Majówka 2008 (Międzyzdroje) - część druga
wtorek, 24 czerwiec 2008
Pociąg przyjechał, zająłem swoje miejsce i pojechaliśmy. Za oknem trochę padało, ale ponieważ była noc, nie miało to większego znaczenia. Próbowałem się zdrzemnąć, ale siedzenia w przedziale nie miały zagłówków między miejscami, więc nie mając o co oprzeć głowy miałem trudność w przyjęciu pozycji sprzyjającej drzemce. Mimo to udało mi się kilka razy zamknąć na dłużej oczy i odpłynąć nieco od rzeczywistości.
Dzień, który wstał po nocy spędzonej w podróży, nie zapowiadał się ciekawie. Było pochmurno, chłodno i zanosiło się na deszcz. Mało pociągający początek majówki. W czasie podróży wymieniłem kilka SMS-ów z R., żeby dowiedzieć się, czy też już jest w drodze. Myślałem, że może nawet jedzie tym samym pociągiem, ale okazało się potem, że przyjechał autobusem. Spotkaliśmy się na dworcu w Międzyzdrojach, gdzie po mnie wyszedł razem z P.
Przywitaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejsca naszego zakwaterowania, którym okazał się Dom Turysty PTTK (zdjęcie jest nieaktualne, bo w tej chwili nie ma tej drogi, która na zdjęciu jest przed budynkiem). Na miejscu nie było jeszcze B., która załatwiała naszą rezerwację, ale była jakaś pani w recepcji. Była i kipiała energią, ale nie był to ten rodzaj pozytywnej energii, jaką często emanują turyści i organizatorzy turystyki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że z pewną trudnością udawało się nam z nią dogadać, bo rozmowa od razu przybrała formę wielowątkową. Pani nie do końca widziała, czego chce się od nas dowiedzieć, ani jak otrzymane od nas informacje skonsumować. Zauważyłem, że obecność większej liczby osób najwyraźniej ją rozprasza i wprowadza jeszcze większe zamieszanie w jej działaniach, więc zostawiłem R. i P. w recepcji, żeby poszukać bankomatu i uzupełnić rezerwy gotówki. Chciałem opuścić pomieszczenie po angielsku, ale nie udało mi się, gdyż moje oddalenie się zostało zauważone przez panią recepcjonistkę, która zapytała mnie, dokąd idę, co wprawiło mnie w krótkotrwałą konfuzję. Podsumowując to spotkanie napiszę, że pani zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby rejestrującej zbyt wiele bodźców z otoczenia i nie dającej sobie rady z ich selekcją, hierarchizowaniem i reagowaniem wyłącznie na te najważniejsze. Efektem był męczący chaos działania. Z wyraźną ulgą opuściłem jej towarzystwo.
Nie zdążyłem jeszcze na dobre wyjść z budynku, kiedy pojawiła się B., co przyjąłem z niejaką ulgą, bo zakładałem, że ciężar dogrania sprawy naszego zakwaterowania weźmie na siebie. Co prawda zakładałem, że może to być przyczyną nasilenia chaosu, bo kolejna osoba, i to będąca źródłem silnych bodźców, mogła panią recepcjonistkę do reszty rozstroić, ale miałem to głęboko w nosie. Zapiąłem kurtkę, założyłem kaptur, bo cały czas albo mżyło albo się na to zanosiło i wyszedłem.
W drodze do bankomatu ktoś mnie zawołał po imieniu. W pierwszej chwili nie poznałem A., którego nie widziałem od roku. Ludzie w tym wieku bardzo się zmieniają w ciągu 12 miesięcy. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości i gładkich zdań poinformowałem go, że idę zatankować portfel i ruszyłem dalej. Ale po kilku krokach znów usłyszałem, jak znów ktoś woła mnie po imieniu. Tym razem miałem z identyfikacją osoby poważny problem. Starszy, drobnej budowy człowiek (niech mi wybaczy, jeśli to czyta) ostrzyżony krótko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakiś tutejszy. Może dlatego, że wyglądał na wysmaganego wiatrem i falami starego wilka morskiego. Zacząłem szybko przetrząsać zakamarki pamięci, żeby przypomnieć sobie, czy jest jakakolwiek szansa, że mam znajomego w Międzyzdrojach? Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Wreszcie po zdecydowanie za długiej chwili doznałem olśnienia: to był J. zwany częściej I., czyli ojciec A. i mąż B. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że ostatnio widziałem go prawie dwa lata temu, a poza tym nie spodziewałem się tam po prostu jego obecności. Z racji tej zdecydowanie zbyt długiej identyfikacji, na tyle długiej, że nie mogła nie zostać zauważona zwłoka, miałem do końca naszego wyjazdu niewielkie, ale dolegliwe poczucie winy. U mnie to się co prawda dość często zdarza, że mnie ktoś rozpozna pierwszy, zanim ja rozpoznam jego, ale bardzo rzadko bywa tak, że trwa to tak długo. Pocieszałem się myślą, że nie musiałem pytać “przepraszam, ale skąd my się znamy?”, albo udawać, że kogoś znam, a o kogo tożsamości nie miałbym pojęcia. Zmieszany, ale nie wstrząśnięty wydusiłem z siebie jeszcze bardziej zdawkowe słowa powitania oraz zaskoczenia tym miłym spotkaniem, po czym poczuwszy się jak skończony kretyn podążyłem w stronę bankomatu, który na szczęście nie był zbyt daleko.
Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, że sprawy zostały w międzyczasie załatwione i mogliśmy się rozlokować w naszych pokojach. My we trzech, tzn. ja, R. oraz P. dostaliśmy trójkę na pierwszym piętrze tuż przy świetlicy (która była o połowę mniejsza od naszego pokoju), a B. z rodziną trafili piętro wyżej. Oprócz wymienionych osób uczestniczyli jeszcze w tej majówce znajomi B., ale z racji tego, że rzadko wchodziliśmy ze sobą w interakcje i nie trzymaliśmy się kurczowo kupy, nie jestem dziś w stanie odtworzyć ani ich dokładnej liczby tej grupy, ani imion jej członków, ani nawet łączących ich wzajemnych relacji. Była co prawda okazja bliższej integracji przy alkoholu, ale nie wzięliśmy w niej udziału, bo akurat mieliśmy inne plany. Jak sobie przypomnę, kiedy to było i jakie to były plany, to może wspomnę o tym jeszcze w kolejnych częściach relacji. A na dziś to wszystko.
Majówka 2008 (Międzyzdroje) - część pierwsza
poniedziałek, 2 czerwiec 2008
Zakończyłem opisywanie jednego wyjazdu, więc przyszedł czas na kolejny. Tym razem poświęcę kilka notek tegorocznej majówce, którą spędziłem w Międzyzdrojach.
Wyjazd zaplanowałem sobie na środę wieczór. Było to trochę niewygodne, bo w środy w tym semestrze pracuję teoretycznie do 18.00, ale wcześniej odwołałem konsultacje i dzięki temu miałem kilka godzin więcej czasu przed wyjazdem.
Do Międzyzdrojów zdecydowałem się dotrzeć koleją. Możliwości były dwie: wyjazd z Warszawy lub z Kutna. Z Kutna byłoby taniej i spędziłbym mniej czasu w podróży. Ale tym razem zdecydowałem się jednak wsiąść do pociągu w Warszawie. Oznaczało to konieczność wcześniejszego rozpoczęcia podróży oraz przejechania ok. 100 km w kierunku przeciwnym do celu podróży, ale przynajmniej byłem spokojny, że zdążę na pociąg oraz że zajmę miejsce, na które miałem wykupioną miejscówkę, bez konieczności wypraszania kogokolwiek (w Polsce mamy dość swobodny stosunek do rezerwacji miejsc w środkach komunikacji, o czym przekonałem się już choćby jadąc na Litwę).
Z mojego grajdołka miałem wyjechać autobusem o godzinie 18.30. Przyszedłem na przystanek i czekam. Autobus wyraźnie się spóźnia. Wreszcie przyjeżdża, a ja słyszę, że przyjechał autobus z godziny 17.30. W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem, ale zapytałem kierowcę i okazało, że to prawda. Zapytałem więc, czy mnie wezmą, choć mam bilet na kurs godzinę późniejszy. Zgodzili się, co mnie bardzo ucieszyło. Miałem co prawda spory zapas czasu na przesiadkę, jednak perspektywa czekania jeszcze godzinę na swój autobus, bez gwarancji, że przyjedzie i nie spóźni się jeszcze bardziej niż ten, niespecjalnie mnie pociągała.
Niestety, okazało się, że zabrakło jednego miejsca akurat dla mnie i część drogi spędziłem siedząc na podłodze koło kibla (na szczęście był to taki lepszy autobus, gdzie jest miejsce przy kiblu i który częściej sprzątają). Na szczęście już w Wyszogrodzie zwolniło się jedno miejsce i do samej stolicy dojechał kulturalnie siedząc na siedzeniu.
Po drodze minęła nas bokiem gwałtowna burza. Nie była to zbyt pomyślna wróżba jeśli chodzi o pogodę na nasz długi weekend. Również po dojechaniu do Warszawy dosłownie kilka chwil przed tym, zanim wysiadłem z autobusu, zaczęło padać. Na szczęście miałem tylko kilka kroków do przejścia podziemnego, a po wejściu do niego aż do samego Dworca Centralnego znajdowałem się pod jakimś dachem.
Do odjazdu pociągu miałem sporo czasu więc pokręciłem się najpierw po dworcu, a potem usiadłem na peronie, z którego miałem odjechać. Z braku ciekawszego zajęcia obserwowałem kręcących się po peronach ludzi. Zauważyłem między innymi grupkę młodych mormonów, którzy prawdopodobnie przyjechali do Polski w ramach swojej misyjnej podróży w którą każdy mormon niedługo po osiągnięciu dorosłości musi się wybrać. Patrzyłem na nich w ich białych koszulach, czarnych garniturach i z plakietkami na piersiach, na których mieli nazwiska i zastanawiałem się, jak to jest, kiedy się jest tak religijnie głęboko zaangażowanym? Na pewno jest łatwiej, bo człowiek pozbywa się części wątpliwości. Ale też coś się traci: niezależność sądów, swobodę działania. Jak to w życiu: coś za coś. Oddaj się na służbę religii, poddaj się jej wymogom, a w zamian uzyskasz… nie, nie zbawienie. Jedynie obietnicę zbawienia, z której być może nigdy nie będzie miał okazji rozliczyć tych, którzy ją złożyli. A poza tym i przede wszystkim wsparcie i poczucie przynależności do wspólnoty. W zamian za pozbycie się wątpliwości i poddanie się czujnemu oku współwyznawców zyskujesz poczucie bezpieczeństwa. Transakcja wiązana, bo w życiu, wbrew temu, co twierdzą niektórzy kaznodzieje (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie ma nic za darmo. Czasem tylko dostajesz coś na kredyt, który i tak w późniejszym czasie spłacasz czując się do tego zobligowanym przez jego ciężar. :)
Wyjazd do Wilna - część jedenasta (ostatnia)
poniedziałek, 26 maj 2008
Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu na Litwie. Tego dnia przed południem mieliśmy zaplanowany powrót pociągiem z przesiadką w Szestokai. Niby pora naszego odjazdu z Wilna nie była jakoś specjalnie wczesna i niby my sami tego dnia wstaliśmy o rozsądnej porze, a jednak okazało się, że gdzieś pomiędzy godziną pobudki, a godziną odjazdu zmitrężyliśmy nieco za dużo czasu i ostatecznie na dworzec udaliśmy się już prawie biegiem. R. miał wcześniej jeszcze w planach odwiedzenie sklepu spożywczego, ale te plany musieliśmy między bajki włożyć. Nie dość, że nie starczyło czasu na wizytę w sklepie, to jeszcze R. narzucił takie tempo, że kiedy wsiadłem do pociągu, to czułem, że cały jestem mokry, a tu i ówdzie spływa po mnie wąska strużka potu (a przypominam, że była to zima).
R. chciał zrobić zakupy w spożywczym, a ja chciałem wysłać kartki, które napisałem przed wyjazdem, więc uznaliśmy, że może obie te sprawy da się załatwić w Szestokai (lit. Šeštokai). Każdy, kto był chociaż raz w tej miejscowości, w tym momencie może się uśmiechnąć z politowaniem. My teraz też jesteśmy bogatsi o wiedzę, że Szestokai, to dziura zabita dechami. Żadnego supermarketu tam nie ma. A ponieważ na dodatek była niedziela, więc nawet na zakupy w zwykłym sklepie spożywczym nie można było liczyć. R., który poszedł na rekonesans, udało się jedynie wrzucić moje pocztówki, bo skrzynka na listy akurat mu się nawinęła pod rękę.
Niedługo po naszym przyjeździe przyjechał pociąg z Polski, do którego wkrótce się zapakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do granicy zastanawialiśmy się, w którym miejscu ona przebiega. Ja próbowałem do odgadnąć obserwując… linię elektryczną średniego napięcia biegnącą wzdłuż torów. Doszedłem do wniosku, że tego typu linie na pewno nie przekraczają granicy (choć może jestem w błędzie), więc kiedy ta linia skręci i odejdzie od torów, to będzie wskazówka, że granica jest blisko. Ostatecznie nie udało mi się tego momentu zauważyć, ale za to wiedzieliśmy, kiedy znaleźliśmy się już w Polsce, bo na pierwszej stacji, na której zatrzymał się nasz pociąg, wsiedli do niego panowie ze Straży Granicznej. Paszportów nie sprawdzali ani bagaży, ale przeszli przez cały pociąg, po czym wysiadłszy na kolejnej stacji odjechali samochodem, który prawdopodobnie po nich przyjechał.
Dalsza podróż upłynęła nam spokojnie aż do Warszawy Zachodniej, gdzie wysiedliśmy. R. i P. jechali dalej do siebie pociągiem, a ja przeszedłem na dworzec autobusowy, gdzie kupiłem bilet do mojego miasteczka i w oczekiwaniu na odjazd (miałem sporo czasu) spacerowałem sobie po dworcu. I tak zakończyła się nasza litewska wycieczka. Chcę tam jednak wrócić. Tym razem może jednak nie do samego Wilna, ale żeby zapuścić się głębiej na teren Litwy. Może zajrzeć nad morze, a może nad granicę z Łotwą. Zobaczymy. A jeśli te plany się zmaterializują, to na pewno opiszę na łamach tego bloga, jak było. :)
Wyjazd do Wilna - część dziesiąta
poniedziałek, 19 maj 2008
Trochę zapuściłem ten blog, więc czas go ożywić. Najwyższy czas też zakończyć już opis naszej wyprawy do Wilna. Myślę, że oprócz tej notki poświęcę mu jeszcze jedną, ta więc będzie przedostatnia.
Nadjechał autobus, którym pojechaliśmy w kierunku dzielnicy mieszczącej szpital. Udało nam się bez problemów wysiąść na właściwym przystanku i dotrzeć do szpitala, który mieścił się niemal naprzeciw. Wrażenie robił, przynajmniej na mnie, niezbyt sympatyczne. Moloch postawiony na pewno jeszcze w czasach ZSRR w środku nie różniący się specjalnie od typowych polskich szpitali. Dotarliśmy do rejestracji, gdzie siedziała pani tak pasująca do stereotypu tego stanowiska, że poczuliśmy prawie tak swojsko jak w Polsce. Oczywiście o dogadaniu się nie było mowy, bo ona nie mówiła po polsku, a my po litewsku. Ale ponieważ widać było, o co chodzi, jakoś udało się załatwić formalności. Na litewskim formularzu zaznaczyła nam kobieta, gdzie mamy coś wpisać i sami domyślaliśmy się, co (w większości przypadków chodziło o to, żeby się podpisać). Potem dostaliśmy skierowanie do pokoju o określonym numerze i czekaliśmy na swoją kolej. A raczej na moment, kiedy wszystko wskaże na to, że jest teraz nasza kolej, bo przecież nie umieliśmy nawet zapytać “kto z państwa jest ostatni?”
W końcu weszliśmy. Obaj, bo R. chciał, żebym też wszedł. W pokoju, do którego dostaliśmy skierowanie przyjmował młody chirurg, co okazało się o tyle zbawienne w skutkach, że umiał się dogadać po angielsku, więc robiłem za tłumacza. Zapytał m. in. o ubezpieczenie zdrowotne, poprosił podczas badania, żeby R. poruszył palcem, zapytał, jak to się stało i kiedy oraz czy R. ma czucie w palcu. Potem coś jeszcze do mnie chciał powiedzieć, ale zabrakło mu słowa, ale ja się domyśliłem (niestety, teraz nie pamiętam, o co chodziło) i wyszła zabawna sytuacja, bo powiedziałem mu, że wiem, o co mu chodzi, chociaż też nie wiem, jak się to po angielsku nazywa. :)
W końcu R. dostał zastrzyk przeciwtężcowy i zabrali go do gabinetu zabiegowego na szycie, a my z P. czekaliśmy na korytarzu. Okazało się później, że jedna z pielęgniarek mówiła po polsku i kiedy R. poszedł na szycie, udzieliła mu wyjaśnień. Po zakończeniu szycia wróciliśmy jeszcze na chwilę do gabinetu chirurga, gdzie R. dostał receptę na “pain killer” i wyszliśmy.
Receptę, która wyglądała nietypowo, bo był to czysty karteluszek papieru z pieczątką lekarza i nazwą leku, chcieliśmy zrealizować na miejscu, ale okazało się, że apteka w szpitalu wbrew pozorom nie jest czynna dłużej niż typowa apteka, ale może nawet wręcz przeciwnie. Ustaliliśmy więc, że receptę zrealizujemy w mieście, ale że zrobiło się już dość późno, a my jeszcze nic nie jedliśmy od rana, priorytetem stało się znalezienie paszarni. W okolicy szpitala raczej nie można było o tym myśleć, bo ten został postawiony na odludziu i do najbliższej zabudowy był od niego spory kawałek drogi, a że były to bloki, nie było żadnej gwarancji, że gdzieś niedaleko jest jakaś knajpa. W tej sytuacji zdecydowaliśmy, że trzeba wracać do miasta. Wróciliśmy autobusem po dwóch podejściach. Najpierw wyszliśmy na przystanek, ale okazało się, że autobus będzie za pół godziny, więc po kilku minutach stania na mrozie wróciliśmy do szpitalnego hallu, żeby wyjść na przystanek bliżej godziny przyjazdu autobusu. Pamiętam, że wróciliśmy tam jeszcze raz, ale nie pamiętam, dlaczego.
W końcu dojechaliśmy do centrum i szybkim krokiem skierowaliśmy się do wytypowanej wcześniej restauracji, gdzie zamierzaliśmy się posilić daniami typowymi dla kuchni litewskiej. Były to między innymi zeppeliny, których nazwę wymawia się przez “z”, a nie przez “c”. Ja oprócz tego zamówiłem jeszcze wędzone świńskie ucho z groszkiem smażonym na boczku. To drugie danie było nieco mdłe, ale zeppeliny były pyszne. Do dziś wspominam ich smak z niejakim rozrzewnieniem. Do picia zamówiliśmy m. in. lokalne piwo (nazwy nie pomnę, ale R. na pewno pamięta) oraz deskę lokalnych alkoholi. W jej skład wchodziły: Starka, Trzy Dziewiątki (Trejos Devynerios), Zielone Dziewiątki (Žalios devynerios), Żurawinówka (Bobelinė) i Suktinis. Po tej degustacji zdecydowałem, że kupię sobie do domu butelczynę Zielonych Dziewiątek, bo są smaczniejsze niż Trzy Dziewiątki.
Pod koniec naszego posiedzenia w tej knajpie zwaliła się do niej jakaś brytyjska wycieczka i zrobiło się prawie tak, jak w Krakowie (mam na myśli to, co pisze prasa o wizytach młodych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa w grodzie Kraka). Zdecydowaliśmy się więc przyspieszyć nasze wyjście, ale nie mogliśmy się doczekać rachunku, bo obsługujący nas dotąd bardzo sprawnie i szybko młody kelner, musiał zająć się nowo przybyłym towarzystwem, któremu trzeba było dostarczyć sporej ilości piwa (było ich kilkunastu, jeśli nie ponad dwudziestu). Chłopak uwijał się jak w ukropie, a i tak nowi goście nie szczędzili mu połajanek nie mogąc doczekać się, kiedy dostaną do łapy szkło wypełnione piwem. Słowem, miła dotąd atmosfera wyraźnie się zwarzyła, więc zapłaciwszy rachunek i zostawiwszy spory napiwek, oddaliliśmy się na swoją kwaterę. Objedzeni jak bąki i w niezłym humorku położyliśmy się spać. Na drugi dzień mieliśmy zaplanowany powrót.
Wyjazd do Wilna - część dziewiąta
sobota, 26 kwiecień 2008
Zbliżam się powoli w mojej relacji do punktu kulminacyjnego. Kolejnym punktem programu była Ostra Brama i znajdującą się w niej kaplica, o której chyba nic więcej nie muszę pisać, bo została rozsławiona w “Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Z początku mieliśmy mały problem, żeby do niej trafić. To znaczy samą kaplicę widzieliśmy dość dobrze z ulicy, ale trochę się nabiedziliśmy zanim udało się nam trafić do miejsca, z którego się do niej wchodzi. W końcu się udało. Wewnątrz tłok, wiele osób klęczało wokół ołtarza i na schodach. Trzeba przyznać, że to robi wrażenie. Podobnie jak wiszące na ścianach wota. Myślę, że większość osób znajdujących się tam w tym czasie to byli Polacy. Zresztą głównie polską mowę było słychać, no i oczywiście była jakaś wycieczka z prowincji panów w mundurach OSP i towarzyszących im pań (zapewne z koła gospodyń wiejskich). Obrazek pasujący do tego miejsca, jak do żadnego innego w Wilnie. Niemal czuło się klimat polskiego, wiejskiego odpustu.
Po zwiedzeniu kaplicy i przylegającego doń kościoła weszliśmy na chwilę do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiłem mały drobiazg dla matki i dla siebie koszulkę pamiątkową z Wilna. Trochę mnie to uderzyło po kieszeni i domyślam się, że to była “ostrobramska marża”.
Po wizycie w Ostrej Bramie postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wileński Cmentarz na Rossie. Prowadził nas do niego R. Nie dało się nie zauważyć, że im bliżej byliśmy celu, tym ubożej wyglądało miasto. Pojawiły się nawet krany do pobierania wody. Gdybym nie zobaczył, to bym nie uwierzył, że w stolicy europejskiego państwa nie tak znowu bardzo daleko od centrum nie ma wodociągów. Kanalizacji pewnie też nie.
W pewnym momencie R. zarządził, że skręcamy w bok w jakąś niemal polną drogę. Droga jak na złość była kręta stroma i cała pokryta ubitym śniegiem, który był pieruńsko wyślizgany (ślizgały się na nim dzieciaki z pobliskich domostw). Zaczęliśmy powoli schodzić. Ja z P. nieco z przodu, R. nieco z tyłu. Nagle R. wywinął orła i rąbnął o glebę. Z początku wydało się mi to nawet zabawne, ale kilka minut później nie było mi już do śmiechu. Jakoś dotarłem na dół bez komplikacji, podobnie jak P. A R. został w tyle. Kiedy do nas dotarł zamierzałem poczęstować go jakąś żartobliwie złośliwą uwagą, ale zobaczyłem, że trzyma się za dłoń. Okazało się, że podczas upadku trafił ręką w odłamek szkła od butelki i skaleczył się w palec.
Początkowo myślałem, że to niewielkie draśnięcie, ale krew nie chciała przestać lecieć. Nie mieliśmy niestety przy sobie żadnych materiałów opatrunkowych (dobra nauczka na przyszłość), więc zarządziłem, że R. i P. mają zostać i czekać na mnie w tym miejscu do skutku, a ja idę poszukać apteki. Jak powiedziałem, tak też zrobiłem, ale już po 5 minutach dotarło do mnie, jak beznadziejnej misji się podjąłem. Okolica, w której się znaleźliśmy była słabo zaludniona. Nie tylko apteki, a żadnego sklepu w zasięgu wzroku nie było. W końcu znalazłem sklep spożywczy i wszedłszy do środka rzuciłem jedno słowo “vaistine“, czyli apteka po litewsku. Niestety, ze sprzedawczynią nie szło się dogadać ani po polski, ani po angielsku. W końcu znalazł się jakiś klient osuszający piwo, który powiedział, że to załatwi i wyjaśnił mi to po rosyjsku. Aptekę znalazłem, była niestety zamknięta. Może nawet napisane tam było, gdzie jest najbliższa otwarta apteka, ale dla mnie niewładającego litewskim taka informacja nie była zbyt przydatna.
Wróciłem po godzinie do miejsca rozstania z pustymi rękoma, ale na szczęście w międzyczasie zainteresował się sprawą jakiś Litwin. Wcześniej zaś pierwszej pomocy udzielili jacyś polscy wycieczkowicze. Co prawda dwa plasterki, jakimi obdarowali R. to nie było wiele, ale przynajmniej można było w ten sposób ranę zamknąć prowizorycznie (a była naprawdę głęboka). Przy okazji okazało się, jak chętni do pomocy są kierowcy. Wspomniany Litwin zatrzymał dwójkę kierowców: Litwina i Polaka. Okazało się, że żaden nie miał apteczki. Tak przynajmniej twierdzili, ale ja w to nie wierzę. Gdyby to był policjant, to jestem pewien, że apteczka by się błyskawicznie znalazła.
Spotkanie tego uczynnego człowieka było o tyle dobrą okolicznością, że przywrócił nam właściwe proporcje w myśleniu o tym, co się stało. Powiedział nam między innymi, że musimy z tym pojechać do szpitala na dyżur chirurgiczny. I w tym kierunku podjęliśmy dalsze działania. Najpierw autobusem dojechaliśmy do centrum, a dokładniej przed dworzec kolejowy. I tutaj zaczęły się korowody. Nasz przyjaciel, bo tak go chyba mogę nazwać, nie mógł się zdecydować, czy powinniśmy jechać dalej autobusem, trolejbusem czy taksówką. Na dodatek, ponieważ nie był z Wilna, nie bardzo wiedział, gdzie dokładnie powinniśmy pojechać i jaką linią. Z początku trochę poddaliśmy się temu zamieszaniu, pewnie to jeszcze skutek lekkiego szoku, w jaki na wprawiła ta sytuacja, ale wkrótce przejęliśmy inicjatywę.
Najpierw udało się ustalić, że musimy pojechać do szpitala mieszczącego się w dzielnicy Leszczyniaki (Lazdynai). Pomogła nam w ustaleniu tego jakaś miła kobieta, która mówiła po polsku. Wiedząc to znaleźliśmy sobie na mapie trasę dojazdu. Potem ja zaopatrzyłem nas w bilety i pozostało tylko czekać na autobus. W międzyczasie nasz uczynny litewski przyjaciel też zakupił nam bilety, więc mieliśmy je na powrót (ja początkowo nie wpadłem na to, żeby kupić też powrotne; co prawda można bilety kupić u kierowcy, ale za sporo wyższą cenę). Oczekiwanie na autobus zajęło nam trochę czasu, bo w tym kierunku rzadko w takim dniu (święto) jeździły autobusy. Sytuację naszą komplikował fakt, że temperatura była poniżej zera, a R. nie mógł przez zranioną rękę założyć rękawiczek, przez co trzęsło nim zimno (niezależnie od stresu). Ale i na to znaleźliśmy sposób.
W końcu doczekaliśmy się autobusu, a co było dalej, o tym napiszę w kolejnym odcinku.
Wyjazd do Wilna - część ósma
niedziela, 20 kwiecień 2008

Gośćmi tej uroczystości byli m.in. przywódcy pozostałych dwóch państw bałtyckich, dlatego na trzech masztach powiewały flagi Litwy, Łotwy oraz Estonii i hymny tych trzech krajów zostały odegrane na początku uroczystości. Ale był też bardzo miły, przynajmniej według mnie, polski akcent. Co prawda masztów starczyło tylko na trzy flagi, ale na pałacu prezydenckim wisiały cztery, a czwartą była właśnie flaga polska.
Wyjazd do Wilna - część siódma
poniedziałek, 31 marzec 2008


Wyjazd do Wilna - część szósta
piątek, 14 marzec 2008




Wyjazd do Wilna - część piąta
niedziela, 9 marzec 2008


Wyjazd do Wilna - część czwarta
niedziela, 2 marzec 2008
Wyjazd do Wilna - część trzecia
środa, 27 luty 2008




Pogrzebałem w CSS-ie
środa, 27 luty 2008
Wyjazd do Wilna - część druga
niedziela, 24 luty 2008
Wyjazd do Wilna - część pierwsza
piątek, 22 luty 2008


Wyjazd do Wilna - wprowadzenie
piątek, 22 luty 2008

Blog tematyczny
czwartek, 21 luty 2008
Zmiany poszły w dobrym kierunku
środa, 20 luty 2008
Grafika na bocznym pasku i CSS
wtorek, 12 luty 2008





