzie. :)

Dostaliśmy na trzy osoby pokój czteroosobowy. A raczej czterołóżkowy, bo cztery osoby miałyby tam zdecydowanie za ciasno. Poza tym były tylko trzy wieszaki w szafie i trzy stołki. Warunki bardzo przyzwoite, bo nawet telewizor był w pokoju. R. poszedł obadać warunki sanitarne i okazało się, że także są przyzwoite. Ciepła woda na bieżąco, chociaż z bojlerów. Kibelki trzy i dwa prysznice. Te drugie trochę niewygodne, bo z wylewkami zamocowanymi na stałe, ale nie wybrzydzałem.

Początkowo mieliśmy w Gnieźnie spać tylko dwie noce i ta obecna miała być właśnie tą drugą, ale po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że zostaniemy tu na całą majówkę. Pani w recepcji uprzedziła nas, że w poniedziałek przyjedzie do schroniska „grupa”, ale nie zniechęciło to nas. Dla nas, starych turystów, jakaś tam grupa nie stanowi zagrożenia. Gdyby nam zaleźli za skórę, to my byśmy na pewno znaleźli dobry sposób, żeby im odpłacić pięknym za nadobne. Na szczęście, jak się okazało, nie było takiej konieczności, choć pewne uciążliwości z racji pobytu tej grupy były. Ale ich źródłem nie były dzieciaki, lecz ich obsługa (nie wiem, czy miejscowa, czy przyjezdna).

Po obrzędach meldunkowych poszliśmy jeszcze raz do miasta. Celem był Kaufland, a szczegółowym celem zaopatrzenie w produkty pierwszej potrzeby, czyli prowiant suchy, napoje bezalkoholowe i wyskokowe. Wtedy to też zakupiliśmy balsam pomorski, który spożyliśmy jeszcze tego samego wieczora na dobry początek. I właściwie na tym mogę zakończyć opis pierwszego dnia majówki. Drugi dzień zacznę opisywać w kolejnej notce.

Po przywitaniu z B. postanowiliśmy udać się na zwiedzanie Gniezna. W pierwszej kolejności chcieliśmy zobaczyć gnieźnieńską archikatedrę. Sprawdziłem na odbiorniku GPS, w jakim kierunku powinniśmy się udać i poszliśmy. Ponieważ nie widzieliśmy się dość długi czas, a tak się jakoś składa, że pomiędzy naszymi spotkaniami nasze kontakty niemal się urywają (ale nie na stałe), więc całą drogę rozmawialiśmy.

Doszliśmy tak najpierw do rynku, a potem do katedry. Obeszliśmy ją dookoła zarówno z zewnątrz jaki i wewnątrz. Wcześniej B. zaproponowała, żeby zobaczyć słynne Drzwi Gnieźnieńskie. Żadne z nas nie wiedziało, gdzie się te drzwi dokładnie znajdują. Co prawda obejrzeliśmy sobie umieszczone na sporej tablicy zdjęcie katedry z lotu ptaka, gdzie była wskazana lokalizacja drzwi, ale jak się potem okazało, była ona nieprecyzyjna. W każdym razie po dokładnej inspekcji okolicy i wnętrza nie udało nam się ich znaleźć (później jednak odnieśliśmy połowiczny sukces, o czym jednak napiszę w jednej z kolejnych notek).

Po obejściu katedry zastanawialiśmy się, co robić dalej i poszliśmy na kawę do jednego z lokali mieszczących się przy rynku. W międzyczasie znów skontaktowaliśmy się z R. A ponieważ poinformował, że dotrze na miejsce późnym popołudniem, zdecydowaliśmy, że nie czekając na niego pójdziemy na obiad, bo minęło już trochę czasu od ostatniego posiłku. W poszukiwaniu odpowiedniego lokalu obeszliśmy rynek i dochodzącą do niego ulicę Tumską. Przy okazji tych obchodów zainteresowały nas herby miast, które są wmontowane w posadzkę gnieźnieńskiego rynku. Znalazłem herb mojego grajdołka i poprosiłem B., żeby mi zrobiła z nim zdjęcie. Oto ono.

Na rynku w Gnieźnie

Na rynku w Gnieźnie

Nie byliśmy zdecydowani, gdzie zjeść obiad, bo albo odstraszały ceny albo skromne menu. W końcu weszliśmy w boczną uliczkę i zobaczyliśmy szyld chińskiej knajpy. Weszliśmy, obwąchaliśmy lokal i postanowiliśmy obejrzeć jeszcze jeden lokal, którego szyld majaczył na zakręcie. Zanim do niego doszliśmy okazało się, że ten szyld jest reklamą knajpy, w której przed chwilą byliśmy. Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się na chińszczyznę.

Ja zdecydowałem się na cielęcinę z bambusem i grzybami. Myślałem też o wieprzowinie, ale ponieważ przeczytałem, że w kuchni staropolskiej prawie w ogóle było potraw z wieprzowiny, postanowiłem ograniczyć jej konsumpcję. B. wybrała coś innego, ale na pierwszy rzut oka jej danie niewiele się różniło od mojego. Do popicia wziąłem herbatę z lotosu, bo jeszcze takiej nie próbowałem. Pod koniec posiłku dało się słyszeć jakieś głośne dyskotekowe rytmy, na tle których odzywał się co jakiś czas gwizdek. Zaintrygowani zapytaliśmy obsługę, skąd te odgłosy, czy może mieści się gdzieś jakaś dyskoteka? Okazało się, że nie, ale źródło hałasu zobaczyliśmy dopiero po dojściu do rynku.

Odbywał się na nim jakiś pokaz. Trudno mi znaleźć słowo na to, co się tam działo. Czy był to happening, performance czy spektakl teatru ulicznego? W każdym razie kilkanaście młodych osób ubranych w czarne, męskie garnitury (przez co czasami trudno było odgadnąć płeć uczestnika) poruszało się po rynku jak automaty. Na twarzach żadnych emocji. Jak cyborgi. Szli, brali zakręt o 90 stopni i znowu szli, i tak dalej z towarzyszeniem rytmicznej muzyki. Zrobiłem im kilka zdjęć i jedno wklejam poniżej.

Pokaz na rynku w Gnieźnie

Pokaz na rynku w Gnieźnie

Wszystkim dyrygował ubrany w jasnobeżowy garnitur starszy gość z długimi siwymi włosami i takąż brodą. Miał na ramieniu zawieszony wielki aparat fotograficzny z pokaźnym obiektywem, a w ręku gwizdek, w który co jakiś czas gwizdał. Wydawało się, że na te gwizdki uczestnicy pokazu raz reagują, a innym razem nie. Tego „kierownika” całego zamieszania utrwaliłem na zdjęciu poniżej.

Kierownik zamieszania

Kierownik zamieszania

W pewnym momencie zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo na jeden z gwizdków uczestnicy zmienili nieco sposób zachowania. Otóż jeśli w trakcie marszu natrafili na jakąś przeszkodę, w tym także na siebie, czy na kogoś z publiczności, przewracali się na plecy, po czym wstawali, skręcali i szli dalej. Widziałem, jak jeden z nich zrobił coś takiego przed drzwiami taksówki i żałuję, że nie przyjrzałem się twarzy taksówkarza. Musiał być zaskoczony. Ten etap też utrwaliłem na zdjęciu, które jest poniżej.

Pokazu ciąg dalszy

Pokazu ciąg dalszy

Trwało to wszystko trochę czasu, ale my po jakichś 10 minutach się znudziliśmy i poszliśmy znów w kierunku archikatedry. Znów obeszliśmy ją i jej okolice i wróciliśmy na rynek, gdzie pokaz się tymczasem już skończył.

Zapomniałem napisać, że po wyjściu z knajpy zadzwoniłem do R. i dowiedziałem się, że jedzie jednak pociągiem i będzie po 17:00. Akurat ta godzina się powoli zbliżała, więc ruszyliśmy w stronę dworca. Po drodze uwieczniłem dowód na to, jak bardzo w Polsce rosną ceny paliw. Wydedukowaliśmy z B., że cena, która pokazana jest na poniższym zdjęciu, jest ceną za litr. I doszliśmy do wniosku, że jest to cena bardzo, bardzo wysoka, której chyba nikt nie byłby skłonny zapłacić.

Cena gazu w Gnieźnie...

Cena gazu w Gnieźnie...

Niedługo potem dotarliśmy do dworca, przed którym czekał już na nas R. Udaliśmy się więc razem do schroniska, żeby się zameldować, bo pora była odpowiednia. Co było dalej, o tym w kolejnej notce.

Postanowiłem przerwać opisywanie OWRP 2009 i zająć się opisem tegorocznej majówki, póki mam ją na świeżo w pamięci. Poświęcę jej pewnie kilka notek, a potem wrócę do OWRP.

Tegoroczna majówka przebiegła inaczej niż została zaplanowana. Przede wszystkim była krótsza. Planowaliśmy ją rozpocząć jeszcze w piątek 29 kwietnia, ale sprawy ułożyły się tak, że zaczęliśmy dzień później. W czwartek zadzwonił do mnie R. i poinformował, że zdecydował się oddać samochód do mechanika przed wyjazdem i nie ma szans, żeby zdążył go odebrać w takim terminie, żeby zdążyć z przyjazdem jeszcze w piątek. Powiedział też, że B. w tych okolicznościach też przyjedzie w sobotę. Nie było sensu, żebym sam siedział w Gnieźnie w schronisku i stwierdziłem, że w takiej sytuacji ja też przyjadę w sobotę.

R. zapowiadał, że będzie w Gnieźnie już rano, więc szukałem takiego połączenia, żeby być jak najwcześniej na miejscu. Planowałem całą trasę pokonać pociągiem, ale okazało się, że musiałbym wyjechać przed 5:00 rano. Na tak wczesny wyjazd nie chciałem się zdecydować, a kolejny pociąg miałem na tyle późno, że dojechałbym do Gniezna późno. Zdecydowałem więc, że do Kutna dojadę autobusem, a dopiero dalej pojadę pociągiem.

Jak zdecydowałem, tak też zrobiłem. Najpierw pojechałem autobusem do Kutna. I tutaj niespodzianka. Dworzec w Kutnie akurat był w remoncie i w ogóle nie było do niego dostępu. Znalazłem jednak kamienicę (sic!), do której dworzec został przeniesiony. Po drodze zaczepił mnie jakiś facet, który stwierdził, że nie będzie ściemniał i że zbiera na polskie wino. Przyjąłem to do wiadomości, ale nie wsparłem go datkiem.

W tymczasowym budynku dworca kupiłem sobie bilet do Gniezna przez Poznań. Właściwie mogłem mieć przesiadkę we Wrześni i nie nadkładać drogi, ale lubię Poznań, a poza tym uznałem, że z Poznania najłatwiej dostanę się do Gniezna. Poza tym rozkład PKP funkcjonujący w Sieci wcale nie proponował połączeń z przesiadką we Wrześni.

Po kupieniu biletu przeszedłem na właściwy peron i czekałem cierpliwie na swój pociąg. Było chłodno. Zdecydowanie za chłodno, jak na tę porę roku. Ale na to byłem przygotowany. Sprawdziłem wcześniej prognozę pogody. Nie była zachęcająca, ale trudno. Pociąg do Poznania nie był specjalnie zapchany i udało mi się znaleźć miejsce siedzące. Dojechałem punktualnie, ale nawet gdybym się nieco spóźnił, nie miałoby to wielkiego znaczenia, bo miałem spory zapas czasu na przesiadkę, a poza tym mój kolejny pociąg spóźnił się 50 minut.

W Poznaniu też remont, ale w nieco mniejszym zakresie i obejmujący na razie tory i perony. I też zimno. Trochę zmarzłem. W końcu jednak pociąg przyjechał, a ja znów znalazłem miejsce siedzące, chociaż tym razem pociąg był nieco bardziej zatłoczony niż ten z Kutna. Miałem jednak pewien problem z ustaleniem, gdzie dokładnie powinienem wysiąść. Nigdy nie jechałem pociągiem tą trasą. Na dodatek mój odbiornik GPS nie mógł ustalić swojej pozycji. W końcu mu się to udało już na przedmieściach Gniezna. W samą porę, żebym zdążył zdjąć torbę i przejść w stronę wyjścia.

Wysiadłem w Gnieźnie i zaraz po zejściu na peron zadzwoniłem do R. spodziewając się, że już jest na miejscu. Okazało się, że jednak nie jest, ale wciąż jest w drodze. Powiedział mi jednak, że B. jest już na miejscu. Zadzwoniłem więc do niej i zapytałem, gdzie jest. Podała mi nazwę ulicy i powiedziała, że dochodzi do jakiegoś kościoła. Powiedziałem jej, żeby się nie ruszała stamtąd, a ja do niej dojdę. Wpisałem do odbiornika GPS nazwę ulicy, a kiedy ją znalazłem, ustawiłem sobie nawigację i ruszyłem w miasto.

Znalazłem B. dość szybko. Siedziała na ławce na dziedzińcu kościoła pw. św. Michała. Uściskaliśmy się serdecznie na powitanie i tym samym można uznać, że nasza majówka się rozpoczęła. Pogoda, choć było zimno, sprzyjała, bo świeciło słońce. Korzystając więc z tego ruszyliśmy dalej zwiedzać miasto. Ale o tym napiszę już w kolejnej notce.

Ten dzień był pieszo-zmotoryzowany. Ponieważ nocleg mieliśmy tego dnia w tym samym miejscu i nie trzeba było się pakować, wykorzystaliśmy ten dzień na wizytę w Krakowie. Zwłaszcza, że byliśmy tego dnia chyba najbliżej stolicy Małopolski. Pomysł złożenia wizyty w grodzie Kraka pojawił się spontanicznie i nagle, co się dość często zdarza w czasie OWRP. Niestety, czasem ta spontaniczność ma niemiłe skutki uboczne i tak było tym razem.

Mianowicie na pomysł wycieczki wpadł R. jeszcze przed wyjściem z obozowiska i rzucił go, żebyśmy się wypowiedzieli na jego temat. Niestety, nie pamiętam dokładnych okoliczności tychże konsultacji, więc nie wiem, dlaczego, ale okazało się, że do B. najwyraźniej informacja o tym pomyśle nie dotarła. Ostatecznie jednak się o nim dowiedziała, ale już na takim etapie, że nie mogła podjąć ewentualnych przygotowań do wizyty w tak znamienitym mieście. No i ostatecznie głupio wyszło, bo się na nas pogniewała. I do Krakowa pojechaliśmy tylko w trójkę.

Ale zanim tam pojechaliśmy, bo pojechaliśmy, a nie poszliśmy, przeszliśmy się do zamku w Pieskowej Skale. Po drodze minęliśmy Maczugę Herkulesa, którą R. uwiecznił na poniższej fotografii.

Maczuga Herkulesa

Na zamku spędziliśmy trochę czasu. Skonsumowaliśmy też co nieco, żeby uzupełnić kalorie spalone podczas spaceru z Ojcowa. Smaczne było, ale kiedy wyszliśmy na taras na świeżym powietrzu i kupiliśmy tam m.in. wodę, stwierdziliśmy, że ceny mają tam kosmiczne.

Z Pieskowej Skały poszliśmy piechotą do Skały. Trasę całej naszej wyprawy z Ojcowa do Skały można zobaczyć pod tym linkiem. Ze Skały do Krakowa pojechaliśmy busem. W Krakowie był zestaw obowiązkowy: Rynek, Sukiennice, Wawel, etc. Poza zestawem obowiązkowym był obiad, który zjedliśmy w restauracji o nazwie „Smak Ukraiński” mieszczącej się przy ulicy Kanonicznej, która, jak się można spodziewać, oferuje dania kuchni ukraińskiej. Trafiliśmy tam, można to tak ująć, w samą porę, bo nad Krakowem zaczęły się zbierać czarne chmury i wkrótce lunął deszcz. My przeczekaliśmy go jednak w przytulnej sali restauracyjnej. Nie pamiętam, co jedliśmy, ale pamiętam, że nam smakowało.

Po obiedzie zaczęliśmy się zbierać do wyjazdu do Skały, gdzie też za czas jakiś dotarliśmy. Ostatni odcinek musieliśmy przejść pieszo. Tym razem to R. nie chciał iść asfaltem, podobnie jak ja poprzedniego dnia. Poszliśmy więc niebieskim szlakiem, ale w pewnym momencie był na tyle kiepsko wyznakowany, że wprowadził na na czyjeś prywatne posiadłości, gdzie obsobaczył nas miejscowy i obszczekał jego agresywny pies. Jakoś jednak dotarliśmy w końcu na miejsce noclegu, choć po drodze trochę błądziliśmy. Na szczęście odbiornik GPS znów pozwolił nam się odnaleźć w terenie.

Po dojściu do Pilicy, o czym napisałem poprzedniego dnia, miałem przerwę w rajdzie, bowiem sprawy służbowe ściągnęły mnie do mojego rodzinnego grajdołka na weekend. Wróciłem jednak najszybciej jak mogłem i w dniu mojego powrotu OWRP obozował w Ojcowie. Mój powrót przebiegał tak, że z mojego grajdołka dojechałem pociągiem do Krakowa (ale nie bezpośrednio), a potem autobusem z Krakowa do Skały. Ze Skały zaś poszedłem już piechotą do Ojcowa.

Zanim jeszcze wyszedłem ze Skały, postanowiłem zaopatrzyć się w jakieś pieczywo, bo nie miałem na to czasu w Krakowie. Niestety, okazało się to bardzo trudne do wykonania, bo pora była późna, a zaopatrzenie skromniejsze niż potrzeby. W końcu kupiłem jakieś pieczywo chrupkie czy coś podobnego, żeby jakoś przeżyć do dnia następnego. Nie przepadam za tego typu pieczywem, ale lepsze to niż nic.

Do Ojcowa szedłem najpierw szosą. Rozważałem też przejście tzw. Drewnianą Drogą, ale nie chciałem sobie moczyć nóg. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że od czasu mojej ostatniej wizyty w Ojcowie, czyli od czasu drugiego pobytu na Jurze, został odbudowany mostek na Prądniku. Gdyby nie to, wybrałbym przyjemniejszą drogę przez las. Przejście szosą miało jednak także pewne zalety. Nie chcąc zbyt długo wystawiać płuc na spaliny przejeżdżających samochodów, szedłem szybkim krokiem, jakim pewnie nie szedłbym w bardziej przyjemnych okolicznościach.

Doszedłszy do skrzyżowania szosy prowadzącej ze Skały z drogą prowadzącą m.in. do Ojcowa stwierdziłem, że asfaltu mam na dzisiaj dość. Zerknąłem na mapę i zdecydowałem, że przyjemniej i szybciej będzie wybrać drogę gruntową biegnącą przez las. Niestety, droga dość wyraźnie zaznaczona na mapie, w terenie się dość szybko skończyła. Kiedy skręciłem w jedną z jej odnóg wyszedłem na jakiś teren prywatny. Chcąc go ominąć, trafiłem na chaszcze i musiałem wykonać manewr chaszczowania (co to jest chaszczowanie, można przeczytać w Słowniczku).

Ostatecznie zrezygnowałem z pójścia odnogą i wróciłem na główny trakt wybranej wcześniej gruntowej drogi. Niestety, mapa wskazywała na to, że idąc nią wyjdę kawał drogi za naszym obozowiskiem i będę musiał nadrabiać dodatkowe kilometry, co nie uśmiechało mi się o tyle, że miało się już ku wieczorowi. Chcąc nie chcąc wyciągnąłem odbiornik GPS, zaznaczyłem przybliżoną pozycję naszego noclegowiska i poszedłem na przełaj przez las.

Las początkowo wyglądał przyjemnie, szło się w z górki, drzewa nie rosły zbyt gęsto. Ale kiedy doszedłem do najniższego miejsca, zrobiło się dużo mniej przyjemnie. Zaczęły się jakieś kolczaste zarośla, przez które z trudnością można się było przedrzeć. Poza tym teren zaczął się wznosić. Kiedy przeszedłem jeden taki zagon zarośli kilkadziesiąt metrów dalej trafiłem na kolejny. Przeszedłem i ten i w końcu wyszedłem na obszar lasu, który nie był tak gęsto zarośnięty. Zmęczony dotarłem do szosy biegnącej obok miejsca naszego noclegu i wkrótce znalazłem się na obozowisku, gdzie mieliśmy spędzić oprócz tej nocy także kolejną. Ale o tym już w następnej notce.

Poprzednią notkę zakończyłem na ostatniej prostej przed Pilicą. Dalsza droga prowadziła przez miasteczko i jego rynek aż do położonej nieco na skraju szkoły. Tutaj mieliśmy tego dnia nocować. Ale nie w samej szkole tylko na przyległym do niej terenie. Szkołę dość dobrze sobie przypominam. Kłopot mam tylko z przypomnieniem sobie warunków sanitarnych, ale coś mi się w głowie roi, że były nawet prysznice. Za to dość dobrze pamiętam, że bagaże wyładowano nam do szkoły na wypadek, gdyby miał spaść deszcz i je zamoczyć.

Po przyjściu na miejsce dość sprawnie poszło rozłożenie namiotów, choć wcześniej powstał dylemat, gdzie je rozstawić. Rozpatrywaliśmy kilka lokalizacji i w końcu wybraliśmy jedną z nich, choć jak sobie przypominam, nie byłem do końca przekonany, czy najlepszą z dostępnych. Ale i tak dobrze, że mieliśmy jeszcze wybór, bo wraz z przybywaniem kolejnych uczestników udostępniony nam teren zaczął się zapełniać namiotami i wybór lokalizacji był coraz mniejszy. Lokalizacja miejsca naszego noclegu została uwieczniona na poniższym zdjęciu.

Nocleg w Pilicy

Jak widać, rozłożyliśmy się blisko płotu, a ponieważ szkoła usytuowana była przy ulicy wylotowej z miasteczka, obawiałem się, czy hałas samochodów nie będzie nam przeszkadzał. Okazało się jednak, że nie przeszkodził, bo tej nocy dobrze się wyspałem.

Ponieważ przyszliśmy do Pilicy dość szybko i zostało nam jeszcze sporo dnia do zagospodarowania, więc zrobiliśmy sobie dwa spacery. Jeden po miasteczku w celach krajoznawczych, a drugi w celach konsumpcyjnych. Przy czym chyba ten drugi odbyliśmy jako pierwszy. Poszliśmy na obiad do baru „U Ryśka”, który mieścił się w uliczce równoległej do jednej z pierzei pl. Mickiewicza, czyli miejscowego rynku. Lokal był całkiem przyzwoity, kuchnia też. Tego dnia dzięki OWRP właściciel miał chyba nieco większy obrót niż zwykle, bo kiedy przyszliśmy, nasi już tam byli, a kiedy konsumowaliśmy obiad, jeszcze kilka osób z naszej trasy się pojawiło.

W ramach zwiedzania Pilicy weszliśmy między innymi na teren zabytkowego zespołu pałacowo-parkowego z pałacem Padniewskich. Sam budynek był wtedy w stanie dość żałosnym. Park w lepszym stanie, ale też widocznie zaniedbany. Jeśli kogoś bliżej interesuje historia pałacu, zapraszam na tę stronę. Po obejściu parku ruszyliśmy dalej w stronę miasteczka, które obejrzeliśmy dość pobieżnie. Poszliśmy na jego koniec przeciwległy do tego, gdzie rozłożyliśmy swoje namioty. Mieści się tam klasztor i kościół franciszkanów z obrazem Matki Boskiej Śnieżnej. O tym obiekcie można sobie poczytać na tej stronie.

Po trudach zwiedzania resztę czasu pozostałą do wieczora spędziliśmy na miejscu noclegu. Ja jeszcze tylko sprawdziłem, o której mam następnego dnia autobus. Tak się bowiem złożyło, że musiałem przerwać na jakiś czas rajd. Moje bagaże oddałem pod opiekę współtowarzyszom, a sam udałem się do swojego grajdołka w celach służbowych. Wróciłem na nocleg do Ojcowa, o czym napiszę zapewne już w kolejnej notce.

Kiedy próbuję sobie przypomnieć przebieg kolejnego dnia OWRP 2009, to mam z tym pewien problem. Dość dobrze pamiętam poranek, który był dżdżysty. Poranne zwijanie namiotów, zabiegi higieniczne, itp. Pamiętam nawet, kto udał się na posiedzenie do strefy zrzutu (ale może nie będę się tą widzą dzielił). Pamiętam też nasze wyjście w przeciwdeszczowych ubrankach, bo padało. Jednak dalszy ciąg trasy, przynajmniej na pewnym odcinku, potrafię sobie odtworzyć wyłącznie dlatego, że miałem odbiornik GPS, którego dokumentację można zobaczyć pod tym linkiem.

Pamięć moja zaczyna wykazywać chęć współpracy dopiero w okolicach Kroczyc. Pamiętam, jak wyszliśmy czarnym szlakiem razem z B. (R. z bratem tymczasem nas wyprzedzili o dobre kilkanaście minut) z lasu i ukazał nam się widok na drogę i właśnie na Kroczyce. Teraz jeszcze moja droga pamięć przywołała fragment wspomnienia z Lgotki, gdzie czarny szlak, którym szliśmy, był jakoś dziwnie poprowadzony i na chwilę jakbyśmy go zgubili. Pamięć podpowiada mi też, że już wtedy szliśmy tylko we dwoje i że bardziej cofnąć się wstecz w chwili obecnej nie potrafi.

W każdym razie z Lgotki przeszliśmy dalej w kierunku Kroczyć, a po drodze odwiedziliśmy niewielki cmentarzyk żołnierzy niemieckich z 1914 roku. To też stosunkowo dobrze pamiętam. Do Kroczyc wkroczyliśmy wzdłuż DK 78, co nie było zbyt przyjemne ze względu na dość intensywny ruch na tej drodze. Doszliśmy do okolic kościoła, którego wezwanie usłużna pamięć podsuwa mi w postaci św. Jacka. Ale nie wiem, czy mnie nie robi w balona. Sprawdzać nie będę trochę zaufania nie zaszkodzi okazać własnej pamięci.

W Kroczycach zrobiliśmy zaopatrzenie i dogoniliśmy R. z P. Dogoniliśmy na krótko, bo tak marudziliśmy z zakupami, że bracia poszli dalej, zanim skończyliśmy, czego im zresztą nie miałem za złe. W dalszą drogę mieliśmy się udać żółtym szlakiem, ale z początku nie mogliśmy trafić na jego początek. Trochę się pogubiłem na mapie, co mi się zwykle nie zdarza. W końcu jednak nieco okrężną drogą weszliśmy na ten szlak, który miał nas prowadzić. Szliśmy najpierw ulicą asfaltową, potem już tylko gruntową. Minęliśmy jakiś młodniak, po czym wspięliśmy się na wzgórze, na którym już tylko na wiarę przyjąłem, że idzie nim nasz szlak, bo nie było go na czym namalować. Po drugiej jednak stronie wzgórza prosto na szlak wyszliśmy, stąd wnoszę, że prowadził on właśnie tak, jak poszliśmy.

Niestety, w tym momencie moja pamięć znów odmawia podania jakichkolwiek dalszych szczegółów trasy aż do samej Pilicy, do której weszliśmy ulicą Zawierciańską. Ten kawałek drogi sobie przypominam. I metodą regresji bez użycia hipnozy udaje mi się odtworzyć wcześniejsze fragmenty. Mianowicie pamiętam, że szedłem przez Gulzów drogą asfaltową i jedna kobieta po drodze niepytana powiedziała mi, że „nasi” skręcili w drogę w bok. Zapewne chcieli przejść przez Giebło, żeby zobaczyć kościół św. Jakuba z XIII w. Ja też chciałem go zobaczyć, ale o ile potrafię to sobie dziś przypomnieć, to byłem wtedy zmęczony i z jakiegoś powodu lekko wkurzony. Może dlatego, że ostatecznie zostałem sam (jak i kiedy zgubiłem B., nie pamiętam). I nie wiem, czy zabrakło mi mapy, żeby to sobie dobrze obliczyć, czy cierpliwości, dość, że po krótkiej kalkulacji doszedłem do wniosku, że nadłożyłbym za dużo drogi i nie skręciłem na Giebło, ale poszedłem na wprost do Pilicy. Tymczasem to nie było aż tak dużo kilometrów do nadłożenia i trochę potem żałowałem.

I na tym, czyli na ostatniej prostej przed Pilicą, na razie zakończę. Ciąg dalszy w kolejnej notce.

Poprzednią notkę zakończyłem stwierdzeniem, że doszliśmy do Zdowa. Tę miejscowość odwiedziłem również podczas mojego pierwszego pobytu na Jurze. I przechodząc przez nią przypomniałem sobie tamtą wycieczkę. Okazało się, że pamiętam całkiem dobrze różne szczegóły: żółty szlak, który przechodzi przez Zdów; szkołę, którą mijałem i wtedy i teraz (poprzednio w przeciwnym kierunku); cmentarz po drodze, itp.

Ze Zdowa wyszliśmy czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd, którym doszliśmy po jakimś czasie do wiaduktu pod CMK. Za wiaduktem zmieniliśmy kolor szlaku i szliśmy dalej niebieskim Szlakiem Warowni Jurajskich. To był końcowy odcinek trasy tego dnia i byliśmy już trochę zmęczeni (a przynajmniej ja byłem). Tymczasem szlak prowadził na tym odcinku pod górę i to dość ostro. Przynajmniej mnie, zmęczonemu, tak się wydawało. Po podejściu szliśmy jakiś czas po równym terenie, po czym już na ostatniej prostej szlak zszedł w dół, a my zobaczyliśmy naszą metę tego dnia.

Nocleg tego dnia przewidziano na kempingu przy Gościńcu Jurajskim w Podlesicach. Trzeba przyznać, że miejsce było jak na nasze potrzeby aż za duże. W każdym razie wszyscy rozłożyli się tak, że nikt nikomu nie musiał deptać po linkach. Zagospodarowanie kempingu było bardzo dobre. Mieliśmy na miejscu lokal, w którym można było zjeść porządny obiad, co też zrobiliśmy jakiś czas po przyjściu i po zagospodarowaniu się.

Urządzenia sanitarne też były obecne w wystarczającej liczbie i standardzie. Pewną komplikacją było to, że prysznic był płatny, choć nie pamiętam, jaka to była kwota. W każdym razie na tyle duża, że jeden z nas wziął klucz, a trzech się wykąpało. Obsługa chyba jednak spodziewała się takich kombinacji, bo przysłała na przeszpiegi sprzątaczkę, która nie dość, że bezceremonialnie kręciła się wokół kabin prysznicowych w męskiej części umywalni (kabiny były co prawda z drzwiami, ale to i tak było krępujące) to jeszcze wyraźnie było widać, że mniej uwagi poświęca na sprzątanie, a więcej na obserwowanie otoczenia. Może miała czuwać, żeby nikt nikomu nie przekazywał klucza. Nam się w każdym razie udało, bo przekazania klucza dokonaliśmy zanim jeszcze przyszła ta „strażniczka kąpielowa”.

Z tego dnia zapamiętałem jeszcze, że na powitanie na mecie ponownie spadł deszcz. Na szczęście jednak nasze bagaże były schowane pod dachem i pod tym samym dachem schowaliśmy się i my. Nie na długo, bo deszcze tego dnia choć intensywne, to jednak padały dość krótko. Akurat kiedy zaczęło padać, zadzwonił do mnie dziekan S., bo za dwa dni miałem wrócić na jeden dzień do pracy, żeby dopełnić pewnych formalności. Porozmawialiśmy więc chwilę o tym i owym.

Nie przypominam sobie więcej szczegółów z przebiegu tego dnia wartych zapisania. Napiszę więc na koniec, że w nocy trochę nam przeszkadzał hałas ze znajdującego się po sąsiedzku hotelu. Chyba była tam jakaś impreza. Jednak mimo to jakoś udało mi się zasnąć i wstać na drugim dzień rześkim i wyspanym. Ale o tym już w następnej notce.

Kolejnego dnia OWRP przeszliśmy najpierw z Leśniowa do centrum Żarek. Zanim opuściliśmy miasteczko próbowałem namierzyć sklep, w którym mógłbym kupić baterie do mojego odbiornika GPS, jako że zużywał ich dość spore ilości (2 dziennie). Teraz tyle nie zużywa, bo mam akumulatory, które starczają na ponad 2 dni OWRP. Znalazłem, ale łatwo nie było. Po zaopatrzeniu się weszliśmy na czarny szlak i ruszyliśmy polną drogą w kierunku Mirowa. Jeśli kogoś interesuje, jak wyglądała nasza trasa tego dnia, zapraszam do kliknięcia w ten link.

Ten odcinek trasy był dość monotonny. Droga pięła się co prawda trochę w górę, ale w większości prowadziła otwartym polem. Po drodze mieliśmy kawałek lasu, ale niezbyt okazały. Pogoda była przyjazna, bo słońce nie znęcało się nad nami, piechurami, a i deszcz na razie wstrzymywał się z padaniem. Od czasu do czasu zza chmur wychylało się nawet słońce.

Po dojściu do Mirowa popłynąłem na falach wspomnień, bo znów znalazłem się na trasie, którą pokonałem samotnie w 2003 roku. Z tym, że ja szedłem w przeciwnym kierunku. Tutaj miałem wtedy jeden z noclegów po dość długiej trasie. Ale pomimo, że zrobiłem wtedy prawie 30 km jednego dnia, miałem ochotę iść dalej, kiedy zobaczyłem, jak wygląda „pole namiotowe”, które było zaznaczone w tym miejscu. A wyglądało ono tak, jak na poniższym zdjęciu.

Pole namiotowe w Mirowie...

Nie było tylko tak puste jak na tym zdjęciu, bo miałem szczęście trafić na jakąś imprezę. Co to była za impreza, to do dziś pozostaje dla mnie zagadką bytu. W każdym razie to pole było wtedy pełne namiotów, tak że ja sam rozłożyłem namiot na skraju lasu, który widać w tle na lewo od widocznego na zdjęciu słupa. Impreza wtedy była bardzo gwarna, a ja na dodatek obawiałem się, czy rozochocone towarzystwo nie zacznie robić jakichś głupich rzeczy. Ale jakoś dotrwałem szczęśliwie do rana. A rano odwiedziłem poniższy przybytek, który prezentował się wtedy nieco mniej zachęcająco. :)

Mirowski przybytek...

Po zwiedzeniu znajomych miejsc z towarzystwie mojej obecnej kompanii i po garści kombatanckich wspomnień poszliśmy się posilić. W barze zalogowała się już część naszej trasy, a kiedy kończyliśmy już posiłek, pojawiła się jakaś silna grupa pod wezwaniem, co przyspieszyło nasze wyjście w dalszą trasę. Grupa była co prawda emerycka, ale dość hałaśliwa, więc nie zostaliśmy dłużej.

Droga powiodła nas do kolejnego zamku na trasie, to znaczy do Bobolic. Szliśmy doń dokładnie po moich śladach z 2003 roku, choć, jak wspominałem, w przeciwnym niż ja wówczas kierunku. Zamek w Bobolicach jest w prywatnych rękach i jest przez właściciela restaurowany. W 2003 roku, o ile dobrze pamiętam, widać już było pierwsze efekty tych prac. Ja mam wiele wątpliwości, czy dobrym pomysłem jest podnosić z ruin jurajskie zamki i odpicowywać je na prywatne rezydencje czy nawet hotele. Zamek w Bobolicach w 2009 roku wyglądał jak na poniższym zdjęciu.

Zamek w Bobolicach

Niech każdy sam oceni, czy mu się to podoba, czy nie.

Kiedy dochodziliśmy do zamku w Bobolicach, deszcz już nie wytrzymał i lunął na nas krótko, ale intensywnie. Na szczęście byliśmy przygotowani, bo straszył nas już wcześniej. Koło zamku usiedliśmy na chwilę, żeby przyjrzeć się pracom na samym zamku i budowie budynku, chyba hotelowego, w bezpośrednim sąsiedztwie. Po kilkunastu minutach poszliśmy dalej i doszliśmy do Zdowa, a co było dalej, o tym w kolejnej notce.

Odpowiedź na ważne pytanie… ;)

środa, 23 Marzec 2011

Będzie mała dygresja sprowokowana przez lekturę zapytań z wyszukiwarek, jakie sprowadzają internautów na mój blog.

Otóż bardzo często pojawia się w nich pytanie: czy jadąc do Wilna muszę mieć paszport?

Odpowiedź brzmi: nie, nie, nie i jeszcze raz nie! :)

Poprzednią notkę zakończyłem na tym, że weszliśmy na czerwony szlak. Szlakiem tym doszliśmy najpierw do… baru. Nie pamiętałem nazwy tego baru, ale niezawodna Sieć podpowiedziała mi, że nazywa się on „Ostrężnik”. Z tego, co natomiast pamiętam i co Sieć również potwierdziła, słynie ten bar ze smażonego pstrąga. Nam poza pstrągiem zapadł w pamięć także sposób powiadamiania gości o tym, że ich danie jest przygotowane do konsumpcji. Mianowicie właściciel lub ktoś inny zastępujący go za barem, ma mikrofon, przez który oznajmia to gościom usadowionym w ogródku. Goście słyszą go przez głośnik, którym poza tymi komunikatami leci sobie muzyka. Nas to trochę ubawiło m.in. dlatego, że właściciel (sądzę bowiem, że to on był we własnej osobie) „taki miał radiowy głos”, że można było pomyśleć, że to jakaś lokalna stacja nadaje komunikaty o pstrągach i surówkach. :) Niestety, nie dam sobie niczego uciąć, że skonsumowaliśmy coś w tym barze. To znaczy wiem, że ja na pewno nie. Ale pamiętam, że R. miał ochotę na pstrąga, ale czy się ostatecznie na niego skusił, niestety nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że wypił tam piwo.

Po wizycie w barze ruszyliśmy na podbój zamku Ostrężnik. Mieliśmy o tym zamku dość błędne wyobrażenie sądząc, że przypomina on co nieco zamek. Dlatego dreptaliśmy wzdłuż szlaku, który nań prowadził usilnie próbując ustalić, gdzie ten zamek właściwie jest. Ja już nawet sięgnąłem po ostateczną instancję, odbiornik GPS, na którym miałem ten zamek zaznaczony. I okazało się, że jesteśmy właściwie o rzut kamieniem od niego. A jego jak nie widać, tak nie widać. W końcu oświeciła nas myśl, że może z tego zamku po prostu niewiele zostało, a kiedy przyjęliśmy taką opcję, dostrzegliśmy kilka śladów po budowli, jaka tu mogła kiedyś stać, co potwierdziło nasze przypuszczenia. Trochę nas to rozczarowało, bo mieliśmy jednak nadzieję zobaczyć zamek.

Dalszą drogę odbyliśmy niebieskim Szlakiem Warowni Jurajskich. Doszliśmy nim do asfaltowej drogi, która wprowadziła nas do miejscowości Żarki. To tutaj, dokładnie na przedmieściu Żarek o nazwie Leśniów, na terenie Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej mieliśmy kolejny nocleg. Miejsce na nocleg zarezerwowała na nam na terenie parku (czy też ogrodu?) sanktuarium niezawodna B. Zapomniałem bowiem o tym wcześniej napisać, ale B. tego dnia nie towarzyszyła nam w drodze, ale podjechała do Żarek. Nadwyrężyła sobie, o ile dobrze pamiętam, nogę i przejście dziennego dystansu nie wchodziło w grę. Plus tej sytuacji był jednak taki, że mieliśmy naprawdę dobrą miejscówkę. Pomiędzy dwoma budynkami, blisko toalet i łazienek, zacisznie i na uboczu.

W Żarkach, do których udaliśmy się zaraz po zakwaterowaniu na miejscu noclegu, postanowiliśmy coś zjeść. Wybraliśmy się w tym celu do knajpy o nazwie Wiejskie Jadło. Jadło było dobre, knajpa przyjemnie urządzona, choć wydaje mi się, że dość droga (ale to oczywiście pojęcie względne). W międzyczasie pogoda znów kaprysiła i raz wychodziło słońce, a raz zbierało się na deszcz.

Po konsumpcji wróciliśmy na nasze miejsce noclegu, skąd ja jeszcze wybrałem się do Żarek w poszukiwaniu „soku grejpfrutowego w opakowaniu naturalnym„, czyli po prostu grejpfruta. Miałem wtedy taki pomysł, żeby uzupełniać utracone w drodze płyny sokami owocowymi. Uznałem, że nie ma sensu kupować soków w kartonach, jeśli można je mieć w „opakowaniu naturalnym”. Kombinowałem też, że to powinno być tańsze rozwiązanie, bo dostaję produkt mniej przetworzony, więc nie ma narzutów związanych z pracą, jaką trzeba wykonać, żeby sok z owocu wycisnąć i zapakować w karton. Okazało się trochę później, że takie kalkulacje są błędne. Sok jest kilka razy tańszy od porcji owoców użytych do jego wytworzenia. Wolę nie dociekać, dlaczego.

W planach na ten dzień mieliśmy jeszcze zwiedzanie sanktuarium, a konkretnie kościoła. Spotkaliśmy się więc tam i wysłuchaliśmy dętej mowy jakiegoś zakonnika, któremu wydawało się, że jedną z najciekawszych rzeczy jest to, że mieli swego czasu u siebie zakonnika czarnoskórego, który był lokalną atrakcją i przyciągał ciekawskich. Pasjonujące…

Z tego pobytu w Leśniowie wspomnieć chciałbym jeszcze o dwóch rzeczach. Po pierwsze o cerowaniu buta. Tak się złożyło nieszczęśliwie, że moje buty trekkingowe, trzeba przyznać, że nieco już wysłużone, pękły mi tego dnia. Może bym się tym nie przejmował, gdyby nie deszcze, które nas od czasu do czasu nawiedzały na trasie, a po których miałem mokro w jednym bucie. Na szczęście niezawodna B. miała mocną nitkę z jakiegoś włókna sztucznego, więc po pewnym wahaniu usiadłem sobie na schodkach nieopodal namiotu i po raz pierwszy w życiu zacząłem sobie cerować buta. Dodam, że to pęknięcie powstało na części wykonanej ze skóry (kiedyś zamszowej). Późniejsze dni dowiodły, że było to dobre rozwiązanie, choć musiałem jeszcze przynajmniej raz sięgnąć po igłę i nitkę.

Drugą sprawą, o której chciałem wspomnieć, był kot albo kotka, ale nie wiem, czy to wtedy ustaliłem, bo nie pamiętam. Niech będzie, że kot. Kot był czarny i pół-dziki. Początkowo myślałem, że jest dziki, bo nie pozwalał się do siebie zbliżyć na więcej niż 3-5 metrów. Ale okazało się, że jeśli mu się czymś smakowitym pomacha przed nosem, to podejdzie, co sprawdziłem empirycznie, a nawet da się pogłaskać. Co ciekawe, skusił się nawet na żółty ser, co było o tyle wygodne, że tego mi akurat nie brakowało. Przywabiłem więc kota, który głośno się czegoś domagał, i korzystając z tego, że dał się obłaskawić, pogłaskałem go przez kilka minut. Później przekonałem się, że to zaufanie, jakie mi okazał, było chwilowe, bo jakiś czas później znów nie dał się podejść. Ale to dobrze. Im kot mniej ufa ludziom, którzy bywają okrutni wobec zwierząt, tym dłużej pożyje. Dlatego cieszę się, że ten się nie dał tak zupełnie oswoić.

Niedługo po nakarmieniu kota, bo działo się to już o zmierzchu, poszedłem spać. Noc minęła spokojnie i cicho, a co było następnego dnia, o tym w kolejnej notce.

Po burzliwej nocy, którą spędziliśmy pod dachem, pora była ruszyć dalej. Rano było pochmurno, ale nie padało. Niebo jednak zwiastowało opady, więc przeciwdeszczowe peleryny mieliśmy na podorędziu. Ja miałem własną, ale dostaliśmy też wszyscy „firmowe” peleryny z logo tegorocznego OWRP.

Ruszyliśmy szlakiem niebieskim na północ, po czym skręciliśmy na wschód w las. Drogą leśną doszliśmy do tzw. Klonowej Drogi, czyli alei wysadzanej klonami prowadzącej do Złotego Potoku wprost do pałacu Raczyńskich mieszczącego się na terenie zabytkowego parku. Uprzedzając nieco dalszy opis podam link do naniesionego na mapę nieco wygładzonego zapisu z odbiornika GPS, którym dokumentowałem opisywaną trasę tego dnia. Trasę tę można obejrzeć pod tym linkiem.

Pogoda niestety przestała nam sprzyjać w chwili, kiedy weszliśmy do Złotego Potoku. Po wejściu na teren parku zaczęło padać. Schroniliśmy się przed deszczem na ganku dworku Krasickich, który stoi nieopodal pałacu. Tutaj też wkrótce zaczęli docierać kolejni rajdowicze z naszej trasy. Między innymi M.

Chcieliśmy zwiedzić pałac. Choć właściwie powinienem napisać, że R. chciał, bo mnie pogoda nastroiła niechętnie do robienia dodatkowych kilometrów choćby nawet pod dachem. R. poszedł więc sprawdzić, czy można wejść do pałacu, ale okazało się, że nie. O ile dobrze pamiętam, to z racji prowadzonej renowacji.

Specjalnie mnie to nie zmartwiło. Teren ten zresztą już znałem z mojej wcześniej wspominanej samotnej wyprawy na Jurę. Tutaj w Złotym Potoku nocowałem w schronisku młodzieżowym mieszczącym się właśnie na terenie tego  parku, ale nieco dalej za pałacem. Pamiętam, że przyszedłem tego dnia trochę za wcześnie i czas, jaki pozostał do otwarcia schroniska spędziłem na terenie parku w jednej z altanek. Napatoczył się wtedy jakiś zapalony wędkarz, z którym chwilę porozmawiałem, choć trudno nam było znaleźć porozumienie, bo on mówił głównie o wędkowaniu, o którym ja nie mam większego pojęcia. Pamiętam, że tamtego dnia też pogoda była kapryśna. Kiedy już się zakwaterowałem w pokoju, za oknem lunął ulewny, ale krótki deszcz. Cieszyłem się wtedy, że jestem pod dachem, choć miałem też ze sobą namiot na wszelki wypadek.

Wracając do OWRP to nie mogąc zwiedzić pałacu weszliśmy do Muzeum Regionalnego im. Zygmunta Krasińskiego mieszczącego się w dworku, na którego ganku się schroniliśmy przed deszczem. Obejrzeliśmy eksponaty i ekspozycje licząc w cichości ducha, że deszcze może w tym czasie przejdzie. Jednak nic z tego. Po wyjściu z muzeum wciąż padał. Wyciągnęliśmy więc nasze przeciwdeszczowe „prezerwatywki” (o ile pamiętam, to ja zdecydowałem się założyć własną, a nie rajdową) i poszliśmy dalej tym razem zielonym szlakiem. Idąc nim za parkiem skręciliśmy w lewo, a potem opłotkami Złotego Potoku doszliśmy do studni na placu, jak później doczytałem, św. Jana Chrzciciela. Tutaj zrobiliśmy krótki postój.

Deszcze jakby nieco zelżał, ale okazało się, że przestać padać nie zamierza. Ruszyliśmy więc dalej nie czekając na poprawę pogody. Szliśmy zielonym szlakiem m.in. koło jaskini nazywanej Jaskinią Niedźwiedzią. Zajrzeliśmy do niej, ale nic ciekawe w niej nie było. Ot jama w skałach i sporo śmieci. I jeszcze jakby ślady po ognisku. Oprócz jaskini mijaliśmy też po drodze stawy rybne. Podobno w Złotym Potoku można zjeść smaczną rybkę, ale nie zdecydowaliśmy się, żeby to sprawdzić. Poza była za wczesna na obiad, a czekać do obiadu nie mieliśmy czasu.

W pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku zielonego i przeszliśmy na drugą stronę biegnącej przez Złoty Potok drogi wojewódzkiej. Tam szukaliśmy szlaku żółtego, którym chcieliśmy dojść do Bramy Twardowskiego. Szlak znaleźliśmy i szybko zgubiliśmy. Między innymi dlatego, że był błędnie wrysowany na mapę, jaką miałem wgraną do odbiornika GPS, a poza tym był też słabo wyznakowany w terenie. W końcu poszliśmy na azymut i znaleźliśmy rzeczoną bramę, co uwidocznione zostało m.in. na poniższym zdjęciu.

Brama Twardowskiego

Niedaleko bramy zrobiliśmy sobie mały popas. Właściwie polegał on na tym, że R. zrobił sobie i bratu kanapki. Po tym, jak je skonsumowali, doszliśmy prawie do drogi, wzdłuż której biegł zielony szlak i trzymając się tej drogi doszliśmy do jej skrzyżowania ze wspomnianą wcześniej drogą wojewódzką. Tutaj weszliśmy na bardzo fajną drogę pieszo rowerową poprowadzoną lasem, ale w niewielkim oddaleniu od drogi. Wcześniej jednak uwieczniliśmy baner reklamowy umieszczonym nad miejscem, gdzie się droga ta zaczynała. Przy okazji uwieczniony zostałem ja oraz R., co widać poniżej.

Szlak ku źródłom

Gdzie doszliśmy tym szlakiem i co się działo dalej, o tym już w kolejnej części.

Po trudach dnia opisanego wcześniej, ale jeszcze kiedy dzień ten trwał w najlepsze, zdecydowaliśmy, że warto by coś przetrącić. W samym Siedlcu nie było lokalu, w którym dałoby się skonsumować jakiś obiad. Ale postanowiliśmy sprawdzić, czy da się coś zjeść we wspomnianym wcześniej Ranchu Piekło. Poszliśmy więc tam, ale miejsce wyglądało na nieczynne. Kiedy się już zbieraliśmy do odejścia okazało się, że jednak ktoś jest i za chwilę zalogowaliśmy się do lokalu.

Wybór nie był zbyt wielki, bo zdaje się, że dzień wcześniej mieli jakąś imprezę. Coś jednak w lodówce zostało. Jeśli dobrze pamiętam, to pierogi. Grunt, że było na ciepło i można się było najeść. Najedzeni poszliśmy do schroniska. Mimo, że byliśmy lokatorami, nie mieliśmy przywilejów w dostępie do prysznica, więc podobnie jak inni musieliśmy czekać na swoją kolej, żeby się odświeżyć. Ponieważ nie chciało mi się stać w kolejce, odłożyłem to na później.

Żeby jednak podtrzymać ten tak dobrze rozpoczęty dzień zdecydowaliśmy się pójść na dupkę. A właściwie na Dupkę, czyli na niewielkie wzgórze niedaleko schroniska. Na tym wzgórzu jest jaskinia, którą można penetrować bez sprzętu speleologicznego. Nie wiem, jak jest duża, ale za głęboko się do niej wejść nie dało. No ale z drugiej strony to może i dobrze, bo jak się potem chwalić, że się weszło w Dupkę? :) No ale ponieważ dałem się uwiecznić na tle wejścia, więc nie mogę się wyprzeć, że byłem. ;)

Jaskinia na Dupce k. Siedlca

Z Dupki poszliśmy jeszcze na Pustynię Siedlecką, a potem dużym łukiem wróciliśmy do wsi. Po drodze B. udzieliła mi kilku lekcji botaniki. Niestety, ponieważ nie powtarzałem od tamtej pory materiału, większość tego, co się dowiedziałem, zapomniałem w międzyczasie. Ale zapamiętałem co najmniej jedno. Wiem, jak wygląda piołun. I ze zdumieniem skonstatowałem, że wielokrotnie się z tą rośliną stykałem nie mając pojęcia, jak się nazywa. Piołun kojarzy mi się głównie z absyntem, czyli piołunówką. Alkoholem, którym kilkadziesiąt lat temu niszczyli sobie zdrowie różnej maści artyści, przez co obrósł on na poły romantyczną legendą.

Po powrocie skorzystałem jeszcze z prysznica, zjadłem kolację i poszliśmy wkrótce spać. A noc była pełna wrażeń. Nad naszym obozowiskiem przeszła gwałtowna burza, która zlała równo namioty. Rano błogosławiłem pomysł, żeby tę noc spędzić pod dachem, choć wcześniej miałem poważne zastrzeżenie. A co było dalej kolejnego już dnia, o tym napiszę w kolejnej notce.

Kolejnego dnia OWRP 2009 trasa etapu wiodła z Olsztyna do miejscowości Siedlec. Trasę tego etapu można obejrzeć pod tym linkiem. Wyszliśmy z Olsztyna rano w komplecie i ruszyliśmy szlakami czarnym oraz zielonym na południe. Po kilkuset metrach spaceru wzdłuż drogi skręciliśmy na wschód i weszliśmy na pobliskie wzniesienia. Wspięliśmy się jak się dało najwyżej, czyli na wzniesienie o nazwie Biakło, i podziwialiśmy widoki. Poprosiłem też R., żeby mi zrobił kilka zdjęć w tym miejscu. Wynik tej sesji zamieszczam poniżej.

Na szczycie góry Białko (Olsztyn k. Częstochowy)

Widok z góry Biakło (Olsztyn k. Częstochowy)

Po zejściu ze wzgórz ruszyliśmy dalej tymi samymi szlakami, po czym w miejscu, gdzie szlaki te zaczęły się rozchodzić i krzyżować, podzieliliśmy się na dwie grupy. R. z bratem poszli dalej chyba szlakiem czarnym (ewentualnie zielonym, niestety, w tej chwili już nie pamiętam), a ja z B. poszliśmy Szlakiem Orlich Gniazd, który krzyżował się z naszym szlakiem. Zależało mi na tym, że uwiecznić za pomocą odbiornika GPS możliwie najdłuższy odcinek Szlaku OG i potem nanieść go na mapę UMP-pcPL.

Nie pamiętam już, czy była koncepcja, żeby się spotkać po drodze, ale jeśli nawet to i tak nic z tego nie wyszło. Ja z B. szliśmy najpierw Szlakiem OG, po czym jednak odbiliśmy na południe szlakiem żółtym z zamiarem przejścia na szlak zielony po dojściu do skraju lasu, którym wiodła droga. Pomysł ten udało nam się zrealizować jednak nie bez pewnych komplikacji, co widać na zapisie z odbiornika GPS. Otóż miejsce, gdzie przechodził zielony szlak było na tyle słabo oznakowane, że najpierw weszliśmy na dróżkę, która biegła skrajem lasu. Jednak po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jednak nie tędy droga i wróciliśmy do miejsca, gdzie zeszliśmy z żółtego szlaku.

Zielony dał się odnaleźć i ruszyliśmy już właściwą trasą, choć po drodze w jednym miejscu na chwilę z niej zeszliśmy nawet tego nie zauważywszy, bo „objazd” poprowadził nas znów na trasę szlaku. Odkryłem to odejście dopiero po powrocie z OWRP, kiedy przeanalizowałem zapis z odbiornika GPS i dokładną mapę.

Ten odcinek trasy nie był jakoś szczególnie ciekawy czy obfitujący we wrażenia estetyczne. Ciekawiej zrobiło się po zejściu z drogi asfaltowej, której kawałkiem prowadził szlak w okolicy miejscowości Krasawa Druga. Tutaj najpierw szliśmy szlakiem, z którego zeszliśmy albo który zszedł nam z drogi. Wytężając pamięć udaje mi się z niej wycisnąć, że szlak był kiepsko oznakowany i w końcu szliśmy jakimiś manowcami. Poza tym na mapie znajdował się obszar kuszący swą nazwą czyli Pustynia Siedlecka. Zeszliśmy więc najpierw na północ na pobliską drogę asfaltową, a potem wypatrywaliśmy jakieś ścieżyny, która by nas w okolice tej pustyni zawiodła.

I nie zawiedliśmy się. Trafiliśmy na tę pustynię, którą na przełaj przeszliśmy. Nie wiedząc jeszcze, jak wygląda Pustynia Błędowska, uznałem, że ta Pustynią Siedlecką robi wrażenie. Trochę nas jednak ta wędrówka po niej wymęczyła, więc doszedłszy w pewnym miejscu do płotu, który wyglądał na ogrodzenie prywatnej posesji, poszliśmy wzdłuż niego do szosy i na miejsce dotarliśmy po asfalcie. Po drodze minęliśmy przysiółek o nazwie Piekło, a w nim Rancho Piekło. Będę jeszcze o nim wspominał w moim opisie OWRP.

Z resztą naszej silnej grupy pod wezwaniem spotkaliśmy się w sklepie w Siedlcu, gdzie zaszliśmy przed zameldowaniem się na nocleg. R. z P. przyszli od północy niebieskim szlakiem, którego zresztą fragmentem mieliśmy dnia kolejnego udać się w dalszą drogę. Spotkawszy się w sklepie wymieniliśmy zdawkowe uwagi na temat trasy, zrobiliśmy zaopatrzenie i ruszyliśmy na nocleg, który był zaplanowany na polu zaimprowizowanym przy miejscowym schronisku młodzieżowym PTSM.

Nie pamiętam już w tej chwili, kto wyszedł z taką propozycją i dlaczego została ona przyjęta, ale zdecydowaliśmy jednak zapłacić i zanocować pod dachem zamiast w namiotach. Dostaliśmy dla naszej czwórki dużo większy pokój do dyspozycji niż wynikało to z naszej liczebności. Co było dalej, a trochę jeszcze się tego dnia zdarzyło, o tym napiszę w kolejnej części, żeby czytelników nie obciążać nadmiarem tekstu do czytania za jednym razem. :)

Pierwszego dnia OWRP 2009 organizatorzy zaproponowali przejazd z Olsztyna do Częstochowy autobusem, a potem powrót pieszo do Olsztyna na nocleg. Nie mając żadnego alternatywnego planu na ten dzień wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Częstochowy. Mieliśmy jednak pewne plany dotyczące samej Częstochowy. Chcieliśmy mianowicie zwiedzić Muzeum Produkcji Zapałek mieszczące się we wciąż jeszcze czynnym zakładzie. Adres dla zainteresowanych na poniższym zdjęciu.

Przed wejściem do Muzeum Produkcji Zapałek

Musieliśmy trochę poczekać przy portierni, aż zjawi się ktoś, kto mógłby nas po zakładzie oprowadzić. W końcu przyszła jakaś pani i weszliśmy.

W środku obejrzeliśmy m.in. kolekcję eksponatów związanych tematycznie z produkcją zapałek oraz film z produkcji. Samej produkcji nie zobaczyliśmy, bo zakład miał akurat przestój (krucho z zamówieniami), ale nie jest to podobno nic niezwykłego, że zwiedza się zakład w trakcie jego pracy. Patrząc na linię produkcyjną zastanawiałem się, czy bardziej jest to zakład produkcyjny, czy jednak muzeum, bo niektóre z nich były naprawdę wiekowe. Uchowały się tam mimo dość częstych pożarów (ostatni był zdaje się całkiem niedawno i jeszcze było widać ślady). Poniżej wrzucam kilka zdjęć z tego zakładu-muzeum, które jak zwykle zrobił R.

Pakowanie zapałek

Dużo zapałek...

Po uformowaniu łebków

Zapałki schnące w drodze do miejsca pakowania

Na zakończenie zwiedzania przeszliśmy do czegoś na kształt sklepiku z pamiątkami, a właściwie stoiska. Wybór był bogaty pod warunkiem, że się chciało kupić… zapałki. Ponieważ ja właściwie zapałek nie używam (jedynie do zapalania zniczy na grobie ojca), więc możliwości ich zakupu bezpośrednio od producenta nie traktowałem jako wyjątkowej okazji. W końcu kupiłem jakieś dwa fantazyjne opakowania.

Kiedy wyszliśmy z fabryki po zwiedzaniu zdecydowaliśmy, że może warto by coś przekąsić na drugie śniadanie i napić się kawy. Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy udając się do lokalu znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie dworca PKP. Nieco rozleniwieni dość długo tam zamarudziliśmy, aż w końcu R. się z niewiadomych powodów zirytował i postanowił nas opuścić razem z P. Teraz już wiem, o co mu chodziło, ale wtedy było to dla mnie zagadką. A skoro wiem, to napiszę, że R. chciał wrócić szybko do Olsztyna (przebąkiwał coś nawet o powrocie autobusem), bo chciał zobaczyć ruchomą szopkę Jana Wewióra, którą uwiecznił na poniższym zdjęciu.

Ruchoma szopka w Olsztynie k. Częstochowy

Z tą szopką jest taki kłopot, że można ją oglądać w określonych godzinach i dość wcześnie lokal z nią jest zamykany. Dlatego nasze guzdranie się groziło tym, że dojdziemy do Olsztyna już po godzinach otwarcia. Gdyby R. powiedział to otwartym tekstem, to może byśmy rzeczywiście wrócili autobusem. A tak uznaliśmy z B., że skoro w jedną stronę jechaliśmy, to nie godzi się wracać inaczej niż piechotą. W ten sposób, nie do końca rozumiejąc dlaczego, zostaliśmy sami z B. Ruszyliśmy więc w drogę zahaczając po drodze o sklep, w którym zrobiliśmy zaopatrzenie na wieczór.

Nie mieliśmy ochoty przechodzić przez kawał miasta, więc wsiedliśmy w autobus, który nas wywiózł na opłotki w okolice huty. Stamtąd dopiero ruszyliśmy z buta, a jak szliśmy, to można obejrzeć tutaj. Napiszę tylko, że założenie było takie, żeby iść cały czas czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd. Ale najpierw się w ogóle zgubiliśmy nawzajem z B., a potem ja zajęty walką z komarami, które cięły niemiłosiernie, zszedłem ze szlaku. Dopiero po jakimś czasie trafiłem na szlak czerwony, ale rowerowy. Ponieważ jednak prowadził w dobrą stronę i krzyżował się dalej ze Szlakiem Orlich Gniazd, więc się go trzymałem. Z B. też żeśmy się znaleźli wcześniej skontaktowawszy się telefonicznie i ustaliwszy, kto jest przed kim, bo oboje byliśmy na tym samym szlaku. A że to ja byłem z przodu, więc po zejściu z wzniesienia zwanego Zieloną Górą, które było po drodze, ległem sobie pod krzakiem i odpoczywałem dobry kwadrans. Po tym czasie przyszła B. i dalej szliśmy już razem.

Tymczasem R. zdążył wrócić do Olsztyna i oblecieć zarówno zamek (w którym ja znów nie byłem, choć w Olsztynie byłem po raz drugi) jak i szopkę. Tego dnia poszliśmy jeszcze, tym razem już w komplecie, do miejscowego kościoła. Jego atrakcją jest krypta z trumną zawierającą zwłoki żołnierza w mundurze konfederacji barskiej, który miał zginąć w bitwie w 1769 roku. Jego ciało w piwnicznym klimacie krypty zmumifikowało się i można go oglądać przez szybkę w trumnie.

Odwiedziny w kościele były zwieńczeniem tego dnia. Pozostało nam tylko zjedzenie kolacji i udanie się na nocleg do swoich namiotów.