Po dojściu do czegoś na kształt centrum Sobieszewa zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zastanowić się, co dalej. R. Zaproponował, żebyśmy poszli obejrzeć rezerwat “Ptasi raj” na zachodnim skraju Wyspy Sobieszewskiej. Nie oponowałem i po chwili odpoczynku, podczas której R. robił różne zdjęcia, ruszyliśmy dalej na zachód.

Idąc trafiliśmy chyba na finał jakiegoś wypadku. I teraz pamięć płata mi figla, bo nie pamiętam w tej chwili, czy naszą uwagę zwrócił lecący i lądujący w pobliżu śmigłowiec, czy raczej jadący do niego na sygnale samochód straży najprawdopodobnie pożarnej. Wysilam pamięć i nie mogę sobie przypomnieć. Ale mniejsza o to. Zamiast rozstrzygnięcia, będzie zdjęcie.

Śmigłowiec w Sobieszewie

Śmigłowiec w Sobieszewie

A ciąg dalszy za czas jakiś w tej samej notce. :)

Kolejnego dnia OWRP mieliśmy zaplanowany nocleg w tym samym miejscu. To oznaczało, że rano odpadały nam czynności związane z pakowaniem się, zwijaniem namiotu, itp. Można było więc spokojnie wstać, zjeść śniadanie i coś sobie zaplanować na dzień cały.

Nie pamiętam już zbyt dobrze, co nam na ten dzień zaproponowało kierownictwo trasy, ale R., który się dobrze sprawdza w robieniu planów, zaproponował, żebyśmy ruszyli na drugą stronę Przekopu Wisły doszli do rezerwatu ptaków Mewia Łacha, a potem wzdłuż wybrzeża doszli do Sobieszewa.

Pomysł mi się spodobał, więc taki też plan zaczęliśmy realizować. Zaczęliśmy od przeprawy promem na drugą stronę Przekopu. Na poniższym zdjęciu jestem z P. na promie.

Na promie do Sobieszewa

Na promie do Sobieszewa

Po zejściu z promu złapaliśmy szlak i ruszyliśmy na północ. Idąc szlakiem w pewnym momencie wybraliśmy chyba złą odnogę na jakimś skrzyżowaniu, bo po pewnym czasie znaleźliśmy się w szuwarach tuż nad Wisłą. Szliśmy tak jeszcze jakiś czas przed siebie mając w pewnym momencie wrażenie, że za chwilę dojdziemy do końca stałego lądu, po czym jednak zdecydowaliśmy się zawrócić. Szliśmy początkowo po własnych śladach, ale przegapiliśmy miejsce, w którym zeszliśmy wcześniej z drogi w szuwary i tak szuwarami poszliśmy dalej, aż czegoś na kształt malutkiego nabrzeża skąd można było zejść na jakąś sensowniejszą drogę i ruszyć na zachód. Zanim jednak zeszliśmy z szuwarów R. zrobił nam zdjęcie na tle znaku wskazującego, na którym jesteśmy kilometrze od źródła rzeki. To zdjęcie jest poniżej. Muszę przyznać, że świetnie na nim wyszły te zarośla za nami. Lepiej niż my dwaj (znaczy ja i P.)

W drodze z Mewiej Łachy

W drodze z Mewiej Łachy

Jak błądziliśmy, można zobaczyć tutaj, choć GPS nie pokazuje na tyle dokładnie naszej drogi, żeby można było rozróżnić, kiedy szliśmy szuwarami, a kiedy drogą. Za to warto obejrzeć sobie ślad na zdjęciach satelitarnych, które dla tego kawałka Polski mają naprawdę niezłą rozdzielczość. Udało mi się na nich nawet znaleźć z dokładnością do kilkunastu metrów miejsce, gdzie rozbiliśmy namioty. :)

Kiedy uznaliśmy, że Mewią Łachę mamy już zaliczoną, postanowiliśmy zrealizować dalszy ciąg planu dnia. Niestety, wkrótce po tym, jak skręciliśmy na zachód zaczęła się psuć pogoda. Zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Zrobiło się nieprzyjemnie. Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy iść wybrzeżem, ale drogą prowadzącą wzdłuż niego, która była zasłonięta lasem. To, po czym szliśmy, nie było chyba zresztą nawet drogą, ale jakimś kanałem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Co jakiś czas z tego kanału wyprowadzone były studnie. Kilka z nich było odkrytych i próbowaliśmy do nich zajrzeć. Jednak to, co dało się zobaczyć, nie pozwoliło nam dociec, co to była za budowla.

Jak widać na śladzie z odbiornika GPS, w pewnym momencie zeszliśmy z naszej trasy i wyszliśmy nad morze. Niezawodny R. uwiecznił ten moment na zdjęciu.

Sobieszewo - nad morzem

Sobieszewo - nad morzem

Niedługo potem weszliśmy głębiej w las i za czas jakiś doszliśmy do Sobieszewa. Żeby było ciekawiej, akurat kiedy doszliśmy do czegoś na kształt centrum, pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i zaczęło nas grzać. A co było dalej, o tym w następnej notce.

OWRP 2008 – część szósta (Mikoszewo)

niedziela, 26 kwiecień 2009

Tak jak wspomniałem wcześniej, postanowiliśmy się trochę przespacerować po okolicy. Zdecydowaliśmy się dojść do przekopu Wisły, potem wałem przeciwpowodziowym dojść do śluzy o wdzięczniej nazwie “Gdańska Głowa”, a następnie wrócić na miejsce naszego noclegu tak, żeby zamknąć pętle. Jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy, a trasa tej wycieczki zarejestrowana odbiornikiem GPS znajduje się pod tym linkiem.

Kiedy wychodziliśmy pogoda była piękna. Gdzieś daleko na horyzoncie już gromadziły się chmury, ale nie zwracaliśmy na nie uwagi. Kiedy doszliśmy do promu chmury te trochę się przybliżyły, ale nie na tyle, żeby nas zaniepokoić. Mimo to wziąłem ze sobą pelerynę przeciwdeszczową. I bardzo dobrze zrobiłem, ale o tym później.

Wycieczka wałem była bardzo przyjemna. Szło się jak po łące. A na tej łące kilka razy spotkaliśmy bociany. Przyleciały i przysiadły na naszej drodze, chociaż dość daleko. Mimo to udało się nam do nich podejść bliżej niż się spodziewałem. Udało się nawet zrobić kilka zdjęć. Jedno z nich wrzucam poniżej.

Dwa boćki na łące

Dwa boćki na łące

W trakcie naszego spaceru z niepokojem obserwowaliśmy niebo, na którym gromadziły się chmury. Wydawało nam się jednak, sądząc po ich umiejscowieniu, po kierunku wiatru i po kształcie, że nas ominą. Niestety, pomyliliśmy się w rachubach i deszcz solidnie nas zlał jeszcze zanim doszliśmy do śluzy. Musiałem włożyć moje gumowe wdzianko, w którym widać mnie na zdjęciu poniżej. Akurat w czasie oglądania śluzy deszcz przestał na krótko padać i można było zrobić zdjęcia.

Gdańska Głowa i dwie głowy z centralnej Polski

Gdańska Głowa i dwie głowy z centralnej Polski

Po obejrzeniu urządzeń śluzy poszliśmy jeszcze obejrzeć cennik. Ceny nie były wygórowane, ale niezależnie od tego i tak nie mieliśmy zamiaru dać się spławić do Zatoki Gdańskiej. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to poniżej jest fotografia z cennikiem. Stan aktualności: lipiec 2008 r. :)

Cennik korzystania ze śluzy

Cennik korzystania ze śluzy

Idąc w stronę śluzy spotkaliśmy uczestników naszej trasy OWRP idących w przeciwnym kierunku. Spotkaliśmy się w okolicy połowy trasy. Widać nie tylko wpadliśmy na pomysł spaceru po wale.

Wracaliśmy przez jakiś czas w deszczu, po czym znowu wyszło słońce. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Kiedy dochodziliśmy do noclegowiska, znów się zachmurzyło, ale już się nie rozpadało. Zastanawialiśmy się, czy deszcz przeszedł także nad naszymi namiotami i dowiedzieliśmy się od osób, które zostały na miejscu, że tam też lało i to chyba nawet solidniej. Pamięć mnie już trochę w tej akurat kwestii zawodzi, ale wydaje mi się, że jeszcze tego dnia lub tej nocy nas podlało. Na szczęście nasze namioty okazały się wystarczająco odporne na warunki pogodowe i nic nam te deszcze nie zaszkodziły. Po dniu pełnym wrażeń z przyjemnością położyłem się spać. Depresja stała się już właściwie tylko wspomnieniem.

Tak minął kolejny dzień OWRP 2008.

Kolejnego dnia obudziłem się po dość dobrze przespanej nocy w znajomej hali. Tego dnia mieliśmy w planie przejście trasy z Nowego Dworu Gdańskiego do Mikoszewa. Ale chyba na pokuszenie poinformowano nas, że z Nowego Dworu do Mikoszewa można dojechać urokliwą kolejką wąskotorową. Początkowo byłem pełen zapału i chęci, żeby przejść zaplanowaną na ten dzień trasę, ale jednocześnie chciałem się kiedyś przejechać tą kolejką, a krótka analiza wykazała, że obu tych celów na tym OWRP zrealizować się nie da. Ostatecznie, z pewnymi wyrzutami sumienia zdecydowałem się jednak pojechać. To znaczy zdecydowaliśmy się, bo decyzja była wspólna.

Kolejka, o której wspomniałem, porusza się po trasie, która przypomina literę “T”. Jednym końcem tej litery jest Nowy Dwór Gdański (to jest dolny koniec pionowej laski tej litery), dwa inne końce to Mikoszewo (lewy koniec daszka) i Sztutowo (prawy koniec daszka). Skrzyżowanie zaś znajduje się w Stegnie. Kolejka nie kursuje jednak po całej literze “T”, ale rusza rano z Nowego Dworu Gdańskiego do Sztutowa, potem jedzie do Mikoszewa i trasą Sztutowo-Mikoszewo jeździ cały dzionek w tę i z powrotem. Na koniec zjeżdża do Nowego Dworu Gdańskiego, ale nie wiem, czy z Mikoszewa czy ze Sztutowa.

Tak więc podjąwszy decyzję, że jedziemy, wsiedliśmy do pociągu. Biletów nie kupowaliśmy wcześniej, bo te nabywa się u konduktora w czasie jazdy. Pociąg składał się z wagonów pełnych i takich jedynie zadaszonych ze ścianką do połowy wysokości. Ponieważ tego dnia była od rana piękna (może nie od samego rana, ale do tego czasu się wyklarowała), więc wybraliśmy wagon otwarty. Z początku było nas niewiele osób, ale im bliżej było godziny odjazdu, tym więcej przybywało pasażerów i to przede wszystkim naszych współrajdowców. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że nikt dziś prawdopodobnie nie pójdzie pieszo do Mikoszewa, tyle się zapakowało OWRP-owiczów. To mnie całkowicie rozgrzeszyło przede samym sobą z decyzji o przejechaniu dzisiejszej trasy.

Trasę przejechaliśmy całą, bo pociąg najpierw zawiózł nas do Stegny, gdzie wykręcił w stronę Sztutowa. Tutaj, co okazało się dwa dni później, mogliśmy obejrzeć miejsce naszego kolejnego noclegu, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy. Pociąg bowiem wykręcał niedaleko szkoły, na boisku której spędziliśmy dwie noce. Po zawróceniu pociąg “pomknął” do Mikoszewa, gdzie się z niego wypakowaliśmy. Właściwie to, jeśli dobrze pamiętam, nie dojechaliśmy do ostatniego przystanku, ale wysiedliśmy jeden czy dwa przed końcem.

Poszliśmy odszukać miejsce naszego kolejnego noclegu i zaklepać sobie jakieś dobre miejscówki. Na miejscu, a był to ośrodek wypoczynkowy, było jeszcze sporo wolnego miejsca, choć najlepsze lokalizacje były już pozajmowane. Wybraliśmy sobie jednak dość dobre miejsce na założenie tymczasowego gospodarstwa. Namioty staraliśmy się zawsze rozkładać tak, żeby ich wyjścia były zwrócone do siebie, a same namioty, żeby ograniczały teren czegoś na kształt podwórka. Nie zawsze się to udawało, ale tym razem było to możliwe.

Niestety, początkowo niezbyt szczęśliwie zacząłem rozkładać namiot, bo akurat na najlepszej trasie przejazdu samochodu wożącego nasze bagaże. Po stwierdzeniu naocznie, że inaczej samochód nie przejedzie niż korzystając z mojej namiotowej miejscówki zdecydowałem się na przeprowadzkę nieopodal. Tym razem ustawiłem jedna namiot w takiej pozycji, że między nim, a namiotem R. i P. została dość spora przestrzeń, która nie zniechęcała do przechodzenia przez nasze podwórko. Problem ten rozwiązaliśmy ogradzając przejście linkami od namiotu oraz tabliczką z ostrzeżeniem (na poniższym zdjęciu).

Mikoszewo - noclegowisko

Mikoszewo - noclegowisko

Po zajęciu miejsca, rozłożeniu namiotów obejrzeliśmy warunki sanitarne. Były cywilizowane choć jak zwykle niewystarczające jak na tę liczbę osób, jaka obozowała.  Do prysznica była kolejka. Do kibelka niekiedy też. Ale ogólnie było nieźle, bo z prysznica zdarzało się nawet wydusić ciepłą wodę.

Po obejściu terenu uznaliśmy, że warto coś począć z tak dobrze rozpoczętym dniem, bo do wieczora zostało jeszcze ładnych parę godzin. Postanowiliśmy więc trochę pochodzić, żeby jednak poczuć się jak na rajdzie pieszym. Ale o tym, gdzie przeszliśmy i co widzieliśmy, napiszę już w następnej notce.

Jak napisałem w poprzedniej notce, zdecydowaliśmy się podwieźć sobie tyłki do Nowego Dworu Gdańskiego. Jeśli miałem z tego tytułu jakieś wyrzuty sumienia, to wkrótce się ich pozbyłem. A to za sprawą gwałtownej burzy połączonej z oberwaniem chmury, które spotkały nas po drodze. Na szczęście byliśmy w tym czasie w autobusie i ja bardzo się z tego tytułu cieszyłem, bo lało tak, że przez szyby nie można było chwilami nic zobaczyć poza strugami wody. Ulewa nie skończyła się zanim dojechaliśmy do celu i na dworcu w Nowym Dworze Gdańskim musieliśmy szybko przebiec do budynku. Żeby było zabawniej, deszcz ustał dosłownie kilka minut później.

Poszliśmy zlokalizować nasz nocleg, który, jeśli mnie pamięć nie myli, został wyznaczony na terenie należącym do miejscowego klubu sportowego. Po ulewie, która nas spotkała, straciłem ochotę na spanie pod namiotem. Szczególnie, że deszcz, w znacznie mniejszym już na szczęście natężeniu, powracał. W innych okolicznościach pewnie by mnie to nie zniechęciło, ale jeszcze nie byłem w pełni sił, szczególnie psychicznych.

Kiedy doszliśmy na miejsce noclegu czekały tam nas tam pewne niespodzianki. Część z nich przyjemna, a część wręcz przeciwnie. Do nieprzyjemnych należała ta, że kierownictwo naszej trasy zostało zaskoczone przez załamanie pogody i przez to część bagaży zamokła. Moje bagaże akurat nie zamokły i to była jedna z miłych niespodzianek, jakie mnie tego dnia spotkały. Niestety takiego szczęścia nie miał R. Cześć jego rzeczy, w tym śpiwór, ucierpiała w ulewie. Druga, moim zdaniem bardzo miła, niespodzianka była konsekwencją tej pierwszej. Otóż gospodarze udostępnili nam halę sportową, która znajdowała się na terenie przeznaczonym na nasz nocleg. Bardzo się z takiego obrotu spraw ucieszyłem i zająłem dla naszej trójki strategiczne miejsce w narożniku. Znaleźliśmy tam dwie zakurzone wykładziny, które rozwinęliśmy sobie, żeby nie spać bezpośrednio na parkiecie.

Warunki w gruncie rzeczy były spartańskie, bo i hala nie była pierwszej młodości (m.in. dach przeciekał niedaleko naszych legowisk), do tego wyglądała, jakby dawno nie była używana, bo wszystko było zakurzone i zapuszczone. Ale dla mnie to było lepsze niż najlepszy hotel. Przynajmniej w zderzeniu z perspektywą spędzenia nocy z namiocie. Tego dnia miałem do tej opcji taką niechęć, że cieszyłem się jak diabli, że spędzę noc pod dachem.

Dość sprawnie zagospodarowaliśmy się oddzielając plecakami nasz teren i rozłożywszy na parkiecie wykładzinę w kilku wartswach, żeby było bardziej miękko.  Na jednej ze ścian, do której przylegała nasza część hali znajdowały się drabinki, więc R. mógł na nich rozwiesić sobie te rzeczy, które zamokły mu wskutek niefrasobliwości kierownictwa trasy. R. zrobił też zdjęcie naszego kącika sypialnego, więc mogę teraz pokazać, jak wyglądał. Na zdjęciu poniżej.

Kącik sypialny w Nowym Dworze

Kącik sypialny w Nowym Dworze

Po wstępnym zagospodarowaniu się zrobiliśmy jeszcze tego dnia zakupy i zwiedziliśmy miasto (w tym miejscowe muzeum stworzone przez lokalnych pasjonatów). A potem poszliśmy spać po dniu pełnym wrażeń. I tak zakończył się kolejny dzień OWRP 2008.

W Nowym Stawie, jak pisałem wcześniej, zrobiliśmy sobie postój. Zdaje się, że nawet razem z popasem, ale nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, co i gdzie konsumowaliśmy i czy w ogóle. Ten fragment moich wspomnień jakoś dziwnie zatarł się w pamięci. Pamiętam za to, dzięki zdjęciom zrobionym przez R., że się nieco wzruszyłem pewnym widokiem. Na poniższych zdjęciach prezentuję to, co mnie tak wzruszyło. :)

Słodownia EB w Nowym Stawie

Słodownia EB w Nowym Stawie

Nie wiem, czy czytający tę notkę pamiętają jeszcze takie piwo, co się nazywało EB. Ja mam do niego sentyment, bo bardzo je lubiłem. To ta firma wypuściła chyba jako pierwsza w Polsce piwo czerwone. Mam nawet etykiety z pierwszej serii. A na poniższym zdjęciu R. uchwycił dla mnie “przeszłości śpiew”, czyli logo EB na nieczynnym już budynku należącym do tej firmy.

Logo EB - wspomnienie przeszłości...

Logo EB - wspomnienie przeszłości...

Ale to nie jedyne ciekawe rzeczy, jakie można obejrzeć w Nowym Stawie. Jest ich trochę więcej. Jeden z ciekawych obiektów widać na poniższym zdjęciu. Powiedziano nam na odprawie, że jest to kościół w kształcie ołówka. Okazało się, że to tylko pół prawdy, bo kościół ma kształt dość typowy (to ten obiekt na dalszym planie), a w kształcie ołówka jest jego dzwonnica.

"Ołówek" w Nowym Stawie

"Ołówek" w Nowym Stawie

Chciałem sobie zrobić zdjęcie z tym ołówkiem. Poprosiłem R., żeby tak wykadrował, żebym był na zdjęciu i ja widoczny i ta budowla. Okazało się, że tak się nie bardzo da. Dlatego ostatecznie wykadrowałem siebie z tego całego zdjęcia i taki przynajmniej jest z niego pożytek, że się uwieczniłem. Poniżej.

Na rynku w Nowym Stawie

Na rynku w Nowym Stawie

Z Nowego Stawu trasa wiodła do Nowego Dworu Gdańskiego, ale jakoś trudno się nam było zmobilizować do dalszej drogi. Zaczęliśmy, o zgrozo, rozważać możliwość podjechania do celu autobusem. Przyznam się, że byłem za, a nawet przeciw temu pomysłowi. Z jednej strony argumentowałem, że nie po to przyjechałem na OWRP, żeby sobie dupę podwozić autobusami, ale z drugiej strony duch był we mnie mdły tego pierwszego dnia, a poza tym pogoda straszyła kolejnymi deszczami. W końcu pobiwszy się z myślami swoimi i moich współtowarzyszy zdecydowałem, że możemy jechać, jeśli oni też mają chęć.

Okazało się, że chętnych do podjechania było sporo i to byli w większości turyści z naszej trasy OWRP. To mnie jeszcze do końca nie przekonało o słuszności podjętej decyzji, ale to, co zdarzyło się w czasie jazdy już zdecydowanie tak. Ale o tym napiszę już w kolejnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Drugi dzień OWRP, a pierwszy dzień wędrówki i pierwszy dzień spędzony w całości na Rajdzie był pod pewnym względem przełomowy. I sporo się w nim, jak na jeden dzień, zdarzyło. Można by tym obdzielić kilka nudniejszych dni rajdu. A zaczęło się nieciekawie. Ranek był pochmurny i dżdżysty. To mnie od rana wprawiło w humor raczej wisielczy. Zanim zwinęliśmy namioty i wygrzebaliśmy się z miejsca noclegu, deszcz rozpadał się na dobre. Musiałem założyć na siebie ciężką, gumową pałatkę z demobilu Bundeswehry, pod którą pociłem się nie mniej niżbym mókł bez niej.

Jeszcze w komplecie ruszyliśmy w drogę. W komplecie, to znaczy razem z B. Przeszliśmy miastem do zamku, po czym biegnącą obok drewnianą kładką przekroczyliśmy Nogat. Na drugim brzegu rzeki postaliśmy chwilę, żeby opóźnić moment pożegnania. Zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych zdjęć na tle zamku i w końcu przyszła ta chwila, kiedy wyściskawszy się z B. poszliśmy we trójkę ulicą Wałową w kierunku Kałdowa, a B. zawróciła do miasta, żeby za czas jakiś odjechać do siebie do domu. Na poniższym zdjęciu jesteśmy we trójkę: ja, B. i P. Ponieważ B. poprosiła mnie, żebym jej facjaty na zdjęciach nie prezentował, więc ją rozmyłem. Dla towarzystwa rozmyłem też facjatę P.

Na tle zamku w Malborku

Na tle zamku w Malborku

Pogoda się nie poprawiała, podobnie jak mój humor, ale parłem twardo do przodu zakarbowawszy sobie, że im szybciej dojdziemy do celu, tym lepiej, najwyżej padnę gdzieś po drodze. Byłem zdesperowany i zdeterminowany.

Wkrótce zeszliśmy z drogi krajowej 55 na jakąś podrzędną drogę i szliśmy w kierunku Stogów, gdzie znajduje się cmentarz mennonitów. To jeden z największych i najdłużej “czynnych” cmentarzy. Podobno ostatni pochówek miał na nim miejsce w latach 80-tych zeszłego wieku. Chcieliśmy odnaleźć grób z tego pochówku, ale się to nam nie udało, choć obeszliśmy prawie cały cmentarz. Obejrzeliśmy też stojący koło niego kościół rzymskokatolicki wzniesiony na miejscu dawnego menonickiego zboru.R. robił zdjęcia w tej okolicy, ale ponieważ pogoda była nieciekawa, więc zamiast tamtych wrzucać tamte zdjęcia podlinkuję te, na których widać nie tylko sam cmentarz, ale także kościół w pięknym słońcu.

Wziąłem ze sobą na ten OWRP mojego GPS-a, dlatego mam zapis tras, które codziennie robiliśmy. Dane wrzucałem do serwisu Every Trail. Poniżej jest link do zapisu trasy pierwszego dnia: OWRP 2008 – 7 lipca

Cmentarz mennonitów znajdował się trochę z boku naszej trasy. To jest na mapie trasy ten “skok w bok”. Po jego zwiedzeniu zawróciliśmy, choć można było iść okrężną drogą, żeby nie deptać po własnych śladach. Pogoda jednak nie zachęcała do dłuższych spacerów, więc obraliśmy azymut na Nowy Staw. Zdecydowaliśmy się iść po zlikwidowanym torze kolejki wąskotorowej. Wydawało nam się, że to dobry pomysł, bo tor prowadził prosto i dokładnie do celu. Jednak po pierwszych stu metrach pożałowaliśmy wyboru. Tor był zarośnięty trawą, która była, co naturalne w czasie deszczu, nasiąknięta wodą. Nim doszliśmy do połowy trasy, w butach nam już chlupało. Niestety, zejść z toru mogliśmy dopiero na najbliższym skrzyżowaniu z drogą, bo przejście po otaczających łąkach groziło jeszcze większą powodzią w butach.

W końcu doszliśmy do drogi. Stały przy niej niewysokie, betonowe słupki. Przysiadłem na jednym i zdjąłem po kolei buty, żeby wylać z nich (dosłownie) wodę. Wyżąłem też przy tym skarpety. Sytuacja była niewesoła, ale mnie paradoksalnie niezmiernie rozbawiła. Jeszcze się na dobre nie rozpoczął dzień, a my już mamy powódź w butach. Jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. :)

Nie wróciliśmy już na tor, choć prowadził dalej prosto do celu. Wybraliśmy asfalt. O ile pamiętam, to obyło się bez kolejnych niespodzianek i przez Tralewo oraz Laski doszliśmy do Nowego Stawu. Do celu naszej wędrówki tego dnia, czyli do Nowego Dworu Gdańskiego, mieliśmy jeszcze kawałek drogi, więc zdecydowaliśmy się zrobić tutaj popas.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Trasa, na którą zapisałem się w ramach OWRP 2008 zaczynała się w Malborku. Musiałem się zatem jakoś do tego Malborka dostać, ale jak dokładnie przebiegła ta podróż, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miałem nadzieję, że spotkam się z R. gdzieś po drodze (potem okazało się, że było to niemożliwe, ale może będzie okazja o tym jeszcze napisać). Za to dość dobrze pamiętam, że wysiadłem w Malborku z tobołami i bagażem wspomnień, jakie wiązały się z tym miastem: m.in. pewnym jednocześnie przykrym i miłym przeżyciem. Przykrym dla kogoś, kto był mi wtedy bliski, ale paradoksalnie zaowocowało to czymś przyjemnym dla mnie (nie była to jednak radość z cudzego nieszczęścia).

Tak więc wysiadłem z pociągu na znajomym dworcu i trochę bezradny (z racji ówczesnego stanu mojej psychiki) z mapką w jednej ręce i z odbiornikiem GPS w drugiej starałem się ustalić, gdzie powinienem skierować swoje kroki. Wahałem się między dwoma postawami: z jednej strony chciałem uważać, że Malbork znam na tyle dobrze, że mogę się w nim odnaleźć bez sięgania po mapy i podobne pomoce; z drugiej czułem, że to, co napisałem wcześniej nijak ma się do otaczającej mnie rzeczywistości. W końcu poszedłem na kompromis, czyli stanąłem przed planszą z planem miasta i próbowałem wykoncypować, jak trafić na obozowisko.

Oszczędzając czytelnikom szczegółów odnajdywania drogi napiszę, że na miejsce trafiłem, choć w jednym momencie bliski byłem zbłądzenia. Ostatecznie przekroczyłem bramę ośrodka, gdzie rozłożyła się moja trasa i pierwszą spotkaną osobę zapytałem, gdzie jest kierownictwo trasy. Skierowany we właściwe miejsce dopełniłem wszelkich formalności, po czym zacząłem się rozglądać za jakimś miejscem na rozbicie się. Stroniłem do ludzi, więc wybrałem sobie miejscówkę, która była jednocześnie blisko kierownictwa i kibelków, a z drugiej strony wystarczająco daleko od innych uczestników.

Rozłożyłem namiot i położyłem się w środku czekając na R. oraz P., którzy już mieli być w drodze.  I byli. Razem z niespodzianką. Dotarli na miejsce obozowania niedługo po mnie. Ale zanim mnie znaleźli, dostałem SMS-a od B. z pytaniem, czy jestem na lewo, czy na prawo od bramy. Przez naprawdę krótką chwilę pomyślałem, że musiała mnie z kimś pomylić. Wiedziałem, że z przyczyn obiektywnych miało jej nie być na tym OWRP, więc potraktowałem w pierwszej chwili ten SMS jako wysłany pod niewłaściwy adres, ale zanim odpowiedziałem w tym duchu w mojej głowie pojawiła się myśl, że ta szalona kobieta rzeczywiście przejechała kawał Polski, żeby się tutaj zjawić. Rzeczywistość okazała się być nieco bardziej skomplikowana, ale o tym później.

Odpisałem, zgodnie z prawdą, że jestem po lewej stronie od bramy. Za chwilę już witaliśmy się serdecznie, a ja miałem dosłownie łzy w oczach (no cóż, w depresji człowiek wyjątkowo łatwo się rozczula). Po wymianie uprzejmości R. poszedł się zameldować na biwaku, a ja zamieniłem kilka słów z B. Potem R. z P. wzięli się za rozstawianie namiotu. Tego ich nabytku jeszcze nie widziałem. Trzyosobowy namiot z obszernym przedsionkiem na tle mojej “czołgopodobnej” jedynki (choć formalnie dwójki) prezentował się imponująco. Ale taki namiot nadaje się na imprezy takie jak OWRP, gdzie bagaże wrzuca się na pakę i chodzi się z niewielkim plecakiem. Na imprezę samodzielną z takim namiotem na grzbiecie nie chciałbym się wybrać. :)

Przyczyna obecności B. w Malborku wyjaśniła się dość szybko. Otóż razem z R. i P. wybrali się do Mrągowa na Mazurską Noc Kabaretową. Potem R. namówił ją, żeby przyjechała z nimi do Malborka choćby na inaugurację OWRP. Długo się nie dała namawiać i w ten sposób stawiła się na starcie.

Po opadnięciu pierwszych emocji, rozstawieniu namiotów, dopełnieniu obowiązków meldunkowych i tym podobnych stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z tak dobrze rozpoczętą końcówką dnia. Stanęło na tym, że B. zostaje na noclegowisku, żeby odpocząć, a nasza trójka idzie na miasto.

Poszliśmy oczywiście do największej atrakcji Malborka, czyli do zamku, aby tam obejrzeć widowisko typu światło-dźwięk, które odbywa się od lat według tego samego scenariusza. Widziałem to widowisko już co najmniej raz sześć lat wcześniej, kiedy jechałem na rowerze do Władysławowa. Jeden z naszych noclegów wypadł wtedy właśnie w Malborku i oczywiście udaliśmy się na zamek. Tym razem jednak też poszedłem. Dla towarzystwa, za którym się stęskniłem.

Po obejrzeniu, a właściwie głównie odsłuchaniu widowiska poszliśmy jeszcze w miasto. Jeśli dobrze pamiętam, to w celu uzupełnienia zapasów gotówki. Wreszcie dość późno w nocy, ale jeszcze przed północą wróciliśmy do naszych namiotów. Na mnie w namiocie czekała niespodzianka w postaci B., która postanowiła się w nim zdrzemnąć. Dłużej jednak nie mogłem jej gościć, bo moje warunki lokalowe na to nie pozwalają. Dlatego B. na noc poszła do R., którego namiot trzy osoby mieści zapewniając im, jak na warunki namiotowe, spory komfort.

I tak zakończył się dzień pierwszy OWRP 2008.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Czas na OWRP 2008 – słowo wstępne

poniedziałek, 2 marzec 2009

Po tym, jak opisałem Majówkę w 2008 roku czas najwyższy zająć się zaległym opisem OWRP, który odbyłem w 2008 roku (w kolejce pozostanie jeszcze samotna wyprawa w Świętokrzyskie). Liczę na to, że uda mi się zmobilizować i zakończyć opis tego OWRP zanim zacznie się tegoroczny, choć z przyczyn obiektywnych na pewno w tegorocznym i prawdopodobnie w przyszłorocznym udziału nie wezmę. Najbliższy zaś, którego na dziś nie zamierzam sobie odpuścić, będzie miał miejsce w 2011 roku.

W bliżej nieokreśloną przyszłość oddala się też moja planowana wyprawa do Santiago de Compostela, ale jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że nie powinienem się z nią spieszyć, bo jeśli ja odbędę, to jaki mi jeszcze ambitny cel pieszy pozostanie do zrealizowania? Owszem, można sobie wymyślić coś nietypowego: choćby marsz dookoła Polski (oczywiście na raty, bo na raz nie sposób tego zrobić nie dysponując wieloma miesiącami czasu) albo marsz dookoła województwa.

Ten drugi pomysł mnie kusi, ale może też trzeba będzie go rozłożyć na raty, bo może nie być ten marsz taki krótki, jakby się wydawał. Wszystko zależy od tego, jak bardzo trasa mojej marszruty miałaby przybliżać się do kształtu granic województwa. Koncepcje miałem co najmniej dwie: jedna, żeby iść możliwie najbliżej granicy województwa, a druga, żeby przejść przez wszystkie siedziby gmin, które od granicy leżą niekiedy dość daleko (jak dla piechura). Zresztą pomysł ten ewoluował i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy może nie lepiej byłoby tę trasę zrobić na rowerze? Na razie jednak pomysł ten pozostał w sferze mglistych zamierzeń i nie wiem, czy wprowadzę go w czyn.

Ale dość tych obocznych rozważań. Tematem ma być przecież opis OWRP 2008, do którego przejdę jednak dopiero w kolejnej notce. Na razie dodam tylko, jako uzupełnienie wprowadzenia, że moim prywatnym hasłem, pod którym odbyłem OWRP 2008 było “Z depresją na depresję”. Rajd bowiem odbywał się po terenach Powiśla i spory kawałek wędrowaliśmy po terenach położonych poniżej poziomu morza, a ja sam zaczynałem go w dość poważnej depresji. Jednak juz pierwszego dnia humor mi się poprawił. I to paradoksalnie w zderzeniu z tym, co moich współtowarzyszy raczej dobrego humoru pozbawiało.

Widocznie ze mną gorzej już być nie mogło i mogło być tylko lepiej. Okazuje się, że nie ma dla mnie lepszego leku na depresję niż dwa tygodnie spędzone w plenerze, kiedy jednego dnia w butach chlupie woda, przychodzi gigantyczne oberwanie chmury, które przemacza rzeczy uczestników i kiedy zamiast noclegu w namiocie składamy wieczorem swoje utrudzone ciała na stercie zakurzonych dywanów rozłożonych na starym parkiecie hali sportowej, w której miejscami przecieka dach. Po takim początku mogło być już tylko lepiej, ale o tym napiszę w kolejnej notce.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i tak też było w przypadku Majówki w 2008 roku. Ostatni jej dzień poświęciliśmy na powrót do domów. Jedni mieli blisko (B. i spółka) inni dalej (R., P. i ja). Powrót do domu nasza trójka zaplanowała pociągiem. Nie pamiętam już dokładnie, jak wracali R. i P., poza tym, że do Szczecina wracali razem ze mną. Ale ten właśnie fragment naszego wspólnego powrotu wart jest opisania.

Najpierw mieliśmy problem z nabyciem biletów. Kolejka do kasy była długa i poruszała się niemrawo, a tymczasem godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. Wreszcie pani z kasy zaanonsowała, że kto chce jechać najbliższym pociągiem, ma podejść bez kolejki. Myślałem, że dostaniemy bilety, ale gdzie tam. Pani wydawała zaświadczenia, że nie mogliśmy na czas zakupić biletów. Dzięki temu można było je zakupić w pociągu bez uiszczania dodatkowej opłaty. Tak też zrobiłem. Bilet na dalszą podróż do domu w tej sytuacji musiałem kupić w Szczecinie. Czasu miałem mieć wystarczająco dużo, o ile pociąg dojechałby na czas.

Wsiedliśmy do pociągu w Międzyzdrojach. Pociąg był już dość zatłoczony, więc musieliśmy zająć miejsca stojące, ale jakiegoś wyjątkowego tłoku nie było. Do czasu. Gdzieś w połowie drogi do Szczecina, na stacji o wdzięcznej nazwie Rokita, czekała niespodzianka. Niespodzianką było mrowie harcerzy z pełnym ekwipunkiem, którzy najwyraźniej mieli zamiar wsiąść do naszego pociągu. Pomysł był zdecydowanie karkołomny, bo w pociągu już było ciasnawo, a harcerzy było tylu, że zwątpiłem, czy ten pociąg wszystkich nas pomieści, nawet jeśli będziemy jechali ściśnięci jak sardynki w puszce. Oni jednak nie zniechęceni zaczęli się pakować do pociągu.

Ludzie znajdujący się już w pociągu, kiedy zobaczyli, co ich czeka, zaczęli przekonywać harcerzy, żeby sobie dali spokój. Ale bez skutku. Tamci argumentowali, że PKP sprzedała im bilety i zamierzają jechać (jakby nie mogli się podzielić np. na dwie grupy i pojechać dwoma pociągami). Ładowanie harcerzy do pociągu szło opornie. Widząc to w pewnym momencie jeden z funkcyjnych harcerzy zaproponował, żeby wszyscy pasażerowie wysiedli z pociągu, pozwolili im się w nim rozlokować, a potem sobie wsiedli. Można sobie wyobrazić, jakie reakcje wywołała ta propozycja. To, że pomysłodawca nie został za swój pomysł zlinczowany, zawdzięcza tylko temu, że nikt nie odważył się wysiąść z pociągu mając uzasadnione obawy, że by już do niego nie wsiadł.

Nie wiem, jakim cudem, ale udało się jakoś te harcerstwo w pociągu upchać. Ale dalsza jazda wyglądała tak, że ja praktycznie nie mogłem się nawet obrócić i gdybym chciał, to mógłbym podnieść jednocześnie obie nogi bez żadnych gwałtownych konsekwencji.

Przy okazji tego bliskiego spotkania przyjrzałem się harcerzom, a przede wszystkim ich ekwipunkowi bliżej i szczęka mi opadła. Każde z nich dźwigało ze dwie torby o wielkości dorównującej czasami ich wzrostowi. Stwierdziłem, że chyba przed wyjazdem każde z nich ogołociło lodówkę i ze dwie szafy z ubraniami. Co ciekawe, o ile zauważyłem, nie mieli ze sobą śpiworów ani namiotów. Natomiast każdy miał ze sobą siekierkę. Nie wiem, po co? Jednemu dziewczęciu wdzięcznie wystawał z plecaka nóż ostrzem wymierzonym na zewnątrz, który w warunkach panującego ścisku groził śmiercią osobom z najbliższego otoczenia przy gwałtowniejszym hamowaniu.

Przyznam, że nie szczędziłem złośliwości dokonując kolejnych obserwacji. Jacy z nich harcerze, pokpiwałem (sam też zresztą należałem do ZHP), jeśli na trzy dni biwaku zabierają ze sobą pół chałupy? Gdyby mieli jechać na jakiś dłuższy pobyt, to pewnie każde z nich ciągnęło by za sobą samochodową przyczepkę wypełnioną ekwipunkiem. Ja na dwa tygodnie OWRP pakuję mniej bagażu niż oni na trzy dni.

Jakimś cudem wylądowałem wreszcie w Szczecinie, ale pociąg był mocno opóźniony. Groziło mi, że nie zdążę kupić biletu, jeśli będzie kolejka w kasie. Na szczęście R. wcześniej powiedział mi, że na dworcu, po drugiej stronie, jest taka samotna kasa, gdzie może nie być kolejki. Popędziłem tam od razu (akurat miałem tam blisko) i rzeczywiście bez żadnej kolejki udało mi się kupić bilet. Z ulgą poszedłem na właściwy peron i zająłem miejsce w pociągu. Zdążyłem.

Niestety, dużo mniej szczęścia miałem w Kutnie, do którego mój pociąg przyjechał spóźniony dokładnie o tyle, żebym z hamującego przy peronie pociągu widział ruszający pociąg, który miał mnie dowieźć do domu. Niestety, był to ostatni pociąg tego wieczoru. Cała nadzieja pozostała w PKS-ie. Ruszyłem na dworzec, ale zabrakło mi wyobraźni, bo dworzec w Kutnie leży na uboczu i niektóre autobusy w ogóle tam nie zajeżdżają. Tak właśnie było z autobusem, który mógłby dowieźć mnie do domu, gdybym się nie oddalał za bardzo z dworca PKP, a przeszedł tunelem do końca i tam czekał na przystanku. Niestety, uświadomiłem to sobie za późno. Dzięki czemu spędziłem noc na dworcu PKP w Kutnie, co do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy.

Rano byłem tak wyczerpany, że nie kontrolowałem się i wbrew własnej woli zasypiałem w pociągu wiozącym mnie do domu. W przebłyskach świadomości widziałem, że dziwnie przygląda mi się konduktor, ale na szczęście nic się mnie nie czepiał. Bilet miałem, nie rozrabiałem, a jeśli nieogolony i po nieprzespanej nocy nie wyglądałem zbyt przyjaźnie, to jemu nic do tego. W domu byłem wczesnym rankiem i pierwsze, co zrobiłem, to wykąpałem się i rymsnąłem do łóżka, żeby choć trochę odespać zarwaną noc. Tak zakończyła się moja Majówka w 2008 roku.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Zapuściłem trochę ten blog

niedziela, 22 luty 2009

Przyznaję samokrytycznie, że zapuściłem trochę ten blog ostatnio. Nie zawsze starczało mi siły i ochoty na prowadzenie dwóch blogów (czasem brakło ich nawet na jeden). Dlatego dziś będą dwie notki. Oprócz tej później napiszę jeszcze notkę podsumowującą majówkę 2008 roku. (niestety, nie udało się dopisać drugiej notki tego samego dnia). Nie obiecuję jednak poprawy na przyszłość, bo nie jestem prorokiem, żeby wiedzieć z góry, ile czasu i chęci będę miał na pisanie w tym blogu. Mogę jedynie obiecać, że go nie porzucę. Tymczasem jednak napiszę kilka słów o moich planach turystycznych na 2009 rok. A właściwie o części planów, głównie tych, które będę realizował sam (chyba, że ktoś będzie miał ochotę się przyłączyć).

Przede wszystkim dlatego, że nie wybiorę się w tym roku na OWRP (z przyczyn obiektywnych), postanowiłem sobie to jakoś zrekompensować i odbyć IBWRP, czyli Indywidualny BardzoWysokokwalifikowany Rajd Pieszy. Trasę mam wstępnie ustaloną następująco: Sandomierz – Opatów – Ujazd – Staszów – Kurozwęki – Szydłów – Busko Zdrój – Chmielnik – Pińczów – Jędrzejów – Chęciny – Kielce. Trasa jest ambitna i obfitująca w ciekawe miejscowości, ale to dopiero pierwsza przymiarka. Po kolejnych przymiarkach może się okazać, że zostanie ona dość poważnie zmodyfikowana. Przede wszystkim ze względu na możliwości noclegu, ale też i inne czynniki będę brał pod uwagę.

Drugi pomysł to taki mini IBWRP odbyty gdzieś w Kujawsko-Pomorskim. Może nie będzie on taki mini, jeśli chodzi o długość trasy, bo chciałbym przejść co najmniej 150 km, ale traktuję go mniej poważnie niż wyprawę w Świętokrzyskie. Może nawet tak zaplanuję sobie trasę, żeby skończyć go w domu.

Trzecia wyprawa zawiodłaby mnie w okolice Wałbrzycha, gdzie chciałbym zdobyć co najmniej dwa, a może i trzy szczyty do Korony Gór Polskich. Co z tych planów wyjdzie, nie wiem. Wstępnie opracowałem sobie kiedyś trasę na szybkie zdobycie dwóch szczytów położonych dość blisko siebie, ale do trzeciego musiałbym się przemieścić. Czy zdobębę przynajmniej te dwa, o tym zdecyduje wolny czas, którym będę dysponował. Teoretycznie jest do zrobienia nawet w weekend, a najwięcej czasu zajmie dojazd do i powrót z Wałbrzycha.

Oprócz tych planów oczywiście zakładam, że wezmę udział w Majówce 2009, poza tym R. namówił mnie na pielgrzymkę (sic!) na Wschód. Uważam, że każdy ateista powinien odbyć choć raz w życiu odbyć pielgrzymkę. To bardzo utwierdza w niewierze. :D Myślę, że również listopadowe święta uczcimy jakimś wyjazdem z R. i P. a może i w liczniejszym towarzystwie. No i oczywiście ostrzę sobie zęby na Sylwestra w takich samych okolicznościach przyrody jak w zeszłym roku.

Planów, jak widać, mam sporo. Życie je zweryfikuje i pokaże, ile z nich uda mi się wprowadzić w życie. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część siódma

poniedziałek, 26 styczeń 2009

Tego samego dnia, którego wybraliśmy się do Świnoujścia, ale już wieczorem, poszliśmy na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów. Pogoda była całkiem znośna, więc wybraliśmy się między innymi na molo. Co tam robiliśmy, nie napiszę. Zamieszczę za to zdjęcia, bo podobno jeden obraz wart jest tysiąca słów. Ponieważ byliśmy tam w towarzystwie nieletnich, więc zdjęcia są odpowiednio przygotowane do publikacji. ;)

Nocny... spacer

Nocny... spacer

Nocne życie Międzyzdrojów

Nocne życie Międzyzdrojów

Ale żeby nie wyglądało na to, że zajmowaliśmy się tylko jednym (zbieraniem opakowań po trunkach) dodam jeszcze, że poszliśmy też na Aleję Gwiazd, żeby przymierzyć swoje dłonie do tych, których odciski tam się znajdują. Nie pamiętam już, do którego odcisku pasowała moja dłoń, ale znalazłem przynajmniej jedną taką. Po spacerze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, bo następnego dnia czekał nas powrót do domu. Powrót bardzo urozmaicony i pełen wrażeń, ale o tym napiszę w kolejnej, ostatniej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Sylwester 2008 (Zachodniopomorskie)

poniedziałek, 5 styczeń 2009

Tegorocznego Sylwestra zdecydowałem się spędzić nietypowo. Na zaproszenie B., mojej przyjaciółki ze Szczecina, wybrałem się na ten wieczór do turystycznej chatki w miejscowości Brzeźniak położonej w powiecie łobeskim na Pojezierzu Drawskim. Sylwestra tego mieliśmy spędzać w 9 osób. Oprócz mnie i B. miał być jeszcze jej mąż, trójka ich przyjaciół oraz R. z dodatkową 2-osobową ekipą. Z tej dziewiątki ostatecznie dotarło nas 6 osób. R. z powodu poważnych kłopotów zdrowotnych musiał zostać w domu, a co za tym idzie, nie dotarła też reszta jego ekipy, którą miał dowieźć.
Do Brzeźniaka dotarłem w sposób kombinowany. Z domu wyjechałem autobusem do Kutna, bo pociąg miałem dużo za wcześnie, żeby skorzystać. W Kutnie wsiadłem do pociągu do Szczecina, ale dojechałem tylko do Stargardu Szczecińskiego. Tutaj złapałem pociąg do Szczecinka i wysiadłem na stacji Wiewiecko, którą przemianowałem na Wywiejecko. Ze stacji zabrała mnie swoim samochodem B. i niedługo potem grzałem się już przy kozie w chatce.
Zdziwiłem się, kiedy po wejściu do chatki zastałem tam tylko I., czyli męża B. Myślałem, że spotkam się tam już z R. i jego kompanią, ale dopiero na miejscu B. poinformowała mnie o jego kłopotach zdrowotnych. Tak więc byliśmy we trójkę. Na dobry początek, ponieważ zima pokazała już nieco swoje pazury, wypiliśmy herbatę z prądem. Rozgrzała nas ta herbata i od razu zrobiło się przytulniej. Niedługo potem I. oprowadził mnie po chatce i po otoczeniu, którego najważniejszym elementem była wolno stojąca sławojka. Po tej wycieczce znów siedliśmy przy kozie żeby sobie pogadać. Na poniższym zdjęciu widać mnie, kozę oraz B. (na kozie stoi bigos, więc jest to zdjęcie zrobione już po północy).

Sylwester 2008 - przy kozie

Sylwester 2008 - przy kozie

Około dwóch godzin po moim przyjeździe dołączyła do nas reszta biesiadników. Znajomi B. oraz I. w osobach: A., J. i Z. Ponieważ z inicjałów to nie wynika, więc dodam, że dwie pierwsze osoby to kobiety, a trzecia osoba to mężczyzna. Byliśmy tym samym w komplecie. Razem z przybyłą trójką przyjechała dodatkowa aprowizacja i kiedy zobaczyłem, jakie mamy zapasy jedzenia, stwierdziłem, że można by z tego zrobić trzy takie sylwestrowe imprezy. Fakt, że miało nas być 9, a nie 6 osób nieco zawyżył proporcje wyżywienia do stanu osobowego, ale nawet przy pełnym składzie byłoby bogato z jedzeniem.

Po przybyciu wspomnianej trójki i rozpakowaniu zaopatrzenia przystąpiliśmy do wspólnego posiłku zapoznawczo-przypominawczego. Spośród przyjezdnych nie znałem jeszcze A., a z J. oraz Z. widziałem się na majówce 2008 roku. Ale ponieważ byliśmy wtedy w szerszej grupie, więc poznaliśmy się wtedy raczej słabo. Teraz była okazja to nadrobić. Trochę pobiesiadowaliśmy, porozmawialiśmy, dorzucaliśmy do kozy i wznosiliśmy toasty. W pewnym momencie padła propozycja, żeby zrobić przerwę w świętowaniu i wybrać się na spacer.

Spacer prowadził po najbliższej okolicy i był tym przyjemniejszym przeżyciem, że odbywał się w niemal całkowitej ciemności, którą rozświetlały jedynie latarki (ja latarki nie miałem). Można było w tej ciemności popatrzeć w rozgwieżdżone niebo, którego w takiej postaci nie da się zobaczyć w żadnym mieście. Dowiedziałem się m.in. podczas tego spaceru, gdzie jest gwiazdozbiór Byka, mojego znaku zodiaku. Po drodze zahaczyliśmy o jezioro, gdzie I. wykuł przerębel, żeby sprawdzić grubość lodu (około 6 cm), a w drodze powrotnej przeszliśmy koło wodnego młyna.

Będąc już prawie na miejscu z powrotem, rzuciłem okiem na sąsiadujące z drogą pole i zobaczyłem jakieś pół metra od siebie… dwa damskie buciki. Oba całkiem nowe, zgrabne, na obcasie. Stały dokładnie tak, jakby ktoś je przed chwilą zdjął, żeby pójść dalej boso. Ale ponieważ wokół oprócz nas nie było żywej duszy, a na śniegu śladów tego nietypowego Kopciuszka, więc postanowiliśmy się butami zaopiekować. Będą stały lub wisiały w chatce na honorowym miejscu na pamiątkę tego Sylwestra.

Ze spaceru wróciliśmy niedługo przed północą. Posililiśmy się jeszcze, uzupełniliśmy poziom alkoholu we krwi (tym razem tequilą) i czekaliśmy na nowy rok umilając sobie czas rozmowami. Około północy wznieśliśmy toast szampanem (a nawet dwoma) i odpaliliśmy sztuczne ognie. Nie pamiętam już dokładnie, jaka była kolejność tych działań, ale pamiętam, że nasza “artyleria” była najokazalsza i żeby podkreślić wrażenie, jakie prawdopodobnie zrobiliśmy na sąsiadach, skomentowaliśmy to jędrnie trawestując cytat z “Dnia świra”: “jak my odpalamy fajerwerki, to nie ma ch…a we wsi” (jeśli ktoś nie rozumie tej literackiej przenośni, to tutaj jest tłumaczenie: http://www.miejski.pl/def-3314). ;)

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku uczczenia nadejścia północy, wróciliśmy do chatki, gdzie kontynuowaliśmy konsumpcję, rozmowy, wznoszenie toastów, itd. Tak nam się przyjemnie biesiadowało, że nie zauważyliśmy, kiedy minęła godzina druga. Ale powoli zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Pierwsza od towarzystwa odpadła B., która poszła na pięterko, czyli do sypialni, coś sprawdzić i już nie wróciła. Potem chęć oddalenia się na legowisko wyraziła A. i wtedy padło hasło, że chyba czas już iść spać. Ja jako trzeci z kolei uderzyłem w kimono.

Spało mi się bardzo dobrze i tylko nad ranem doszło do małego kryzysu. Fizjologia postanowiła przypomnieć o sobie i musiałem się pilnie dostać do sławojki. Gdyby chodziło o mniej poważną potrzebę, to załatwiłbym ją gdzieś pod drzewem, ale tym razem niestety zanosiło się na pilne posiedzenie. Najpierw musiałem się więc wygrzebać z ciepłego śpiwora. Potem ubrać na tyle starannie, żeby sobie nie odmrozić tego czy owego. No i wreszcie usiąść z gołym tyłkiem na mrozie na minut kilka. Nie uśmiechało mi się to wszystko, ale jakoś się przemogłem, a pomogła mi w tym fizjologia natarczywie upominając się o swoje prawa. Summa summarum sprawę załatwiłem i obeszło się bez strat w członkach i w godności. Zadowolony po powrocie zakopałem się ponownie w śpiwór i jeszcze trochę pospałem.

Po ponownym przebudzeniu, gdzieś około 11.00, z lekkim zdziwieniem skonstatowałem, że nie mam nawet cienia kaca, co przy wypitej ilości alkoholu (umiarkowanej, ale jednak większej niż taka, jaka wywołuje u mnie syndrom dnia następnego) wydawało się niemal nieprawdopodobne. Zwłaszcza, że mieszaliśmy trunki. Tymczasem ja czułem się jak młody bóg, jakbym poprzedni wieczór spędził całkiem na trzeźwo. W swojej prywatnej teorii na ten temat efekt ten przypisuję dwóm czynnikom: dużej ilości spożytego 100% soku pomarańczowego (nawodnił mnie i dostarczył witaminy) oraz spacerowi, jaki odbyliśmy. Biorąc pod uwagę okoliczności tego spaceru (tempo, temperatura) był on pewnym wysiłkiem, dzięki któremu pewnie spaliłem część wypitego alkoholu i do drugiej części wieczoru przystąpiłem w zdecydowanie lepszej formie.

Rano głównym naszym zajęciem było zwinięcie się z lokalu poprzedzone zjedzeniem śniadania. Bardziej wysportowana połowa naszego składu (I., J. i Z.) wybrała się na noworoczne bieganie po okolicy. Pomyślałem, że to byłby niegłupi pomysł, żeby się do nich przyłączyć, ale nie byłem mentalnie i sprzętowo przygotowany. Kto wie, może przyłączę się za rok, choć niczego nie przesądzam.

Po zwinięciu się z Brzeźniaka przyłączyłem się do I. i B., żeby korzystając z wolnych dni, jakie miałem, ponadużywać nieco ich gościnności. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Napisałem w poprzednim wpisie, że wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie Międzyzdrojów. Ale to nieprawda, bo na nocne zwiedzanie, które mam na myśli, wybraliśmy się kolejnego dnia, czyli 3 maja. Tego też dnia, ale wcześniej, wybraliśmy się do Świnoujścia. To był w ogóle dzień pełen wrażeń. Nie tylko pozytywnych, niestety. Zacznę jednak od początku.

Rano wyjechaliśmy z Międzyzdrojów do Świnoujścia pociągiem. Zabawne było to, że tam, gdzie my wsiadaliśmy, z naszego pociągu wyległo mrowie pasażerów. Wszyscy walili na plażę w Międzyzdrojach, bo trzeba przyznać, że pogoda była tego dnia wyśmienita. Natomiast do Świnoujścia tak wielu chętnych nie było, więc dojechaliśmy tam dość komfortowo.

Pierwszym celem naszej wycieczki do Świnoujścia była tamtejsza latarnia morska. Mieliśmy do niej spory kawałek drogi. Według drogowskazów 6 kilometrów. W pierwszej chwili nie chciało mi się wierzyć, że to tak daleko, ale chyba rzeczywiście tyle było. Na latarnię oczywiście weszliśmy i obejrzeliśmy sobie rozciągające się z niej widoki. Jeden z nich prezentuję poniżej.

Widok z latarni

Widok z latarni

Po zejściu z latarni postanowiliśmy zwiedzić Port Gerharda, który widzieliśmy z góry.

Fort Gerharda - Komendantura

Fort Gerharda - Komendantura

W tym celu zakupiliśmy bilety u młodego chłopaka przebranego w mundur pruskiego żołnierza, który stał przy bramie i wkroczyliśmy do fortu. Kiedy zebrała się nas już wystarczająco liczna grupa, wziął nas w obroty kolejny “Prusak”, który najpierw przetrenował nas nieco z musztry, a potem oprowadził po terenie fortu ciekawie o nim opowiadając i przerywając swoją opowieść od czasu do czasu żartobliwymi komendami kierowanymi pod adresem niektórych uczestników wycieczki.

Muszę napisać, że wizyty w budowanych przez Prusaków fortach zawsze robią na mnie wrażenie. I nie chodzi może tyle o ogrom pracy, jaki włożono w budowę takich umocnień, ale o myśl inżynieryjną, jakiej są one ucieleśnieniem. Tam niemal na każdym kroku widać kunszt projektantów i wykonawców. Zresztą nie tylko budowle robią wrażenie, ale sama organizacja życia w takiej twierdzy. Tam żołnierz nie miał nawet chwili, żeby się nudzić. Nawet na pisanie listów do rodziny był przeznaczony czas i pisanie to było obowiązkiem, a nie przywilejem.

Zrobiła na mnie spore wrażenie konstrukcja i organizacja magazynu prochu. Na przykład zasada, że po wybudowaniu tego magazynu, nikt nie miał prawa wejść tam z ogniem w żadnej postaci. Wskutek tego obsługujący ten magazyn żołnierz pracował w całkowitych ciemnościach, ale dzięki doskonałej organizacji magazynu i panującemu tam porządkowi nie potrzebował światła, żeby się w nim orientować. Ponadto jego pracę regulował bardzo szczegółowy i zawierający mnóstwo zapisów regulamin. Można wręcz odnieść wrażenie, że przewidziano w nim wszystkie nieprzewidywalne sytuacje.

W trakcie zwiedzania trafiliśmy na stado pasących się na terenie kóz, które robią tam za naturalne kosiarki. Kozy na moment stały się centrum zainteresowania. Szczególnie jeden kozioł (właściwie cap, bo capił niemiłosiernie) i małe koźlęta. Poniżej wrzucam zdjęcie z sesji fotograficznej, jaka miała miejsce.

Kozioł

Kozioł

Po zakończeniu zwiedzania zostaliśmy ceremonialnie promowani na jakiś stopień, którego nazwy nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć. Na poniższym zdjęciu jestem właśnie w trakcie promocji.

Promocja na kadeta

Promocja na kadeta

Zwiedzanie zakończyło się mocnym akcentem, to znaczy wystrzałem z małej armatki (znawców militariów proszę o wybaczenie, jeśli nazwałem ten sprzęt wojskowy niewłaściwie). Po tym punkcie naszego programu udaliśmy się z powrotem do Świnoujścia na obiad.

Niestety, obiadu nie zjadłem, bo w międzyczasie rozwinęła się u mnie silna migrena. Dźgnąłem tylko trochę sałatkę grecką, jaką zamówiłem i wypiłem kielicha Jägermeistera. Na szczęście po jakimś czasie migrena mi przeszła, ale obiad przeszedł mi już koło nosa. Zjadłem coś na to konto już po powrocie do Międzyzdrojów.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Przerwa

piątek, 7 listopad 2008

Zaglądając na blog można odnieść wrażenie, że opuściłem go na dobre i że moja działalność turystyczna zamarła. Rzeczywistość wygląda nieco inaczej.

Ten blog jest niestety na tyle nisko na mojej liście spraw priorytetowych, że po zajęciu się ważniejszymi zwykle nie starcza mi już czasu i ochoty na jego pisanie, choć mam sporo materiału, który czeka na to, żeby go tutaj wrzucić i nawet co jakiś czas go jeszcze trochę przybywa.

Liczę jednak na to, że dzisiejsza wizyta i ten wpis zmobilizują mnie do większej aktywności tutaj. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część piąta

poniedziałek, 15 wrzesień 2008

Kolejny dzień na szczęście nie był świętem, więc mieliśmy pewność, że nie będzie problemu ze zrobieniem zakupów, choć po doświadczeniach dnia poprzedniego nabrałem przekonania, że nawet w święto nie będzie problemów z zaopatrzeniem. Tego dnia zrobiliśmy sobie dłuższą wyprawę, której końcówka była na dodatek dość forsowna.

Tego dnia zdecydowaliśmy się wybrać na dłuższy spacer. Po wyjściu z miejsca noclegu skierowaliśmy się na południe i przez las skierowaliśmy się w kierunku miejscowości Zalesie. Tutaj czekała nas pierwsza atrakcja w dniu dzisiejszym, czyli pozostałości po wyrzutniach rakiet V3. Doszliśmy do nich górą, gdzie obejrzeliśmy pozostałości po wyrzutniach, a potem zeszliśmy na dół, gdzie za niewielką opłatą mogliśmy obejrzeć zgromadzone w bunkrze eksponaty i wysłuchać prelekcji trochę nawiedzonego kustosza (to chyba właściwe określenie). Facet się nieco jąkał, ale to mi nie przeszkadzało go słuchać. Dużo bardziej uciążliwa była swada z jaką opowiadał. Wydawałoby się, że to dobrze, kiedy ktoś snuje swoje opowiadanie z entuzjazmem, ale wszystko ma swoje granice, po przekroczeniu których zaczyna być uciążliwe. :)

Po wysłuchaniu, co miał do powiedzenia kustosz, ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie doszliśmy lasem w okolice Jeziora Turkusowego. Tutaj najpierw w miejscowości Wapnica posililiśmy się, a potem rozdzieliliśmy. Szóstka z nas postanowiła iść dalej nad jezioro, a pozostali zdecydowali się wrócić autobusem na kwaterę zmęczeni już spacerem. Ja byłem w tej szóstce, która udała się na spacer wokół jeziora.

Warto było. Na poniższym zdjęciu widać panoramę jeziora z punktu widokowego znajdującego się nieopodal jego południowego końca. I choć zdjęcie jest moim zdaniem bardzo dobre, to i tak nie oddaje uroku tego miejsca.

Panorama Jeziora Turkusowego

Panorama Jeziora Turkusowego

Nieopodal punktu widokowego, praktycznie tuż za jego ogrodzeniem, rośnie bardzo ciekawie wyglądające drzewo. Jego niezwykłość polega na tym, że wyrasta z pionowego urwiska i jest zakorzenione na nim bokiem. Na poniższym zdjęciu uwiecznione został ten ciekawy okaz.

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Drzewo nad Jeziorem Turkusowym

Po obejściu jeziora poszliśmy w kierunku wsi Lubiń na rybkę. Według zapewnień A. miała tam być smażalnia z bardzo smacznymi rybami. I rzeczywiście była, choć musieliśmy do niej dojść kawałek drogi, bo była już właściwie za Lubiniem, a bliżej Wapnicy zlokalizowana przy czymś, co przypominało przystań jachtową. Zamówiliśmy sobie rybki, a w czasie posiłku padła propozycja, żeby wracać pieszo, zamiast autobusem. To był spory kawałek drogi, ale ja się na to zdecydowałem. Ostatecznie podzieliśmy się na dwie grupy. B. z P. poszli na autobus, a ja wraz z J., R. i A. poszliśmy pieszo.

Niestety, wkrótce szybko podzieliśmy się na dalsze dwie grupy. J. tak zasuwał do przodu, że wkrótce zostałem w tyle. W pewnym momencie jednak oni zwolnili, ja przyspieszyłem i zeszliśmy się. Nie na długo, bo J. znowu wystrzelił do przodu, dzielnie sekundował mu R., a A. ostatecznie szedł ze mną. Peleton nam się mocno rozciągnął, ale wszyscy szczęśliwie dotarliśmy do kwatery. Wieczorem zaś wybraliśmy się jeszcze na nocne zwiedzanie Międzyzdrojów, ale o tym napiszę w kolejnej części.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Majówka 2008 (Międzyzdroje) – część czwarta

poniedziałek, 1 wrzesień 2008

Kiedy się rozpogodziło wybraliśmy się na krótki spacer w okolice Międzyzdrojów. Poszliśmy między innymi na Kawczą Górę (albo Górę Kawczą), której nazwa, nie wiem dlaczego, uparcie kojarzyła mi się z kaczkami, a nie z kawkami. ;) Kawcza góra to punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama na same Międzyzdroje i ich okolice.

Przy okazji tej samej wycieczki odwiedziliśmy Zagrodę Pokazową Żubrów mieszczącą się na terenie Wolińskiego Parku Narodowego. Mieści się ona niedaleko od centrum miasta, więc spacer tam nie wymaga wiele czasu, a jest co oglądać. Oprócz żubrów, które stanowią główną atrakcję tego miejsca, obejrzeliśmy tam też kilka dzików, sarny i orły. Jeden z orłów, o czym dowiedziałem się później, nazywa się Jurand, bo urodził się ślepy. W naturze nie miałby szans na przeżycie, więc korzysta z gościnności WPN. Nie mam pewności, czy orzeł na poniższym zdjęciu to nie jest właśnie ten wspomniany Jurand.

Orzeł w gościnie u żubrów

Orzeł w gościnie u żubrów

Zdjęcie nie jest ostre, bo najwyraźniej aparat uznał, że ciekawszym obiektem jest siatka ogrodzeniowa. Tak podejrzewam, bo zdjęcie nie jest mojego autorstwa. :)

Po wizycie na Kawczej Górze i odwiedzeniu zagrody żubrów nie robiliśmy chyba już tego dnia nic ciekawego, o czym warto byłoby napisać. Warto jednak za to napisać o prawno-handlowej ciekawostce. Otóż dzień, o którym pisałem powyżej, to był 1 maja, czyli od niedawna święto, podczas którego obowiązuje zakaz handlu. Przynajmniej teoretycznie. Ale konia z rzędem temu, kto by znalazł w tym dniu sklep zamknięty na mocy tego przepisu. Co prawda handlować w takich dniach mogą właściciele sami stojący za ladami swoich sklepów albo pracownicy zatrudnieni na ten czas na umowę zlecenie, ale osobiście wątpię, żeby w każdym z  tych sklepów, które widziałem otwarte, miała miejsce jedna z tych sytuacji. Oczywiście ja bynajmniej na tę sytuację nie narzekałem. Przynajmniej nie miałem problemu z zaopatrzeniem się w artykuły spożywcze (komfort zaopatrzenia był tym większy, że jeden ze sklepów mieliśmy piętro niżej). Nasuwa się jednak pytanie, jaki jest sens uchwalenia takiego prawa, które ku zadowoleniu wszystkich i przy milczącej aprobacie odpowiednich służb jest nagminnie obchodzone? Podobno w te święta dyżurują pracownicy Państwowej Inspekcji Pracy, ale myślę, że nie mają wiele pracy. Muszą jednak pracować, bo prawodawca wymyślił, że ktoś inny nie może w tym czasie pracować i trzeba tego dopilnować. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Tracki z GPS – gdzie oglądać i obrabiać?

niedziela, 10 sierpień 2008

Od kiedy zacząłem rejestrować swoje wycieczki za pomocą systemu GPS (na początku za pomocą modułu GPS i odpowiedniego oprogramowania w telefonie, a potem za pomocą odbiornika GPS) szukałem możliwości wizualizacji tras moich wypraw za pomocą map. Szukałem i znalazłem kilka stron, które to umożliwiają. Opiszę je poniżej krótko w takiej kolejności, w jakiej je znajdowałem. Może mój opis pomoże komuś w takiej sytuacji, w jakiej ja byłem nie tak dawno. Ale uprzedzam, że mój opis nie będzie profesjonalny, obiektywny i kompletny. Opiszę te strony tylko na tyle, na ile je poznałem i tylko na tyle przychylnie bądź nieprzychylnie, na ile pozwala mi na to moje własne (czasem niezbyt duże) doświadczenie. Zatem do dzieła.

1. Pierwszą stroną, którą udało mi się znaleźć i która spełniała moje oczekiwania była strona ActiveTrails. Na początku byłem nią zachwycony, ale z czasem nabrałem trochę dystansu. Zwłaszcza, kiedy okazało się, że dane można tam zapisać, ale nie można ich usunąć (przynajmniej ja nie wiem, jak to zrobić). Żeby skorzystać z tej strony, trzeba sobie założyć konto. Strona umożliwia wgrywanie śladów w postaci plików GPX. Jeśli ktoś ma dane w innym formacie, to podany jest link do innej strony (też ją tutaj wymienię), gdzie można przekonwertować inne formaty na GPX. Podsumowując w mojej ocenie strona jest niezła, ale ma swoje wady.

2. Kolejną stroną, na którą trafiłem, jest strona GPS Visualizer. Ta strona, w przeciwieństwie do poprzedniej, nie wymaga zakładania konta, ale za to nie można na niej archiwizować swoich danych. Strona służy właściwie tylko obrobieniu danych i przekształceniu ich do jednej z kilku możliwych postaci. Są to między innymi pliki graficzne, plik GPX, mapa w Google Maps. Muszę przyznać, że strona ta oferuje duże możliwości. Po wybraniu docelowego formatu obrabianych danych do wyboru jest dużo różnych opcji. Na wielu z nich w ogóle się nie wyznawałem. Jak ktoś ma ochotę i czas, może je sobie wszystkie wypróbować. Mnie ta strona przypadła do gustu, choć rzadko z niej korzystam. Między innymi dlatego, że wolę jednak swoje dane przechowywać w serwisie, w którym je obrabiam.

3. Najbardziej wypasionym serwisem, jaki znalazłem dotąd, jest Motion Based. Jego możliwości robią wrażenie, ale… większość z tych przyprawiających o opad szczęki dostępna jest dla posiadaczy płatnych kont. Posiadacze kont darmowych też sobie mogą poużywać (sam trochę się pobawiłem), ale w porównaniu z możliwościami, jakie mają płacącyza dostęp, to jest zaledwie przygrywka. Serwis jest dedykowany głównie dla osób wykorzystujących GPS do profesjonalnych zastosowań (np. monitorowanie treningu sportowego) lub GPS-owych maniaków. Aha, ważna informacja, Motion Based lubi tylko Garmina. Tak przynajmniej zrozumiałem, ale ja mam właśnie Garmina, więc nie ma problemu. Muszę jednak napisać, że nie podoba mi się graficzna strona prezentacji niektórych danych. Może gdybym zapłacił, wyglądałoby to lepiej, ale nie próbowałem.

4. Na ostatnią stronę, jaką opiszę, trafiłem niedawno. Powinienem wpaść tam wcześniej, bo jest do niej link ze strony GPS Visualizera. Ta strona to EveryTrail. Nie jest na pewno tak wypasiona, jak Motion Based i nie daje takich możliwości. Ale jest ładniejsza i sensowniej zrobiona niż ActiveTrails. No i ma opcję usuwania danych. Można też swoje wycieczki udostępnić lub “uprywatnić”. W ActiveTrails teoretycznie też można ukryć swoje trasy, ale tylko wszystkie na raz. Ponieważ stronę EveryTrail znalazłem dość niedawno, więc na razie się z nią oswajam i trudno mi napisać o niej coś więcej. Tak dobrego, jak i złego. Ale na razie przypadła mi do gustu i chyba będę częściej z niej korzystał. Aha. Serwis ma jedną fajną funkcjonalność. Można w nim sobie narysować trasę ręcznie i wyeksportować do pliku GPX. Można też ręcznie uzupełniać istniejące trasy. Ja wiem, że to dla ortodoksyjnych użytkowników GPS prawie zbrodnia, ale czasem baterie padną zanim się dojdzie do końca, a człowiek chciałby mieć trasę w całości.

Podsumowując jeszcze raz podkreślę, że mój przegląd jest jak najbardziej subiektywny i na pewno niekompletny. Ale może komuś się przyda, zanim znajdzie sobie jakiś lepszy serwis od tych, które opisałem. Ja sam długo szukałem informacji na ten temat (może kiepsko szukałem) i za takich wpis znaleziony gdzieś w Sieci serdecznie bym podziękował. Dlatego wrzucam to, co napisałem do Sieci i jeśli choć jednej osobie to się przyda, to znaczy, że warto było te kilka słów napisać. :)

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Po zakwaterowaniu postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy. Pomysł był zacny, ale pogoda nam wyjątkowo nie sprzyjała. Już niedługo po przyjeździe zanosiło się na deszcz, ale niebo wstrzymało się z podlewaniem nas. Jednak kiedy już na dobre wyszliśmy z naszej kwatery, nie trzeba było długo czekać na załamanie pogody. Zaczęło najpierw padać, a potem regularnie lać.

Mimo niesprzyjających warunków, a może właśnie dzięki nim, zdecydowaliśmy się zwiedzić kilka atrakcji Międzyzdrojów. Poszliśmy m.in. na molo. Na sam pomost wyszliśmy tylko na chwilę, za to z przyjemnością pospacerowaliśmy sobie po… zadaszonym pasażu, gdzie było ciepło, tłoczno i sucho. :) Zbyt długo tam jednak nie zabawiliśmy, bo ile razy można przejść w tę i z powrotem? Trzeba było znowu wyjść na deszcz.

W poszukiwaniu możliwości spędzenia czasu pod dachem poszliśmy też tego dnia do Oceanarium. Nazwa ta moim zdaniem jest na wyrost. W zoo w moim mieście w pawilonie z rybami jest porównywalnej wielkości kolekcja ryb (może z wyjątkiem jednego, największego okazu, jaki można obejrzeć w Międzyzdrojach – na poniższym zdjęciu).

Mała Rybka

Na dodatek za wstęp liczą tam sobie stawkę zdecydowanie wygórowaną w stosunku do wielkości ekspozycji. Ale jest to forma podatku turystycznego, jaki płaci się na każdym kroku w nadmorskich miejscowościach. My zdecydowaliśmy się go zapłacić licząc na to, że może deszcz w tym czasie przejdzie.

Jeśli dobrze pamiętam, to przed odwiedzeniem Oceanarium weszliśmy do Muzeum Figur Woskowych. Z tej wizyty byłem dużo bardziej zadowolony. Niektóre ze znajdujących się tam woskowych “kopii” przypominały dość wiernie swoje pierwowzory, ale były też i takie, których podobieństwo było dyskusyjne. R. był tak uprzejmy, że zrobił mi zdjęcie, które wrzucę do tej notki, jak tylko będę nim dysponował znajduje się poniżej.

Wielka Szóstka

Wielka Szóstka

Obejrzawszy to, co naszym zdaniem warte było obejrzenia i jednocześnie było zadaszone, postanowiliśmy skontaktować się z B., żeby ustalić, gdzie się podziewa i uzgodnić plan działania na resztę dnia. Okazało się, że B. z przyjaciółmi udała się na bilard do hotelu znajdującego się kawałek drogi od miejsca, gdzie my się akurat znajdowaliśmy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się w tamtym kierunku, a że deszcze nie odpuszczał, a moja kurtka w cudowny sposób nie odzyskała swojego przeciwdeszczowego charakteru, więc ja doszedłem do celu dość mocno przemoknięty.

Na miejscu przywitałem się z B. oraz zapoznałem jej przyjaciół, po czym zdecydowaliśmy z R., że trzeba wypić coś rozgrzewającego. I wbrew pozorom nie był to alkohol. Wzięliśmy kawę i herbatę, którą wypiliśmy siedząc wygodnie na skórzanych kanapach. Na głowy nam nie padało, było ciepło, miło i przytulnie. Mógłbym tam siedzieć godzinami.

Tymczasem deszcz zelżał, a my zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy poszukać miejsca, gdzie można by było zjeść obiad. Poszliśmy z powrotem w kierunku centrum miasta i zakotwiczyliśmy w jednym z barów. Nie pamiętam, co sobie zamówiła reszta towarzystwa, ale ja wziąłem rybę. Zwykle biorę dorsza, więc pewnie i tym razem tak było. Nim dostaliśmy nasze porcje, nim je zjedliśmy, natura zrobiła nam miłą niespodziankę, bo deszcz przestał padać i rozchmurzyło się. Dzięki temu mogliśmy resztę dnia spędzić aktywnie, bo już zapowiadało się, że będziemy siedzieć do wieczora na kwaterze.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog

Pociąg przyjechał, zająłem swoje miejsce i pojechaliśmy. Za oknem trochę padało, ale ponieważ była noc, nie miało to większego znaczenia. Próbowałem się zdrzemnąć, ale siedzenia w przedziale nie miały zagłówków między miejscami, więc nie mając o co oprzeć głowy miałem trudność w przyjęciu pozycji sprzyjającej drzemce. Mimo to udało mi się kilka razy zamknąć na dłużej oczy i odpłynąć nieco od rzeczywistości.

Dzień, który wstał po nocy spędzonej w podróży, nie zapowiadał się ciekawie. Było pochmurno, chłodno i zanosiło się na deszcz. Mało pociągający początek majówki. W czasie podróży wymieniłem kilka SMS-ów z R., żeby dowiedzieć się, czy też już jest w drodze. Myślałem, że może nawet jedzie tym samym pociągiem, ale okazało się potem, że przyjechał autobusem. Spotkaliśmy się na dworcu w Międzyzdrojach, gdzie po mnie wyszedł razem z P.

Przywitaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejsca naszego zakwaterowania, którym okazał się Dom Turysty PTTK (zdjęcie jest nieaktualne, bo w tej chwili nie ma tej drogi, która na zdjęciu jest przed budynkiem). Na miejscu nie było jeszcze B., która załatwiała naszą rezerwację, ale była jakaś pani w recepcji. Była i kipiała energią, ale nie był to ten rodzaj pozytywnej energii, jaką często emanują turyści i organizatorzy turystyki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że z pewną trudnością udawało się nam z nią dogadać, bo rozmowa od razu przybrała formę wielowątkową. Pani nie do końca widziała, czego chce się od nas dowiedzieć, ani jak otrzymane od nas informacje skonsumować. Zauważyłem, że obecność większej liczby osób najwyraźniej ją rozprasza i wprowadza jeszcze większe zamieszanie w jej działaniach, więc zostawiłem R. i P. w recepcji, żeby poszukać bankomatu i uzupełnić rezerwy gotówki. Chciałem opuścić pomieszczenie po angielsku, ale nie udało mi się, gdyż moje oddalenie się zostało zauważone przez panią recepcjonistkę, która zapytała mnie, dokąd idę, co wprawiło mnie w krótkotrwałą konfuzję. Podsumowując to spotkanie napiszę, że pani zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby rejestrującej zbyt wiele bodźców z otoczenia i nie dającej sobie rady z ich selekcją, hierarchizowaniem i reagowaniem wyłącznie na te najważniejsze. Efektem był męczący chaos działania. Z wyraźną ulgą opuściłem jej towarzystwo.

Nie zdążyłem jeszcze na dobre wyjść z budynku, kiedy pojawiła się B., co przyjąłem z niejaką ulgą, bo zakładałem, że ciężar dogrania sprawy naszego zakwaterowania weźmie na siebie. Co prawda zakładałem, że może to być przyczyną nasilenia chaosu, bo kolejna osoba, i to będąca źródłem silnych bodźców, mogła panią recepcjonistkę do reszty rozstroić, ale miałem to głęboko w nosie. Zapiąłem kurtkę, założyłem kaptur, bo cały czas albo mżyło albo się na to zanosiło i wyszedłem.

W drodze do bankomatu ktoś mnie zawołał po imieniu. W pierwszej chwili nie poznałem A., którego nie widziałem od roku. Ludzie w tym wieku bardzo się zmieniają w ciągu 12 miesięcy. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości i gładkich zdań poinformowałem go, że idę zatankować portfel i ruszyłem dalej. Ale po kilku krokach znów usłyszałem, jak znów ktoś woła mnie po imieniu. Tym razem miałem z identyfikacją osoby poważny problem. Starszy, drobnej budowy człowiek (niech mi wybaczy, jeśli to czyta) ostrzyżony krótko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakiś tutejszy. Może dlatego, że wyglądał na wysmaganego wiatrem i falami starego wilka morskiego. Zacząłem szybko przetrząsać zakamarki pamięci, żeby przypomnieć sobie, czy jest jakakolwiek szansa, że mam znajomego w Międzyzdrojach? Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Wreszcie po zdecydowanie za długiej chwili doznałem olśnienia: to był J. zwany częściej I., czyli ojciec A. i mąż B. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że ostatnio widziałem go prawie dwa lata temu, a poza tym nie spodziewałem się tam po prostu jego obecności. Z racji tej zdecydowanie zbyt długiej identyfikacji, na tyle długiej, że nie mogła nie zostać zauważona zwłoka, miałem do końca naszego wyjazdu niewielkie, ale dolegliwe poczucie winy. U mnie to się co prawda dość często zdarza, że mnie ktoś rozpozna pierwszy, zanim ja rozpoznam jego, ale bardzo rzadko bywa tak, że trwa to tak długo. Pocieszałem się myślą, że nie musiałem pytać “przepraszam, ale skąd my się znamy?”, albo udawać, że kogoś znam, a o kogo tożsamości nie miałbym pojęcia. Zmieszany, ale nie wstrząśnięty wydusiłem z siebie jeszcze bardziej zdawkowe słowa powitania oraz zaskoczenia tym miłym spotkaniem, po czym poczuwszy się jak skończony kretyn podążyłem w stronę bankomatu, który na szczęście nie był zbyt daleko.

Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, że sprawy zostały w międzyczasie załatwione i mogliśmy się rozlokować w naszych pokojach. My we trzech, tzn. ja, R. oraz P. dostaliśmy trójkę na pierwszym piętrze tuż przy świetlicy (która była o połowę mniejsza od naszego pokoju), a B. z rodziną trafili piętro wyżej. Oprócz wymienionych osób uczestniczyli jeszcze w tej majówce znajomi B., ale z racji tego, że rzadko wchodziliśmy ze sobą w interakcje i nie trzymaliśmy się kurczowo kupy, nie jestem dziś w stanie odtworzyć ani ich dokładnej liczby tej grupy, ani imion jej członków, ani nawet łączących ich wzajemnych relacji. Była co prawda okazja bliższej integracji przy alkoholu, ale nie wzięliśmy w niej udziału, bo akurat mieliśmy inne plany. Jak sobie przypomnę, kiedy to było i jakie to były plany, to może wspomnę o tym jeszcze w kolejnych częściach relacji. A na dziś to wszystko.

Oceń tę notkę lub blog

Oceń tę notkę lub blog