Pociąg przyjechał, zająłem swoje miejsce i pojechaliśmy. Za oknem trochę padało, ale ponieważ była noc, nie miało to większego znaczenia. Próbowałem się zdrzemnąć, ale siedzenia w przedziale nie miały zagłówków między miejscami, więc nie mając o co oprzeć głowy miałem trudność w przyjęciu pozycji sprzyjającej drzemce. Mimo to udało mi się kilka razy zamknąć na dłużej oczy i odpłynąć nieco od rzeczywistości.

Dzień, który wstał po nocy spędzonej w podróży, nie zapowiadał się ciekawie. Było pochmurno, chłodno i zanosiło się na deszcz. Mało pociągający początek majówki. W czasie podróży wymieniłem kilka SMS-ów z R., żeby dowiedzieć się, czy też już jest w drodze. Myślałem, że może nawet jedzie tym samym pociągiem, ale okazało się potem, że przyjechał autobusem. Spotkaliśmy się na dworcu w Międzyzdrojach, gdzie po mnie wyszedł razem z P.

Przywitaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejsca naszego zakwaterowania, którym okazał się Dom Turysty PTTK (zdjęcie jest nieaktualne, bo w tej chwili nie ma tej drogi, która na zdjęciu jest przed budynkiem). Na miejscu nie było jeszcze B., która załatwiała naszą rezerwację, ale była jakaś pani w recepcji. Była i kipiała energią, ale nie był to ten rodzaj pozytywnej energii, jaką często emanują turyści i organizatorzy turystyki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że z pewną trudnością udawało się nam z nią dogadać, bo rozmowa od razu przybrała formę wielowątkową. Pani nie do końca widziała, czego chce się od nas dowiedzieć, ani jak otrzymane od nas informacje skonsumować. Zauważyłem, że obecność większej liczby osób najwyraźniej ją rozprasza i wprowadza jeszcze większe zamieszanie w jej działaniach, więc zostawiłem R. i P. w recepcji, żeby poszukać bankomatu i uzupełnić rezerwy gotówki. Chciałem opuścić pomieszczenie po angielsku, ale nie udało mi się, gdyż moje oddalenie się zostało zauważone przez panią recepcjonistkę, która zapytała mnie, dokąd idę, co wprawiło mnie w krótkotrwałą konfuzję. Podsumowując to spotkanie napiszę, że pani zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby rejestrującej zbyt wiele bodźców z otoczenia i nie dającej sobie rady z ich selekcją, hierarchizowaniem i reagowaniem wyłącznie na te najważniejsze. Efektem był męczący chaos działania. Z wyraźną ulgą opuściłem jej towarzystwo.

Nie zdążyłem jeszcze na dobre wyjść z budynku, kiedy pojawiła się B., co przyjąłem z niejaką ulgą, bo zakładałem, że ciężar dogrania sprawy naszego zakwaterowania weźmie na siebie. Co prawda zakładałem, że może to być przyczyną nasilenia chaosu, bo kolejna osoba, i to będąca źródłem silnych bodźców, mogła panią recepcjonistkę do reszty rozstroić, ale miałem to głęboko w nosie. Zapiąłem kurtkę, założyłem kaptur, bo cały czas albo mżyło albo się na to zanosiło i wyszedłem.

W drodze do bankomatu ktoś mnie zawołał po imieniu. W pierwszej chwili nie poznałem A., którego nie widziałem od roku. Ludzie w tym wieku bardzo się zmieniają w ciągu 12 miesięcy. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości i gładkich zdań poinformowałem go, że idę zatankować portfel i ruszyłem dalej. Ale po kilku krokach znów usłyszałem, jak znów ktoś woła mnie po imieniu. Tym razem miałem z identyfikacją osoby poważny problem. Starszy, drobnej budowy człowiek (niech mi wybaczy, jeśli to czyta) ostrzyżony krótko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakiś tutejszy. Może dlatego, że wyglądał na wysmaganego wiatrem i falami starego wilka morskiego. Zacząłem szybko przetrząsać zakamarki pamięci, żeby przypomnieć sobie, czy jest jakakolwiek szansa, że mam znajomego w Międzyzdrojach? Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Wreszcie po zdecydowanie za długiej chwili doznałem olśnienia: to był J. zwany częściej I., czyli ojciec A. i mąż B. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że ostatnio widziałem go prawie dwa lata temu, a poza tym nie spodziewałem się tam po prostu jego obecności. Z racji tej zdecydowanie zbyt długiej identyfikacji, na tyle długiej, że nie mogła nie zostać zauważona zwłoka, miałem do końca naszego wyjazdu niewielkie, ale dolegliwe poczucie winy. U mnie to się co prawda dość często zdarza, że mnie ktoś rozpozna pierwszy, zanim ja rozpoznam jego, ale bardzo rzadko bywa tak, że trwa to tak długo. Pocieszałem się myślą, że nie musiałem pytać “przepraszam, ale skąd my się znamy?”, albo udawać, że kogoś znam, a o kogo tożsamości nie miałbym pojęcia. Zmieszany, ale nie wstrząśnięty wydusiłem z siebie jeszcze bardziej zdawkowe słowa powitania oraz zaskoczenia tym miłym spotkaniem, po czym poczuwszy się jak skończony kretyn podążyłem w stronę bankomatu, który na szczęście nie był zbyt daleko.

Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, że sprawy zostały w międzyczasie załatwione i mogliśmy się rozlokować w naszych pokojach. My we trzech, tzn. ja, R. oraz P. dostaliśmy trójkę na pierwszym piętrze tuż przy świetlicy (która była o połowę mniejsza od naszego pokoju), a B. z rodziną trafili piętro wyżej. Oprócz wymienionych osób uczestniczyli jeszcze w tej majówce znajomi B., ale z racji tego, że rzadko wchodziliśmy ze sobą w interakcje i nie trzymaliśmy się kurczowo kupy, nie jestem dziś w stanie odtworzyć ani ich dokładnej liczby tej grupy, ani imion jej członków, ani nawet łączących ich wzajemnych relacji. Była co prawda okazja bliższej integracji przy alkoholu, ale nie wzięliśmy w niej udziału, bo akurat mieliśmy inne plany. Jak sobie przypomnę, kiedy to było i jakie to były plany, to może wspomnę o tym jeszcze w kolejnych częściach relacji. A na dziś to wszystko.

Zakończyłem opisywanie jednego wyjazdu, więc przyszedł czas na kolejny. Tym razem poświęcę kilka notek tegorocznej majówce, którą spędziłem w Międzyzdrojach.

Wyjazd zaplanowałem sobie na środę wieczór. Było to trochę niewygodne, bo w środy w tym semestrze pracuję teoretycznie do 18.00, ale wcześniej odwołałem konsultacje i dzięki temu miałem kilka godzin więcej czasu przed wyjazdem.

Do Międzyzdrojów zdecydowałem się dotrzeć koleją. Możliwości były dwie: wyjazd z Warszawy lub z Kutna. Z Kutna byłoby taniej i spędziłbym mniej czasu w podróży. Ale tym razem zdecydowałem się jednak wsiąść do pociągu w Warszawie. Oznaczało to konieczność wcześniejszego rozpoczęcia podróży oraz przejechania ok. 100 km w kierunku przeciwnym do celu podróży, ale przynajmniej byłem spokojny, że zdążę na pociąg oraz że zajmę miejsce, na które miałem wykupioną miejscówkę, bez konieczności wypraszania kogokolwiek (w Polsce mamy dość swobodny stosunek do rezerwacji miejsc w środkach komunikacji, o czym przekonałem się już choćby jadąc na Litwę).

Z mojego grajdołka miałem wyjechać autobusem o godzinie 18.30. Przyszedłem na przystanek i czekam. Autobus wyraźnie się spóźnia. Wreszcie przyjeżdża, a ja słyszę, że przyjechał autobus z godziny 17.30. W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem, ale zapytałem kierowcę i okazało, że to prawda. Zapytałem więc, czy mnie wezmą, choć mam bilet na kurs godzinę późniejszy. Zgodzili się, co mnie bardzo ucieszyło. Miałem co prawda spory zapas czasu na przesiadkę, jednak perspektywa czekania jeszcze godzinę na swój autobus, bez gwarancji, że przyjedzie i nie spóźni się jeszcze bardziej niż ten, niespecjalnie mnie pociągała.

Niestety, okazało się, że zabrakło jednego miejsca akurat dla mnie i część drogi spędziłem siedząc na podłodze koło kibla (na szczęście był to taki lepszy autobus, gdzie jest miejsce przy kiblu i który częściej sprzątają). Na szczęście już w Wyszogrodzie zwolniło się jedno miejsce i do samej stolicy dojechał kulturalnie siedząc na siedzeniu.

Po drodze minęła nas bokiem gwałtowna burza. Nie była to zbyt pomyślna wróżba jeśli chodzi o pogodę na nasz długi weekend. Również po dojechaniu do Warszawy dosłownie kilka chwil przed tym, zanim wysiadłem z autobusu, zaczęło padać. Na szczęście miałem tylko kilka kroków do przejścia podziemnego, a po wejściu do niego aż do samego Dworca Centralnego znajdowałem się pod jakimś dachem.

Do odjazdu pociągu miałem sporo czasu więc pokręciłem się najpierw po dworcu, a potem usiadłem na peronie, z którego miałem odjechać. Z braku ciekawszego zajęcia obserwowałem kręcących się po peronach ludzi. Zauważyłem między innymi grupkę młodych mormonów, którzy prawdopodobnie przyjechali do Polski w ramach swojej misyjnej podróży w którą każdy mormon niedługo po osiągnięciu dorosłości musi się wybrać. Patrzyłem na nich w ich białych koszulach, czarnych garniturach i z plakietkami na piersiach, na których mieli nazwiska i zastanawiałem się, jak to jest, kiedy się jest tak religijnie głęboko zaangażowanym? Na pewno jest łatwiej, bo człowiek pozbywa się części wątpliwości. Ale też coś się traci: niezależność sądów, swobodę działania. Jak to w życiu: coś za coś. Oddaj się na służbę religii, poddaj się jej wymogom, a w zamian uzyskasz… nie, nie zbawienie. Jedynie obietnicę zbawienia, z której być może nigdy nie będzie miał okazji rozliczyć tych, którzy ją złożyli. A poza tym i przede wszystkim wsparcie i poczucie przynależności do wspólnoty. W zamian za pozbycie się wątpliwości i poddanie się czujnemu oku współwyznawców zyskujesz poczucie bezpieczeństwa. Transakcja wiązana, bo w życiu, wbrew temu, co twierdzą niektórzy kaznodzieje (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie ma nic za darmo. Czasem tylko dostajesz coś na kredyt, który i tak w późniejszym czasie spłacasz czując się do tego zobligowanym przez jego ciężar. :)

Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu na Litwie. Tego dnia przed południem mieliśmy zaplanowany powrót pociągiem z przesiadką w Szestokai. Niby pora naszego odjazdu z Wilna nie była jakoś specjalnie wczesna i niby my sami tego dnia wstaliśmy o rozsądnej porze, a jednak okazało się, że gdzieś pomiędzy godziną pobudki, a godziną odjazdu zmitrężyliśmy nieco za dużo czasu i ostatecznie na dworzec udaliśmy się już prawie biegiem. R. miał wcześniej jeszcze w planach odwiedzenie sklepu spożywczego, ale te plany musieliśmy między bajki włożyć. Nie dość, że nie starczyło czasu na wizytę w sklepie, to jeszcze R. narzucił takie tempo, że kiedy wsiadłem do pociągu, to czułem, że cały jestem mokry, a tu i ówdzie spływa po mnie wąska strużka potu (a przypominam, że była to zima).

R. chciał zrobić zakupy w spożywczym, a ja chciałem wysłać kartki, które napisałem przed wyjazdem, więc uznaliśmy, że może obie te sprawy da się załatwić w Szestokai (lit. Šeštokai). Każdy, kto był chociaż raz w tej miejscowości, w tym momencie może się uśmiechnąć z politowaniem. My teraz też jesteśmy bogatsi o wiedzę, że Szestokai, to dziura zabita dechami. Żadnego supermarketu tam nie ma. A ponieważ na dodatek była niedziela, więc nawet na zakupy w zwykłym sklepie spożywczym nie można było liczyć. R., który poszedł na rekonesans, udało się jedynie wrzucić moje pocztówki, bo skrzynka na listy akurat mu się nawinęła pod rękę.

Niedługo po naszym przyjeździe przyjechał pociąg z Polski, do którego wkrótce się zapakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do granicy zastanawialiśmy się, w którym miejscu ona przebiega. Ja próbowałem do odgadnąć obserwując… linię elektryczną średniego napięcia biegnącą wzdłuż torów. Doszedłem do wniosku, że tego typu linie na pewno nie przekraczają granicy (choć może jestem w błędzie), więc kiedy ta linia skręci i odejdzie od torów, to będzie wskazówka, że granica jest blisko. Ostatecznie nie udało mi się tego momentu zauważyć, ale za to wiedzieliśmy, kiedy znaleźliśmy się już w Polsce, bo na pierwszej stacji, na której zatrzymał się nasz pociąg, wsiedli do niego panowie ze Straży Granicznej. Paszportów nie sprawdzali ani bagaży, ale przeszli przez cały pociąg, po czym wysiadłszy na kolejnej stacji odjechali samochodem, który prawdopodobnie po nich przyjechał.

Dalsza podróż upłynęła nam spokojnie aż do Warszawy Zachodniej, gdzie wysiedliśmy. R. i P. jechali dalej do siebie pociągiem, a ja przeszedłem na dworzec autobusowy, gdzie kupiłem bilet do mojego miasteczka i w oczekiwaniu na odjazd (miałem sporo czasu) spacerowałem sobie po dworcu. I tak zakończyła się nasza litewska wycieczka. Chcę tam jednak wrócić. Tym razem może jednak nie do samego Wilna, ale żeby zapuścić się głębiej na teren Litwy. Może zajrzeć nad morze, a może nad granicę z Łotwą. Zobaczymy. A jeśli te plany się zmaterializują, to na pewno opiszę na łamach tego bloga, jak było. :)

Wyjazd do Wilna - część dziesiąta

poniedziałek, 19 maj 2008

Trochę zapuściłem ten blog, więc czas go ożywić. Najwyższy czas też zakończyć już opis naszej wyprawy do Wilna. Myślę, że oprócz tej notki poświęcę mu jeszcze jedną, ta więc będzie przedostatnia.

Nadjechał autobus, którym pojechaliśmy w kierunku dzielnicy mieszczącej szpital. Udało nam się bez problemów wysiąść na właściwym przystanku i dotrzeć do szpitala, który mieścił się niemal naprzeciw. Wrażenie robił, przynajmniej na mnie, niezbyt sympatyczne. Moloch postawiony na pewno jeszcze w czasach ZSRR w środku nie różniący się specjalnie od typowych polskich szpitali. Dotarliśmy do rejestracji, gdzie siedziała pani tak pasująca do stereotypu tego stanowiska, że poczuliśmy prawie tak swojsko jak w Polsce. Oczywiście o dogadaniu się nie było mowy, bo ona nie mówiła po polsku, a my po litewsku. Ale ponieważ widać było, o co chodzi, jakoś udało się załatwić formalności. Na litewskim formularzu zaznaczyła nam kobieta, gdzie mamy coś wpisać i sami domyślaliśmy się, co (w większości przypadków chodziło o to, żeby się podpisać). Potem dostaliśmy skierowanie do pokoju o określonym numerze i czekaliśmy na swoją kolej. A raczej na moment, kiedy wszystko wskaże na to, że jest teraz nasza kolej, bo przecież nie umieliśmy nawet zapytać “kto z państwa jest ostatni?”

W końcu weszliśmy. Obaj, bo R. chciał, żebym też wszedł. W pokoju, do którego dostaliśmy skierowanie przyjmował młody chirurg, co okazało się o tyle zbawienne w skutkach, że umiał się dogadać po angielsku, więc robiłem za tłumacza. Zapytał m. in. o ubezpieczenie zdrowotne, poprosił podczas badania, żeby R. poruszył palcem, zapytał, jak to się stało i kiedy oraz czy R. ma czucie w palcu. Potem coś jeszcze do mnie chciał powiedzieć, ale zabrakło mu słowa, ale ja się domyśliłem (niestety, teraz nie pamiętam, o co chodziło) i wyszła zabawna sytuacja, bo powiedziałem mu, że wiem, o co mu chodzi, chociaż też nie wiem, jak się to po angielsku nazywa. :)

W końcu R. dostał zastrzyk przeciwtężcowy i zabrali go do gabinetu zabiegowego na szycie, a my z P. czekaliśmy na korytarzu. Okazało się później, że jedna z pielęgniarek mówiła po polsku i kiedy R. poszedł na szycie, udzieliła mu wyjaśnień. Po zakończeniu szycia wróciliśmy jeszcze na chwilę do gabinetu chirurga, gdzie R. dostał receptę na “pain killer” i wyszliśmy.

Receptę, która wyglądała nietypowo, bo był to czysty karteluszek papieru z pieczątką lekarza i nazwą leku, chcieliśmy zrealizować na miejscu, ale okazało się, że apteka w szpitalu wbrew pozorom nie jest czynna dłużej niż typowa apteka, ale może nawet wręcz przeciwnie. Ustaliliśmy więc, że receptę zrealizujemy w mieście, ale że zrobiło się już dość późno, a my jeszcze nic nie jedliśmy od rana, priorytetem stało się znalezienie paszarni. W okolicy szpitala raczej nie można było o tym myśleć, bo ten został postawiony na odludziu i do najbliższej zabudowy był od niego spory kawałek drogi, a że były to bloki, nie było żadnej gwarancji, że gdzieś niedaleko jest jakaś knajpa. W tej sytuacji zdecydowaliśmy, że trzeba wracać do miasta. Wróciliśmy autobusem po dwóch podejściach. Najpierw wyszliśmy na przystanek, ale okazało się, że autobus będzie za pół godziny, więc po kilku minutach stania na mrozie wróciliśmy do szpitalnego hallu, żeby wyjść na przystanek bliżej godziny przyjazdu autobusu. Pamiętam, że wróciliśmy tam jeszcze raz, ale nie pamiętam, dlaczego.

W końcu dojechaliśmy do centrum i szybkim krokiem skierowaliśmy się do wytypowanej wcześniej restauracji, gdzie zamierzaliśmy się posilić daniami typowymi dla kuchni litewskiej. Były to między innymi zeppeliny, których nazwę wymawia się przez “z”, a nie przez “c”. Ja oprócz tego zamówiłem jeszcze wędzone świńskie ucho z groszkiem smażonym na boczku. To drugie danie było nieco mdłe, ale zeppeliny były pyszne. Do dziś wspominam ich smak z niejakim rozrzewnieniem. Do picia zamówiliśmy m. in. lokalne piwo (nazwy nie pomnę, ale R. na pewno pamięta) oraz deskę lokalnych alkoholi. W jej skład wchodziły: Starka, Trzy Dziewiątki (Trejos Devynerios), Zielone Dziewiątki (Žalios devynerios), Żurawinówka (Bobelinė) i Suktinis. Po tej degustacji zdecydowałem, że kupię sobie do domu butelczynę Zielonych Dziewiątek, bo są smaczniejsze niż Trzy Dziewiątki.

Pod koniec naszego posiedzenia w tej knajpie zwaliła się do niej jakaś brytyjska wycieczka i zrobiło się prawie tak, jak w Krakowie (mam na myśli to, co pisze prasa o wizytach młodych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa w grodzie Kraka). Zdecydowaliśmy się więc przyspieszyć nasze wyjście, ale nie mogliśmy się doczekać rachunku, bo obsługujący nas dotąd bardzo sprawnie i szybko młody kelner, musiał zająć się nowo przybyłym towarzystwem, któremu trzeba było dostarczyć sporej ilości piwa (było ich kilkunastu, jeśli nie ponad dwudziestu). Chłopak uwijał się jak w ukropie, a i tak nowi goście nie szczędzili mu połajanek nie mogąc doczekać się, kiedy dostaną do łapy szkło wypełnione piwem. Słowem, miła dotąd atmosfera wyraźnie się zwarzyła, więc zapłaciwszy rachunek i zostawiwszy spory napiwek, oddaliliśmy się na swoją kwaterę. Objedzeni jak bąki i w niezłym humorku położyliśmy się spać. Na drugi dzień mieliśmy zaplanowany powrót.

Wyjazd do Wilna - część dziewiąta

sobota, 26 kwiecień 2008

Zbliżam się powoli w mojej relacji do punktu kulminacyjnego. Kolejnym punktem programu była Ostra Brama i znajdującą się w niej kaplica, o której chyba nic więcej nie muszę pisać, bo została rozsławiona w “Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.

Z początku mieliśmy mały problem, żeby do niej trafić. To znaczy samą kaplicę widzieliśmy dość dobrze z ulicy, ale trochę się nabiedziliśmy zanim udało się nam trafić do miejsca, z którego się do niej wchodzi. W końcu się udało. Wewnątrz tłok, wiele osób klęczało wokół ołtarza i na schodach. Trzeba przyznać, że to robi wrażenie. Podobnie jak wiszące na ścianach wota. Myślę, że większość osób znajdujących się tam w tym czasie to byli Polacy. Zresztą głównie polską mowę było słychać, no i oczywiście była jakaś wycieczka z prowincji panów w mundurach OSP i towarzyszących im pań (zapewne z koła gospodyń wiejskich). Obrazek pasujący do tego miejsca, jak do żadnego innego w Wilnie. Niemal czuło się klimat polskiego, wiejskiego odpustu.

Po zwiedzeniu kaplicy i przylegającego doń kościoła weszliśmy na chwilę do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiłem mały drobiazg dla matki i dla siebie koszulkę pamiątkową z Wilna. Trochę mnie to uderzyło po kieszeni i domyślam się, że to była “ostrobramska marża”.

Po wizycie w Ostrej Bramie postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wileński Cmentarz na Rossie. Prowadził nas do niego R. Nie dało się nie zauważyć, że im bliżej byliśmy celu, tym ubożej wyglądało miasto. Pojawiły się nawet krany do pobierania wody. Gdybym nie zobaczył, to bym nie uwierzył, że w stolicy europejskiego państwa nie tak znowu bardzo daleko od centrum nie ma wodociągów. Kanalizacji pewnie też nie.

W pewnym momencie R. zarządził, że skręcamy w bok w jakąś niemal polną drogę. Droga jak na złość była kręta stroma i cała pokryta ubitym śniegiem, który był pieruńsko wyślizgany (ślizgały się na nim dzieciaki z pobliskich domostw). Zaczęliśmy powoli schodzić. Ja z P. nieco z przodu, R. nieco z tyłu. Nagle R. wywinął orła i rąbnął o glebę. Z początku wydało się mi to nawet zabawne, ale kilka minut później nie było mi już do śmiechu. Jakoś dotarłem na dół bez komplikacji, podobnie jak P. A R. został w tyle. Kiedy do nas dotarł zamierzałem poczęstować go jakąś żartobliwie złośliwą uwagą, ale zobaczyłem, że trzyma się za dłoń. Okazało się, że podczas upadku trafił ręką w odłamek szkła od butelki i skaleczył się w palec.

Początkowo myślałem, że to niewielkie draśnięcie, ale krew nie chciała przestać lecieć. Nie mieliśmy niestety przy sobie żadnych materiałów opatrunkowych (dobra nauczka na przyszłość), więc zarządziłem, że R. i P. mają zostać i czekać na mnie w tym miejscu do skutku, a ja idę poszukać apteki. Jak powiedziałem, tak też zrobiłem, ale już po 5 minutach dotarło do mnie, jak beznadziejnej misji się podjąłem. Okolica, w której się znaleźliśmy była słabo zaludniona. Nie tylko apteki, a żadnego sklepu w zasięgu wzroku nie było. W końcu znalazłem sklep spożywczy i wszedłszy do środka rzuciłem jedno słowo “vaistine“, czyli apteka po litewsku. Niestety, ze sprzedawczynią nie szło się dogadać ani po polski, ani po angielsku. W końcu znalazł się jakiś klient osuszający piwo, który powiedział, że to załatwi i wyjaśnił mi to po rosyjsku. Aptekę znalazłem, była niestety zamknięta. Może nawet napisane tam było, gdzie jest najbliższa otwarta apteka, ale dla mnie niewładającego litewskim taka informacja nie była zbyt przydatna.

Wróciłem po godzinie do miejsca rozstania z pustymi rękoma, ale na szczęście w międzyczasie zainteresował się sprawą jakiś Litwin. Wcześniej zaś pierwszej pomocy udzielili jacyś polscy wycieczkowicze. Co prawda dwa plasterki, jakimi obdarowali R. to nie było wiele, ale przynajmniej można było w ten sposób ranę zamknąć prowizorycznie (a była naprawdę głęboka). Przy okazji okazało się, jak chętni do pomocy są kierowcy. Wspomniany Litwin zatrzymał dwójkę kierowców: Litwina i Polaka. Okazało się, że żaden nie miał apteczki. Tak przynajmniej twierdzili, ale ja w to nie wierzę. Gdyby to był policjant, to jestem pewien, że apteczka by się błyskawicznie znalazła.

Spotkanie tego uczynnego człowieka było o tyle dobrą okolicznością, że przywrócił nam właściwe proporcje w myśleniu o tym, co się stało. Powiedział nam między innymi, że musimy z tym pojechać do szpitala na dyżur chirurgiczny. I w tym kierunku podjęliśmy dalsze działania. Najpierw autobusem dojechaliśmy do centrum, a dokładniej przed dworzec kolejowy. I tutaj zaczęły się korowody. Nasz przyjaciel, bo tak go chyba mogę nazwać, nie mógł się zdecydować, czy powinniśmy jechać dalej autobusem, trolejbusem czy taksówką. Na dodatek, ponieważ nie był z Wilna, nie bardzo wiedział, gdzie dokładnie powinniśmy pojechać i jaką linią. Z początku trochę poddaliśmy się temu zamieszaniu, pewnie to jeszcze skutek lekkiego szoku, w jaki na wprawiła ta sytuacja, ale wkrótce przejęliśmy inicjatywę.

Najpierw udało się ustalić, że musimy pojechać do szpitala mieszczącego się w dzielnicy Leszczyniaki (Lazdynai). Pomogła nam w ustaleniu tego jakaś miła kobieta, która mówiła po polsku. Wiedząc to znaleźliśmy sobie na mapie trasę dojazdu. Potem ja zaopatrzyłem nas w bilety i pozostało tylko czekać na autobus. W międzyczasie nasz uczynny litewski przyjaciel też zakupił nam bilety, więc mieliśmy je na powrót (ja początkowo nie wpadłem na to, żeby kupić też powrotne; co prawda można bilety kupić u kierowcy, ale za sporo wyższą cenę). Oczekiwanie na autobus zajęło nam trochę czasu, bo w tym kierunku rzadko w takim dniu (święto) jeździły autobusy. Sytuację naszą komplikował fakt, że temperatura była poniżej zera, a R. nie mógł przez zranioną rękę założyć rękawiczek, przez co trzęsło nim zimno (niezależnie od stresu). Ale i na to znaleźliśmy sposób.

W końcu doczekaliśmy się autobusu, a co było dalej, o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Wyjazd do Wilna - część ósma

niedziela, 20 kwiecień 2008

Opuściłem się trochę w pisaniu tego bloga i wystawiłem cierpliwość moich czytelników na poważną próbę. Ale już jestem z powrotem i uzupełniam relację.
Tak jak wspominałem w poprzedniej notce, sobota była dniem pełnym wrażeń. Zaczęliśmy dzień jako turyści od zwiedzenia dwóch świątyń, których nazw nie pomnę, po czym poszliśmy do wileńskiego Zamku. Dokładniej do jego górnej części. Wspięliśmy się w tym celu na Wzgórze Giedymina.
Wiało tego dnia wyjątkowo mocno, więc odpuściliśmy sobie zwiedzanie tego, co pozostało po Górnym Zamku, a poszliśmy od razu do Wieży Giedymina. Wieża ta jest symbolem Wilna, a ponoć także symbolem całej państwowości litewskiej. Obecnie na jej szczycie powiewa litewska flaga wciągnięta na zamontowanym tam maszcie.
Chociaż dzień był, jak napisałem, bardzo wietrzny, to jednak o dziwo na samym szczycie wieży wcale nie wiało. Popatrzyliśmy sobie z góry na Wilno, a R. zrobił kilka zdjęć. Musicie uwierzyć na słowo, że widoki z tego miejsca są bardzo ładne. Nasyciwszy nimi oczy postanowiliśmy zejść do miasta. I licho nas podkusiło, żeby zejść inną drogą niż weszliśmy. Droga była bardziej stroma i śliska, ale największa niemiła niespodzianka czekała na nas na dole w postaci zamkniętej furtki. Co gorsza, teren, na którym się znaleźliśmy, można było opuścić tylko przez tę furtkę. Można się domyślić, że najszczęśliwsi z tego powodu nie byliśmy. Perspektywa wspinana się ponownie na górę była zniechęcająca. Zwykle w takich przypadkach potrzeba okazuje się matką wynalazków, czy może ogólniej, rozwiązań. Poradziliśmy sobie w dość nietypowy sposób i dobrze, że nikt nas przy tym nie widział. Przeszliśmy mianowicie, a raczej prześlizgnęliśmy się, pod furtką. Sam nie wierzyłem, że to się może udać, kiedy zobaczyłem, jaki był tam prześwit, ale udało się. Poniżej zamieszczam zdjęcie dokumentujące tę lukę w zabezpieczeniach wraz z moją nogą w celu zaznaczenia proporcji.

Wyszedłszy na ulicę obeszliśmy zabudowania Zamku Dolnego. Mieści się w nim obecnie m.in. muzeum i nawet rozważaliśmy możliwość zwiedzenia go, ale ostatecznie się nie zdecydowaliśmy. Weszliśmy tylko na dziedziniec, gdzie znajdowała się dolna stacja kolejki szynowej kursującej na Wzgórze. Szkoda, że nie przyszło nam wcześniej do głowy, żeby z niej skorzystać. Nie musielibyśmy się przeciskać przez zamknięte furtki.
Idąc dalej minęliśmy pomnik Mendoga, po czym udaliśmy się w kierunku pałacu prezydenckiego, żeby wziąć udział w uroczystościach Dnia odbudowania Państwa Litewskiego. Tak się akurat szczęśliwie złożyło, że obchody przypadły akurat w czasie naszej obecności na Litwie, więc zdecydowaliśmy się je obejrzeć.
Gośćmi tej uroczystości byli m.in. przywódcy pozostałych dwóch państw bałtyckich, dlatego na trzech masztach powiewały flagi Litwy, Łotwy oraz Estonii i hymny tych trzech krajów zostały odegrane na początku uroczystości. Ale był też bardzo miły, przynajmniej według mnie, polski akcent. Co prawda masztów starczyło tylko na trzy flagi, ale na pałacu prezydenckim wisiały cztery, a czwartą była właśnie flaga polska.
Kiedy doszliśmy na miejsce uroczystości, udało nam się stanąć dość blisko centrum wydarzeń. Dostaliśmy litewskie papierowe chorągiewki, które ktoś rozdawał. Ja swoją wetknąłem za pazuchę i paradowałem z nią do końca dnia, po czym dowiozłem ją do domu, a moi współtowarzysze szybko gdzieś swoje zgubili.
Uroczystości nie trwały szczególnie długo, więc nas nie zmęczyły. Może tylko huk salw armatnich trochę nam zakręcił na chwilę w głowie. Wkrótce było po wszystkim i ludzie zaczęli się rozchodzić. Udało mi się przy tej okazji zobaczyć na żywo i to zaledwie kilka metrów ode mnie legendę litewskiego ruchu niepodległościowego, honorowego przewodniczącego Sajudisu (pamiętacie jeszcze, co to za organizacja?) samego Vytautasa Landsbergisa.
Po uroczystościach udaliśmy się w kierunku Ostrej Bramy, ale zanim tam doszliśmy, weszliśmy po drodze do cerkwi, gdzie byliśmy świadkami ślubu. Chcieliśmy zostać tam dłużej, ale przepędziła nas jakaś baba z miotłą (pewnie czarownica). Idąc dalej zaszliśmy też do lokalu, żeby skorzystać z ubikacji. Ale ponieważ tam było ciepło, a na dworze zimno, więc zdecydowaliśmy się zostać trochę dłużej. Zamówiliśmy kawę oraz coś mocniejszego. Była to nalewka żurawinowa - Bobelinė. Tym razem obyło się bez wybrzydzania, bo nalewka obu nam smakowała. Ja nawet kupiłem sobie później butelczynę tej nalewki w sklepie i teraz stoi czekając na dobrą okazję do rozpieczętowania.
Wypiwszy kawę kontynuowaliśmy spacer w stronę Ostrej Bramy, która była już tylko o kilka kroków dalej. Ale o tym napiszę już w kolejnej notce. :)

Wyjazd do Wilna - część siódma

poniedziałek, 31 marzec 2008

    Kolejna z Litwy notka poświęcona będzie Karaimom. Wracając z zamku w Trokach zaszliśmy do karaimskiej knajpki. Mieliśmy do wyboru dwie i nie pamiętam, czy zdecydowaliśmy się na tańszą, czy na lepszą. W każdym razie tłoku w środku nie było. Jeśli dobrze pamiętam, to z menu wybraliśmy sobie na początek jakieś zupy (może R. mi przypomni, co to było, to dopiszę później) no i oczywiście tradycyjne danie kuchni karaimskiej, czyli kibinai. Po naszemu to się chyba nazywa kybyny i są to duże pierogi nadziewane mięsem i pieczone w piekarniku. Mnie to trochę przypominało z wyglądu kebab albo rzeczywiście przerośniętego pieroga.
    Żeby być bardziej karaimskim od Karaimów, zamówiłem oczywiście kybyna z baraniną (były jeszcze m. in. z wołowiną). Z pewnym niepokojem oczekiwałem na swoją porcję, a dlaczego, to wie chyba każdy, kto w życiu próbował baraniny. Mięso baranie ma bowiem specyficzny posmak i trzeba albo umiejętnie je przygotować albo… po prostu polubić to mięso. Moje obawy były bezpodstawne. Kybyn z baraniną zasmakował mi, choć przyznaję, że miał coś w smaku nietypowego. Jednak pod żadnym względem nie dyskwalifikowało to tego dania.
    Wierni postanowieniu, żeby próbować przy każdym poważniejszym posiłku litewskich alkoholi, tym razem zdecydowaliśmy się na Starkę. Skłamałbym, gdybym napisał, że przypadła mi do gustu, bo nie przypadła. W smaku przypominała mi koniak z kategorii tych, których nie lubię. Ale przyzwyczajony do takich smaków spożyłem swoją porcję bez jakiegoś specjalnego obrzydzenia. Za to R. męczył się wyjątkowo nad swoim kielonkiem i na pewno jeszcze nie raz usłyszę słowo “starka” w kontekście “jakieś obrzydlistwo”.
    Tak nam się fajnie siedziało w tej ciepłej knajpce (za oknem mocno wiało i na dodatek był mróz), że postanowiliśmy przedłużyć tam swój pobyt. W tym celu ja zamówiłem na deser jabłko zapiekane w cieście. Coś pysznego. Nie będę nawet próbował opisywać tego dania. Sami jedźcie, zamówcie i spróbujcie. Albo zróbcie sobie w domu, jeśli gdzieś znajdziecie przepis.
    Wreszcie najedzeni i rozgrzani posiłkiem, alkoholem i przyjemną atmosferą musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Planowaliśmy wejść do muzeum społeczności karaimskiej, ale byliśmy tak rozleniwieni po obiedzie, że sobie to odpuściliśmy. Zamiast tego R. zrobił kilka zdjęć na pamiątkę. Między innymi sfotografował trocką kenesę (albo kienesę), czyli karaimską świątynię. Wrzucam poniżej to zdjęcie.
kieniesa.jpg
    Zrobił też kilka zdjęć, na których uwiecznił karaimskie domy. Ich specyficzną cechą jest fakt, że do ulicy ustawione są bokiem, a w ścianie wzdłuż ulicy maja trzy okna. Wydawać by się mogło, że to żadna wielka specyfika, ale te trzy okna mają swoje konkretne przeznaczenie: jedno jest dla Boga, drugie jest dla księcia Witold, a wreszcie trzecie dla domowników. Na zdjęciu poniżej R. w swobodnej pozie na tle karaimskiej chałupy.
dom-karaimski.jpg
    Nasza wizyta w Trokach dobiegała powoli końca. Robiło się ciemno, więc ruszyliśmy w stronę dworca. Ja uparłem się, żeby tym razem pojechać pociągiem. I dopiąłem swego, bo pociąg w dość rozsądnej godzinie z Trok do Wilna jechał. Dworzec kolejowy okazał się niezbyt przyjazny. Nigdzie toalet. Kasa i poczekalnia zamknięte kilka godzin wcześniej. Zupełnie ja w Polsce gdzieś na prowincji. Pociąg, który nadjechał, też chyba pamiętał jeszcze czasy nieboszczyka ZSRR. Ale miał kilka niewątpliwych zalet: był ciepły, przestronny i prawie pusty. Pewnym usprawiedliwieniem zarówno wyglądu dworca, jak i pociągu może być fakt, że tory w Trokach się kończą. A przynajmniej dworzec stoi przy takiej ich odnodze, która nie ma dalszego ciągu. Jadąc do Trok pociągiem trzeba odbić w pewnym miejscu z linii prowadzącej z Wilna na Białoruś. Nic dziwnego więc, że na takiej trasie pociągi jeżdżą dość rzadko, a i dworzec jest czynny tylko w określonych godzinach.
    Bilety kupiliśmy u konduktora, co kosztowało nas 3,40 Lt od głowy.  Jechaliśmy mniej więcej tyle czasu, ile autobusem, ale w zdecydowanie bardziej komfortowych, według mnie, warunkach. Po dojechaniu na miejsce zrobiliśmy jeszcze zakupy w Maximie na dworcu. R. zaopatrzył się w jakieś warzywa, więc i ja pomyślałem, że warto sobie urozmaicić jadłospis. Wziąłem więc pomidory… konserwowe (bardzo smaczne) i czosnek konserwowy. Ten drugi zakup miał bardzo daleko idące konsekwencje. Tak mi ten czosnek w postaci marynaty zasmakował, że po powrocie do Polski zaraz kupiłem sobie kolejny słoiczek. I tutaj czekało mnie rozczarowanie, bo ten polski był zupełnie pozbawiony smaku. Tak, jakby go zagotowano przed rozlaniem do słoików. Myślałem, że to tylko ten jeden tak ma i kupiłem czosnek innego producenta i… znów to samo. W końcu udało mi się znaleźć taki, który smakiem najbardziej przypomina to, co konsumowałem na Litwie. Całe szczęście, bo chyba bym z następnego wyjazdu na Litwę wrócił z kartonem słoików marynowanego czosnku. Dodam gwoli wyjaśnienia, że czosnek ten nie był na słodko i nie dodano do niego żadnego kminku. ;)
    Po zakupach potoczyliśmy się do naszego miejsca zamieszkania, gdzie po kolacji zmęczeni dość szybko zasnęliśmy. Następny dzień okazał się być pełnym wrażeń, ale o tym napiszę w kolejnych notkach.

Wyjazd do Wilna - część szósta

piątek, 14 marzec 2008

    Jazda do Troków zajęła nam około pół godziny, który to czas spędziliśmy stojąc w zatłoczonym mikrobusie. Trochę z własnej winy staliśmy, bo mając wykupione w kasie bilety mieliśmy prawo zająć miejsca, których numery były na tych biletach. Dowiedzieliśmy się tego empirycznie będąc świadkami bezceremonialnego wypraszania z miejsc jednych pasażerów przez innych, tych z biletami z kasy. My jednak staliśmy całą drogę. Nie wiem, jak R. i P., ale za siebie mogę napisać, że po pierwsze jako gość w obcym kraju nie chciałem się tak szarogęsić, po drugie trudno się wykłócać o swoje, kiedy się nie zna języka, wreszcie po trzecie nie jestem jakimś cherlakiem i te pół godziny mogę postać w autobusie.
    W Trokach wysiedliśmy na dworcu autobusowym i pierwsze, co poczułem, to upiorny ziąb. Wiedziałem, że będzie zimno i byłem do tego przygotowany, ale i tak zmarzłem jak psi nos. Najpierw ruszyliśmy w kierunku zamku. To był pierwszy punkt programu. Po drodze zajrzeliśmy do miejscowej informacji turystycznej, gdzie kupiłem kilka kart, znaczki pocztowe i znaczek w kształcie połączonych drzewcami flag: polskiej i litewskiej (noszę go teraz przypiętego do kurtki). Zanim jednak ruszyliśmy w miast, R. sfotografował jego plan na dworcu. A oto on (te dopiski na nim poczynione nie są naszego autorstwa).
plan-trokow.jpg
    W drodze do zamku mieliśmy odwiedzić muzeum społeczności karaimskiej, ale kobieta, która nam otworzyła po dłuższej chwili dobijania się do budynku, powiedziała, że jeśli najpierw zwiedzimy zamek, a potem to muzeum, to dostaniemy znaczną zniżkę w opłacie za wstęp. Dlatego też zdecydowaliśmy się jednak iść najpierw do zamku, który na pięknej fotografii zamieszczonej przeze mnie poniżej, uwiecznił R.
zamek-w-trokach.jpg
    Zamek w Trokach mieści się na wyspie, co zresztą widać na załączonym powyżej planie miasta. To ewenement na skalę światową. Żeby do niego dojść trzeba przejść po dwóch mostkach. Ten drugi widać nawet na powyższym zdjęciu. Kiedy pokonywaliśmy pierwszy z nich do uszu naszych dolatywała melodia fletu. Biorąc pod uwagę mróz i mocno wiejący wiatr, podejrzewałem początkowo, że jest to jakiś czarodziejski flet, bo jakiż flecista w tak nieprzyjazną pogodę dawałby publicznie koncert na otwartym powietrzu? Po dojściu do końca mostu okazało się, że był to jednak flecista z krwi i kości i do tego dziecko. Chłopiec na oko w wieku 8-10 lat siedział na pieńku i grał na flecie. Zwykle w takich wypadkach nie daję pieniędzy i tak też zrobiłem tym razem. Ale poszedłszy dalej doszedłem do wniosku, że tę determinację warto by jednak docenić. Nie zdecydowałem się jednak zawrócić, ale powziąłem postanowienie, że jeśli wracając spotkamy tego młodocianego muzyka ponownie to dam mu 10 a może nawet 20 litów i przegonię do domu (o ile by mnie zrozumiał i posłuchał). Niestety, w drodze powrotnej już go nie spotkałem. Trudno.
    O samym zamku pisać dużo nie będę. Poniżej zamieszczam jego plan sfotografowany przez niezawodnego R.
 plan-zamku.jpg
    W zamku mieści się Muzeum Historyczne, które, jak wyczytałem, gromadzi 80.000 eksponatów. Ekspozycja jest rzeczywiście bogata i ciekawa. Ilustruje życie polityczne, kulturalne, społeczno-obyczajowe Litwy na przestrzeni dziejów. Są tam też  średniowieczne militaria oraz dokumenty i zbiory dotyczące historii litewskiej państwowości. Mnie najbardziej wzruszyły tam dość liczne polonica. Litwini mogą mieć nam za złe to, że Piłsudski po I wojnie światowej zaanektował część Litwy, w tym obecną stolicę - Wilno oraz m. in. Troki, ale szanuję ich za to, że pamiątki z tego okresu, w tym np. polskie obligacje, świadectwa, dokumenty, czy nawet publikacje świadczące o dbałości polskich władz o historyczne dziedzictwo tych terenów (artykuły na temat badań genealogicznych i prac restauratorskich) są prezentowane tuż obok dokumentów litewskich. Obecność polskiego państwa na tych terenach w czasie międzywojennym w moim odczuciu nie jest tutaj wstydliwie ukrywana. Ale może to wyłącznie moje wrażenie. Jeśli jednak nawet tylko ja, jako Polak, odniosłem takie wrażenie, to niezależnie od wszystkiego Litwini zasłużyli sobie za to na mój szacunek.
    Po zwiedzeniu zamku ruszyliśmy z powrotem do miasta, żeby zapoznać się ze specjałami kuchni karaimskiej, bo Karaimowie są obok zamku drugą przyczyną, dla której warto odwiedzić Troki. O spotkaniu z kuchnią i kultura karaimską napiszę w kolejnej części, ale teraz jeszcze na zakończenie muszę wspomnieć o bardzo miłym spotkaniu, do jakiego doszło, kiedy w drodze powrotnej z zamku zeszliśy na stały ląd. Zatrzymaliśmy się wtedy na chwilę, żeby zdecydować, który z karaimskich lokali odwiedzimy i wtedy wyszedł nam na spotkanie niezbyt wysoki, blondwłosy opryszek. Wygląd miał może mało przyjazny, ale za to bardzo przyjaźnie się wobec nas zachowywał. Pewnie większość czytelników tej notki wie, kim był Lew Trocki, nie będę się więc tutaj streszczał jego biografii i przejdę od razu do informacji, że spotkaliśmy jego dalekiego kuzyna. Kuzyn ten w przeciwieństwie do swojego bardziej znanego antenata nie zajmuje się polityką, ale bardziej przyziemną działalnością, mianowicie tępieniem gryzoni. Mimo że na co dzień na pewno bardzo zajęty, znalazł chwilę, żeby się z nami przywitać. R. uwiecznił moje z nim spotkanie na poniższej fotografii. Panie i panowie, oto Kot Trocki, daleki krewny Lwa Trockiego. ;)
kot-trocki.jpg

Wyjazd do Wilna - część piąta

niedziela, 9 marzec 2008

    Nadszedł piątek. Tego dnia mieliśmy w planach wyjazd do Trok(ów?). Wcześniej jeszcze wahaliśmy się, czy nie wybrać się tam jednak w sobotę, ale ustaliwszy, że w sobotę jest litewskie Święto Niepodległości uznaliśmy, że w taki świąteczny dzień może być problem z wydostaniem się z Wilna i z powrotem do niego, bo na pewno wszelka komunikacja jeździć będzie wg świątecznego rozkładu.
    Ja dzień rozpocząłem od ablucji. Wziąłem się za nie z pewną nieśmiałością, bo zwykle rano biorę prysznic (tak też zdecydowałem się postąpić i tym razem), a pomieszczenie, w którym mieściły się prysznice w naszym przybytku noclegowym jakoś nie zachęcało mnie do skorzystania. Nie chodzi o higienę, bo z tym nie było źle, ale raz, że trochę ciągnęło tam zimnem, a dwa, że przez okno można było sobie z zewnątrz zajrzeć do środka bez problemu. W końcu jednak przełamałem opór i wlazłszy do kabiny miałem tylko nadzieję, że nie zabraknie ciepłej wody w trakcie kąpieli.
    Okazało się, że muszą mieć wydajny bojler, bo wody nie zabrakło, a w pewnym momencie było jej nawet za dużo. Ale to chyba zasługa kurków, do których obsługi powinni wypożyczać jakiegoś kasiarza co najmniej tej klasy co Henryk Kwinto, bo każdy najdelikatniejszy ruch kurkami przekładał się na zdecydowanie bardziej poważne zmiany temperatury wody lecącej z prysznica. Mimo tych wszystkich niedogodności udało mi się dokonać porannych ablucji bez strat materialnych, moralnych i uszczerbku na zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.
    Po porannej toalecie przyszła pora na śniadanie. Na śniadanie raczyłem się specjałami zakupionymi w piątek w Maximie. Warto może poświęcić kilka słów upodobaniom smakowym Litwinów. Otóż lubują się oni najwyraźniej w słodkim smaku, bo nawet chleby mają słodkie, a przynajmniej taki kupił R. (chyba niezamierzenie, bo na pierwszy rzut oka to wyglądało na zwykły chleb). Na dodatek lubią (nad)używać kminku dodając do go wszystkiego. Ja na przykład miałem krojoną szynkę paczkowaną, która na pierwszy rzut oka nie różniła się niczym od tej, która można dostać w Polsce, poza tym, że dorzucili jej kminku do opakowania. Może to mało ciekawe, ale napiszę, że ja się zaopatrzyłem w chleb żytni pełnoziarnisty (z łamanym ziarnem żyta) i tak mi on zasmakował, że od powrotu z Wilna innego typu chleba prawie nie jadam.
    No ale dość o kulinariach. Przenieśmy się na dworzec, skąd mieliśmy wyjechać do Trok(ów?). Mieliśmy do wyboru dwie opcje: pociąg lub autobus. Ja optowałem za pociągiem i udało mi się do tego pomysłu przekonać resztę towarzystwa, ale rzeczywistość zweryfikowała te plany, bo jeden pociąg dopiero co odjechał, a na drugi przyszłoby nam długo czekać. Chcąc nie chcąc zdecydowałem się jechać autobusem (stawiając jednak warunek, że powrót nastąpi pociągiem).
    Na dworcu autobusowym panował spory tłok, a do kas stały długie kolejki. Na dodatek nie bardzo można było ustalić, o której godzinie mamy autobus, bo żaden w Trokach nie kończył kursu, a nie byliśmy zorientowani dokąd jeżdżą autobusy przez Troki. W końcu R. poszedł zasięgnąć języka, a my z P. czekając na niego z braku lepszego zajęcia zaczęliśmy studiować rozkład jazdy i mapkę połączeń. Udało nam się już nawet ustalić, w jakim kierunku powinniśmy jechać i chciałem się tą wiedzą podzielić z R., ale zdecydowałem się poczekać aż wróci.
    W międzyczasie przyszło mi do głowy, żeby skorzystać z Internetu. Zauważyłem bowiem coś na kształt punktu dostępowego. Dostęp był możliwy za opłatą m.in. 1 Lt za 5 minut. Pomyślałem, że 1 Lt to niedużo, a ja przynajmniej sprawdzę sobie pogodę, bo tego dnia od rana było diabelnie zimno i ciekaw byłem, czy długo to jeszcze potrwa. Wrzuciłem więc monetę, czasomierz ruszył i… nic. Ani klawiaturą, ani myszką nie udało mi się wywołać żadnej reakcji. Po około 30 sekundach w końcu zrezygnowałem klnąc pod nosem tego naciągacza, który postawił tam to niesprawne urządzenie, żeby nabierać naiwniaków. Co prawda z boku był numer telefonu, pod którym można było zgłosić awarię, ale raz że nie miałem z czego zadzwonić (roaming w “kochanym” Plusie nie wiedzieć czemu się nie dał aktywować), a dwa, że po litewsku to ja mógłbym najwyżej powiedzieć “dzień dobry”, “dziękuję” i “do widzenia”. Przyszło mi też do głowy, że przecież ktoś przychodzi co jakiś czas opróżnić to urządzenie z monet i powinien się zorientować, że nie działa i albo naprawić, albo zostawić ostrzeżenie. Pomyślałem sobie wtedy, że naciągacze są wszędzie i… na drugi dzień przyszło mi zweryfikować moje poglądy, bo kiedy szukając w sobotę publicznego szaletu weszliśmy m. in. na dworzec autobusowy, dostrzegłem kartkę z komunikatem-ostrzeżeniem, że punkt dostępowy do Internetu nie działa. Czyli jednak nie naciągacze. Ale ja mojego jednego lita straciłem. :)
    Tymczasem R. wrócił już z biletami i udzielonymi po polsku wyjaśnieniami, więc nasze wcześniejsze ustalenia nie przydały się. Informacja okazała się być jednocześnie kasą (a może odwrotnie) i to z polskojęzyczna obsługą, więc pozostało nam tylko oddalenie się w kierunku peronów autobusowych.
    W tym momencie uświadamiam sobie, że zapomniałem napisać o czymś ważnym, co miało miejsce między śniadaniem, a zakupem biletów, więc napiszę o tym teraz i będzie to podsumowanie tej części relacji. Otóż w drodze na dworzec zboczyliśmy z drogi, żeby zajrzeć do informacji turystycznej, która mieści się m. in. w wileńskim ratuszu. Ratusz ten R. uwiecznił na zdjęciu poniżej.
ratusz1.jpg
    Te dwie sylwetki przy trzeciej kolumnie od lewej to ja i P.
    Wizyta w informacji turystycznej była dość krótka. Szkoda, że pani nie mówiła po polsku. Ja co prawda nie jestem polskim szowinistą i nie uważam, że wszędzie, gdzie wyjeżdżam, ludzie powinni gadać po naszemu. Myślę jednak, że Polaków na Wileńszczyźnie jest na tyle dużo, że chyba nie byłoby problemem znaleźć pracownika, który by naszym ojczystym językiem władał zwłaszcza, że do Wilna na pewno przyjeżdża wielu Polaków. No ale to w zasadzie nie moja sprawa, bo to nie ja określam kierunki polityki turystycznej stolicy Litwy. Grunt, że jakoś się dogadaliśmy i zakupiłem sobie dwa znaczki: z herbem Wilna i z herbem Trok. Do tego dostałem “Przewodnig” (sic!) w języku polskim, który był bardzo użyteczny przede wszystkim ze względu na kilkanaście zwrotów litewskich w tłumaczeniu na polski, jakie w nim zamieszczono. Dostałem go po tym, jak po rosyjsku (po polsku pani nie paniała) zapytałem o rozmówki polsko-litewskie. Głównie z myślą o nich zawitałem do informacji turystycznej, bo dużo lepszą, mobilną informację miałem w postaci R. wyposażonego jeszcze w jakieś dobre wydawnictwo poświęcone stolicy Litwy. Właściwie wystarczała mi ona za wszystkie inne, tylko po litewsku gadać nie chciała. ;)
    Po tej właściwie głównie kurtuazyjnej wizycie w biurze IT udaliśmy się na dworzec, o czym już napisałem wyżej. A na zakończenie wrzucam jeszcze jedno zdjęcie ratusza, na którym trochę lepiej widać mnie i P., a trochę gorzej sam ratusz.
ratusz2.jpg

Wyjazd do Wilna - część czwarta

niedziela, 2 marzec 2008

    Poprzedni wpis zakończyłem na cudownym kamieniu, ale nie był to koniec naszego zwiedzania Wilna tego dnia. Z okolic katedry wybraliśmy się jeszcze na pasaż Gedymina (za czasów ZSRR był to pasaż Lenina). Pasaż ten to typowa ulica handlowa. Coś jak Piotrkowska w Łodzi, tyle że z jezdnią.
    Ponieważ zrobiło się zimno, więc postanowiliśmy wejść gdzieś się ogrzać. I akurat trafiła się galeria handlowa. O dziwo, z zewnątrz ten budynek wyglądał niepozornie. Jak jedna z wielu kamienic. Tymczasem w środku mieściło się kilka kondygnacji sklepów.
    Obeszliśmy wszystkie (przynajmniej z zewnątrz), a do księgarni zalogowaliśmy się nawet na dłużej. Język litewski na tyle mnie zainteresował, że chciałem sobie kupić przynajmniej jakieś rozmówki litewsko-polskie, ale nie udało mi się takich znaleźć. Prędzej kupiłbym słownik litewsko-japoński niż rozmówki.
    W księgarni były oprócz książek litewskich także polskie, a nawet wydanie “Historii filozofii” prof. Tatarkiewicza po litewsku. Mam polskie wydanie tej książki i uważam, że to najprzystępniej napisana historia filozofii. Po litewsku nie kupiłem, choć taka myśl też mi do głowy przyszła.
    Obszedłszy wszystkie sklepy, których nie powstydziłyby się galerie handlowe w Polsce, przed samym wyjście wymieniłem jeszcze w kantorze 50 euro na lity, bo kasa mi się prawie skończyła po zapłaceniu za obiad. Ze względu na podbierające mnie przeziębienie udaliśmy się do apteki, gdzie postanowiłem się zaopatrzyć w jakiś środek, którym bym się szybko wykurował. Zdecydowałem się na Coldrex MaxGrip. Poprosiłem o niego ograniczając się wypowiedzenia jego nazwy. To jedyne słowa, jakie padły z moich ust, a mimo to kobieta za ladą zorientowała się, że ma do czynienia z cudzoziemcem, bo chcąc ode mnie drobniaki najwyraźniej nie chciała oznajmić mi tego werbalnie, ale szukała jakiegoś innego sposobu. Skutecznie, bo domyśliłem się, o co chodziło. Ale ta sytuacja mnie tak zaskoczyła, że zapytałem potem R., czy ja mam gdzieś na plecach napisane, że nie jestem z Litwy? A może nazwę tego kupowanego preparatu wymówiłem z obcym akcentem? W końcu to, że nie powiedziałem “poproszę” (po litewsku) mogło równie dobrze znaczyć, że jestem gburem, a nie cudzoziemcem. ;)
    W tym samym budynku zajrzeliśmy jeszcze do sklepu spożywczego sieci Maxima. Tutaj zaopatrzyłem się w chleb, masło (które po litewsku nazywa się sviestas, żeby było ciekawiej) i kilka innych drobiazgów. Jeśli dobrze pamiętam, to R. kupił tego dnia Trejos Devynerios, którego całkiem sporo tego wieczora skonsumowaliśmy (w końcu były Walentynki; a święta zgodnie z przykazaniem kościelnym należy święcić).
    Po zakupach wróciliśmy na kwaterę. Wszyscy odczuwaliśmy trudy tego dnia, a my z R. dodatkowo byliśmy pokrzepieni słuszną porcja litewskiej nalewki, więc dobrze nam się tej nocy spało. Podobno to, co się śni pierwszej nocy na nowym miejscu ma jakieś znaczenie. Mnie się śnił A., ale nie pamiętam kontekstu. Rano nie próbowałem nawet tego snu sobie przypominać, a sen nie utrwalony, jak wiadomo, szybko się ulatnia. Na sobotę mieliśmy zaplanowany wyjazd do Trok i tym przede wszystkim zaprzątałem sobie głowę. Ale o tym napiszę już w kolejnej części.
    Poprzednią część zakończyłem w momencie wyjścia na miasto. W kolejnej części postaram się opisać, co podczas tego pierwszego spaceru zwiedziliśmy. Uprzedzam jednak, że może to być zestawienie niekompletne, bo nie mam przed nosem mapy Wilna i będę sobie ten spacer odtwarzał wyłącznie z pamięci.
    Na pewno zaczęliśmy od obiadu. Zjedliśmy go w knajpce znajdującej się tuż przy moście “granicznym” znanej z tego, że w niej obraduje rząd Republiki. Akurat nie obradował, kiedy wybraliśmy się na obiad. Ale na ścianie wisiała Konstytucja republiki, której jednak z racji nieznajomości języka nie mogliśmy w całości poznać. Kilka wyjątków miał w swoim przewodniku R. Oto niektóre zapisy, jakie udało mi się znaleźć w Sieci:
        Każdy ma prawo żyć nad rzeką Wilenką.
        Każdy ma prawo do ciepłej wody, ogrzewania w zimie i całego dachu nad głową.
        Każdy ma prawo być niepowtarzalny.
        Każdy ma prawo do popełniania błędów.
        Każdy ma prawo być szczęśliwy.
        Każdy ma prawo być nieszczęśliwy.
        Każdy jest odpowiedzialny za swoją wolność.
        Każdy ma prawo umrzeć, ale nie jest to obowiązkowe.
    Na obiad zdecydowaliśmy się z R. zjeść bliny, a P. wziął bardziej “polski” obiad. My dwaj dodatkowo zamówiliśmy po kieliszeczku Suktinisa. Za obiad złożony z 3 zup dnia, dwóch porcji blinów i jednego kotleta z kurczaka z dodatkami, dwóch kaw, herbaty i dwóch kieliszków Suktinisa zapłaciliśmy 77,10 Lt. Średnio wyszło po 20 Lt za obiad na głowę (nie licząc alkoholu). Wzmocnieni obiadem ruszyliśmy dalej.
    Zaczęliśmy od zwiedzenia cerkwi. Niech mi św. Cyryl z Metodym wybaczą, ale nie mam pamięci do wezwań, więc nie wiem, komu ta cerkiew była poświęcona. Grunt, że była ładna. Po cerkwi poszliśmy zwiedzić Uniwersytet Wileński. Wstęp był tam za opłatą, ale bezskutecznie próbowaliśmy nabyć bilety (w lokalu, gdzie je sprzedawano, nie było nikogo). Zdecydowaliśmy więc, że wejdziemy za darmo. Obejrzeliśmy sobie między innymi siedzibę głowy państwa od strony dziedzińca, który sąsiaduje z uniwersytetem. Zdjęcie jest poniżej.
palac-prezydencki.jpg
    Na jednym z dziedzińców Uniwersytetu znaleźliśmy tablicę poświęconą drugiemu rektorowi tej uczelni. Poniżej zamieściłem jej zdjęcie. Sami sobie odczytajcie, któż to. Chyba nie będziecie mieli problemów z wskazaniem najważniejszego dzieła jego życia? :)
tablica-wujka.jpg
    Kolejnym punktem zwiedzania była katedra, która, gdyby nie krzyż, kościoła w ogóle by nie przypominała. Weszliśmy do środka tuż przed śnieżną zadymką, która właśnie się rozpętała. Obeszliśmy sobie całą świątynie, zajrzeliśmy do kaplic, po czym poczekaliśmy jeszcze chwilę, bo przyuważyłem, że w zakrystii ubierał się w szaty liturgiczne jakiś gość w piusce. Okazało się, że trafiliśmy na mszę, która odprawiał jakiś biskup (może arcybiskup Wilna?). Postaliśmy chwilę, po czym nic nie rozumiejąc z kierowanych do nas przez jego ekscelencję słów ewakuowaliśmy się na zewnatrz budynku, którego zdjęcie wrzuciłem poniżej.
katedra.jpg
    Na placu między katedrą a dzwonnicą znajduje się specjalne miejsce oznaczone na pamiątkę tzw. Bałtyckiego Łańcucha, który połączył w 1989 roku mieszkańców trzech nadbałtyckich republik. Podobno każdy, kto stanie na tym kamieniu, pomyśli sobie życzenie i obróci się o 360 stopni, może liczyć na to, że jego życzenie się spełni.Ja co prawda w cuda nie wierzę, ale stanąłem na tym kamieniu i obróciłem się dookoła. W końcu jeśli jednak cud się zdarzy, to nie odmówię skorzystania z jego skutków. ;) Poniżej na zdjęciu kamień z naszymi nogami.
cud.jpg
    Mieliśmy tego dnia jeszcze trochę wrażeń, ale ja dziś już nie mam siły o nich pisać. Dlatego z ciągiem dalszym relacji wstrzymam się do kolejnej, czwartej, części opisu. :)

Pogrzebałem w CSS-ie

środa, 27 luty 2008

Chwilowa przerwa w opisie wyjazdu do Wilna. Nie mam jakoś ostatnio natchnienia. Ale wkrótce temat wróci na łamy bloga. Tymczasem zapłaciłem abonament za możliwość grzebania w CSS-ie i efekty widać. Trochę musiałem popracować nad tym, żeby blog przyjął widok, jaki zaplanowałem, ale wreszcie udało się osiągnąć odpowiedni efekt.

Wyjazd do Wilna - część druga

niedziela, 24 luty 2008

    Poprzednią część zakończyłem w momencie dojścia do schroniska, więc teraz kilka słów na temat naszego miejsca zakwaterowania. Jak napisałem, z zewnątrz miejsce to wyglądało całkiem przyzwoicie. Wewnątrz również i przyznam, że przypominało typowe polskie schronisko młodzieżowe. Gdyby nie mapa Litwy na ścianie i panie nie mówiące zbyt dobrze po polsku, czułbym się jak w kraju. W samym budynku widać było pewne kontrasty. Z jednej strony dość nowe meble (ładniejsze niż w niejednym polskim schronisku), wymalowane ściany, pościel w bardzo przyzwoitym stanie, a nawet ręczniki. Z drugiej strony boazeria w sraczu (ale nie w sławojce) i stare, rozsypujące się szafki w kuchni, na dodatek zamieszkane. Z jednej strony nowoczesna kuchnia elektryczna i takiż sam bojler (woda ciepła była cały czas) z drugiej pamiętające ZSRR stare lodówki i czajnik emaliowany do gotowania wody (elektryczny nie działał).
    Słowem, lokal wyglądał na remontowany w miarę dostępnych sił i środków, któremu jednak do wysokiego standardu sporo jeszcze brakuje. Ale może dzięki temu jest w przystępnej cenie (30 Lt za noc). Mnie się tam w każdym razie podobało. Jedynym mankamentem była niezbyt wydajna instalacja grzewcza, bo chociaż kaloryfer był dobrze ciepły (ale nie gorący), to w pokoju cały czas było chłodnawo.
    Przyjęci zostaliśmy wyjątkowo gościnnie. Pani najpierw zapytała R. o nazwisko, po czym potwierdziła, że ma taką rezerwację. Zaprowadziła nas do pokoju, potem przychodziła jeszcze ze dwa czy trzy razy i opowiadała m. in., co ciekawego można w Wilnie zobaczyć. Dała nam też wizytówki z adresem schroniska i telefonem. Potem R. poszedł dopełnić formalności meldunkowych i zapłacić za pobyt. W międzyczasie pani obiecała, że jeśli mieszkający w schronisku Polacy wyjadą wkrótce, to przeniesie nas na poddasze. Zakładam, że nasze warunki bytowe miały się w ten sposób poprawić, ale nie dane nam było tego sprawdzić, bo chyba ci Polacy zostali dłużej.
    Skoro mowa o Polakach, to nie fraternizowaliśmy się z żadnymi rodakami. Jedną mieszkali jedni przez ścianę z nami, ale oni trzymali się w jednej kupie, a my w drugiej. W końcu Polaków mam na co dzień w Polsce i nie po to jadę zagranicę, żeby tam szukać krajan. :)
    Po wstępnym zakwaterowaniu poczuliśmy się nieco zmęczeni i wszyscy trzej rozłożyliśmy się na łóżkach. Udało mi się nawet trochę podrzemać, ale nie była to zbyt głęboka drzemka. I właściwie tylko podczas tej drzemki nie przyśnił mi się A., bo nie wiem jakim zrządzeniem losu śnił mi się za każdym razem, kiedy tylko zamknąłem oczy. Nawet kiedy któregoś dnia po przebudzeniu się zdecydowałem, że jeszcze jest wcześnie i mogę sobie pospać, oczywiście nie przyśnił mi się nikt inny. Tym bardziej tego nie rozumiałem, że praktycznie od jakiegoś czasu w ogóle nie utrzymujemy kontaktów, a ostatni raz widziałem się z nim prawie równo dwa lata temu. Co ciekawe, te sny skończyły się, jak tylko wróciłem do kraju. Ciekawe, co na to Freud? Chociaż nie, nie jestem ciekaw, co by na to powiedział ten stary zbereźnik, bo jemu to się wszystko z jednym kojarzyło. ;)
    Po drzemce wybraliśmy się na obiad i na zwiedzanie miasta. Ale o tym, co jedliśmy i co zwiedziliśmy tego dnia napiszę w kolejnym odcinku. Wrzucę też wtedy kilka zdjęć.

Wyjazd do Wilna - część pierwsza

piątek, 22 luty 2008

    Zacznę od kilku słów poświęconych temu, w jaki sposób dostaliśmy się do Wilna.
    Organizacją całego tego wyjazdu, a także i dojazdu, zajął się R. i spisał się na piątkę. W tamtą stronę pojechaliśmy autobusem IC (sic!). To jest w tej chwili jedyny kurs realizowany autobusem w ofercie spółki IC. Wyjazd mieliśmy o 23.00, a na miejsce dojechaliśmy o 9.00 czasu miejscowego, czyli po 9 godzinach.
    W autobusie mieliśmy mały zgrzyt, bo na jednym z miejsc, na które mieliśmy bilety, usiadł facet, który chciał siedzieć koło żony. Tak się przynajmniej tłumaczył, bo on miał numer miejsca dużo dalszy niż żona. Pomyślałem sobie, że niech mu będzie, chociaż on żonę ma prawdopodobnie na co dzień, a my widzimy się raz na kilka miesięcy i każda wspólnie spędzona chwila jest dla nas cenna. Przyznam, że później żałowałem trochę tej ugodowości, kiedy pani zdjęła buty i wystawiła nogi na przejście niezbyt daleko od mojej twarzy albo kiedy poszła do kierowcy, żeby ściszył telewizor przez co przez połowę filmu, jaki nam dla umilenia czasu wyświetlili, musiałem mocno wytężać uszy, żeby nie utracić wątku akcji. Mówiąc krótko, ktoś tam nadużywał gościnności kosztem współpasażerów. Ale nic to. Na szczęście wspólna podróż trwała tylko 9 godzin.
    Po drodze mieliśmy postój na granicy, której nie ma, ale są po niej ślady. Postój był dobrowolny i służył właściwie tylko temu, żeby się pasażerowie mogli wysiusiać, a kierowcy rozprostować kości. Po około półgodzinie ruszyliśmy dalej.
    Z samej drogi niewiele pamiętam, bo było ciemno, a jak się zrobiło jasno, to trochę przysypiałem. Na dobre rozbudziłem się, jak już dojechaliśmy. Wypakowaliśmy najpierw bagaże i pierwsze kroki skierowaliśmy do banku. Ja wchodząc zauważyłem bankomat i z głupia frant postanowiłem wsadzić doń kartę, żeby sprawdzić, czy mi coś wypłaci. Osiem lat temu w Niemczech przekonany, że bez trudu zapłacę swoją kartą za przejazd, srogo się rozczarowałem (sprawdziłem wcześniej, że jest teoretycznie taka możliwość). Tym razem ku mojemu bardzo miłemu zaskoczeniu bankomat wypluł 2 banknoty po 100 litów, jakie sobie zażyczyłem. Karta była debetowa systemu VISA Electron (do konta Inteligo założonego zanim kupiło ten bank PKO BP).
    Po zaopatrzeniu się w gotówkę ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Nie znaczy to, że przyjechaliśmy do Wilna w ciemno. Niezawodny R. zarezerwował nam pokój w schronisku młodzieżowym, ale należało je jeszcze odnaleźć. Ponieważ wyjechałem na Litwę odpocząć, więc postanowiłem nie wtrącać się do spraw organizacyjnych i zostawić wszystko w rękach R.. Dlatego nie rwałem się do planu miasta, ale szedłem grzecznie tam, gdzie nas R. prowadził.
    Wkrótce doszliśmy do rzeki, za którą, o czym dowiedzieliśmy się nieco później tego dnia, funkcjonuje samozwańcza Republika Zarzecze. Zarzecze (lit.: Užupis) to taki wileński Montmartre - dzielnica artystów, niespokojnych duchów, meneli i innej cyganerii. Poniżej wrzuciłem zdjęcie moje i P. na tle tablicy informującej o przekraczaniu granicy Zarzecza.
na-granicy-zarzecza.jpg
Muszę się w tym momencie przyznać do małej profanacji. Otóż po obejrzeniu z bliska tej dzielnicy Wilna, która w niektórych miejscach przypomina bardziej zapyziałe miasteczko z głębokiej, polskiej prowincji, przechrzciłem ją z Zarzecza na Zadupie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że z dupą skojarzyła mi się jej litewska nazwa, wszak “żopa“to po rosyjsku ta właśnie część ciała. :)
    Symbolem Zadupia, to znaczy Zarzecza, jest anioł, którego pomnik znajduje się na poniższej fotografii. Podobno wcześniej na tym miejscu stało na kolumnie wielkie jajo. Kiedy “wykluł się” z niego anioł, jajo przeniesiono na inny plac.
aniol-zarzecza.jpg
    Nasze schronisko, i nasz dom przez najbliższe trzy noce, mieściło się przy ulicy Połockiej pod numerem 7. Kiedy byliśmy przy numerze 5 zacząłem się poważnie niepokoić, bo następnym w kolejności budynkiem była pozbawiona częściowo okien rudera najwyraźniej niezamieszkana. Wiedziałem, że warunki miały być turystyczne i że miało być tanio, ale uznałem, że jednak z oszczędnością nie powinno się aż tak przesadzać. :)
    Na szczęście okazało się, że nasze schronisko mieści się kawałek dalej i na pierwszy rzut oka wygląda przyzwoicie. Jak wyglądało na kolejny rzut oka, o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Wyjazd do Wilna - wprowadzenie

piątek, 22 luty 2008

    Mojemu wyjazdowi do Wilna patronowało hasło “Litwo! Ojczyzno nie moja!”. W przeciwieństwie do wielu Polaków, którzy jeżdżą na Litwę z sentymentu za Kresami, żeby tropić tam wytrwale ślady polskości tamtych ziem i wzdychać za utraconą “ojczyzną”, ja pojechałem tam jak z wizytą do każdego innego, obcego kraju.
    Może ten brak sentymentu do Litwy wynika z tego, że moja rodzina od co najmniej dwóch wieków siedzi w centralnej Polsce, a i wcześniej raczej z kierunku zachodniego przyszła niż ze wschodniego. A może to po prostu trzeźwe spojrzenie na realia i niechęć do resentymentów. Nieważne. Grunt, że wychodzę z założenia, że Litwa jest ojczyzną Litwinów i Polaków mieszkających tam z dziada pradziada, a dla mnie jest krajem, który jest obcy, co nie oznacza, że nie mogę czuć do niego sympatii lub mieć nadziei na przyjazne przyjęcie.
    Wszystkim, którzy po takiej deklaracji chcieliby mi zarzucić brak patriotyzmu, chciałbym przypomnieć, jakie emocje wzbudzają w Polsce Niemcy odwiedzający ziemie należące do nich przed II wojną światową i deklarujący, że to ich własność, ich dziedzictwo, ich ojczyzna.
    W każdym razie rzeczywiście można znaleźć na Litwie wiele śladów obecności polskiej państwowości na tych terenach i wiele pamiątek mogących nas, Polaków wzruszyć. Niektóre z nich miałem okazję obejrzeć, a niektóre zostały uwiecznione przez R. na fotografiach.
    Ale nie tylko polskie akcenty interesowały mnie na Litwie. Zainteresował mnie też ten kraj sam w sobie. To, w jaki sposób to bardzo młode państwo (w swojej obecnej postaci istnieje dopiero 19. rok) się zorganizowało i jak funkcjonuje. W jaki sposób określiło swą tożsamość. Jacy są mieszkający tam ludzie.
    Patrzyłem na ludzi, zwłaszcza starszych, i myślałem, jak też oni przeżywają niepodległość? Czy cieszą się z niej, czy ich rozczarowuje, czy może niektórzy z tych najstarszych pamiętają niepodległą Litwę przedwojenną? Widziałem też sporo młodych ludzi, podobnych do swoich rówieśników w Polsce, dla których niepodległa Litwa to jedyny kraj, jaki pamiętają. Obecni nastolatkowie rodzili się już po 1990 roku, po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości, po nieudanym desancie wojsk radzieckich na wieżę telewizyjną w Wilnie. Dla nich niepodległość jest czymś oczywistym.
    Ale nie tylko ludziom się przyglądałem. Znakomita większość współczesnych budynków w Wilnie powstała przecież w czasach, gdy nie istniała niepodległa Litwa. Patrzyłem na socrealistyczne bloki i myślałem, że kiedy je budowano, ludzie, którzy się do nich wprowadzali, mieszkali w Litewskiej SRR i pewnie na myśl by im nie przyszło, że w tych samych blokach mieszkać będą już w niepodległej Litwie.
    Zaciekawił mnie też litewski język. Język tak różny od polskiego, ale zawierający też sporo podobnych słów. Język, w którym słowo dziękuję brzmi jak odgłos kichnięcia (ačiū, czyt.: acziu), a nazwa naszego kraju brzmi zupełnie niepodobnie do swojego polskiego odpowiednika (Lenkija). Poznałem jeszcze kilka słów po litewsku: vaistinė - apteka, gatvė - ulica, stotis - dworzec. Nauczyłem sie też mówić po litewsku “do widzenia”, czyli viso gero (czyt.: wi-so gia-ro).
    Litwa to też regionalna kuchnia, której nie mogliśmy nie spróbować. Przeprowadzaliśmy nawet selekcję lokali, gdzie jadaliśmy obiady, ze względu na cenę i oferowane dania. Jeśli nie było wyraźnie napisane, że oferuje dania kuchni litewskiej, to nie braliśmy takiego lokalu pod uwagę. Czym się konkretnie raczyliśmy, o tym będę pisał przy okazji zdawania relacji z poszczególnych dni.
    A na razie na zakończenie zamieszczam moje zdjęcie na tle flagi litewskiej trzepoczącej na szczycie Wieży Gedymina - symbolu Wilna i niepodległej Litwy.
Na Wieży Giedymina

Blog tematyczny

czwartek, 21 luty 2008

Podjąłem decyzję, że ten mój blog będzie blogiem tematycznym poświęconym moim turystycznym wyprawom. Jako pierwszą opiszę wycieczkę do Wilna. Opis OWRP 2006, który zacząłem w moim osobistym blogu, tam też dokończę.

Zmiany poszły w dobrym kierunku

środa, 20 luty 2008

    Zmiany w komentowaniu na Blox.pl poszły w kierunku, jaki jestem skłonny akceptować. Dlatego moja przeprowadzka raczej nie nastąpi. Ale ponieważ serwis mi się spodobał i nie chcę tracić tej miejscówki, więc spróbuję znaleźć jakieś zastosowanie dla tego bloga. Jeszcze nie wiem, jakie, ale wierzę, że coś wymyślę. Może będzie to fotoblog, a może jakiś blog tematyczny np. turystyczny? Zobaczymy.
    Dziś dodałem kilka kolejnych linków do blogrolla.

Grafika na bocznym pasku i CSS

wtorek, 12 luty 2008

    Kolejne upiększenie bloga i upodobnienie go do oryginału. Dodałem sobie na pasku bocznym ikonkę StronBlogger’a, którą dostałem za udział w maratonie blogowym. W końcu należy mi się ona, jak psu kość.
Przy okazji kolejny plus dla WordPressa za dobry FAQ (chociaż po anglikańsku, więc jak ktoś nie zna języka, to może mieć problem). :)
    Grzebałem też w CSS-ie. I choć bez opłaty nie mogę go sobie ustawić na stałe tak, jakbym chciał, ale przynajmniej mogę sobie gdzieś zapisać wersję, która mi będzie odpowiadać i jak się zdecyduję na wykupienie CSS-a, to będę miał gotowca. :)

 

Alleluja i do… tyłu!!!

poniedziałek, 11 luty 2008

    Właśnie odkryłem, że na WordPressie można modyfikować datę notki. To może nic wielkiego (choć w Blox.pl takich możliwości nie ma), ale odkryłem, że można notce ustawić datę sprzed powstania bloga! Co więcej, w blogu notki ustawiane są właśnie według tych dat.
    Co to dla mnie oznacza? Otóż to, że mogę sobie tutaj skopiować mojego bloga z Blox.pl w całości notka po notce i poustawiać notki tak, jak tam. Czyli znika kolejna przeszkoda w ewentualnych przenosinach. Chociaż przyznaję, że roboty z takim przenoszeniem miałbym dużo i dużo czasu by mi to zajęło. Ale sam fakt, że jest taka możliwość to świetna informacja dla mnie. :)

Pierwsze linki w blogrollu

poniedziałek, 11 luty 2008

    Dziś testowałem sobie blogroll. Podoba mi się zdecydowanie bardziej niż ten w Blox.pl. Wrzuciłem kilka pierwszych linków z mojego bloxowego bloga. Resztę będę umieszczał systematycznie w miarę posiadanego czasu i chęci.
    Dziś zauważyłem jeszcze jeden duży plus. Edytor notki w WordPressie pozwala Firefoxowi na sprawdzanie pisowni w trakcie tworzenia notki. To bardzo duże ułatwienie. Na Blox.pl tego nie mam, przez co czasem po kilka razy wracam do edycji notki, żeby ją odpluskwić z błędów, które zrobiłem, a umknęły mi wcześniej. Tutaj widzę, że takich problemów nie będzie.
    Chociaż… Wygląda na to, że nie zawsze błędy są podkreślone albo po jakimś czasie podkreślenie znika. Ale może to specyfika tego modułu do sprawdzania pisowni, a nie edytora w WordPressie.
    Przyszło mi też na myśl, że być może w Blox.pl, podobnie jak tutaj, jest narzędzie do sprawdzania pisowni zamieszczone w menu. Sprawdzę. Ale za leniwy jestem na to, żeby z takich udogodnień korzystać w sytuacji, gdy mam narzędzie, które sprawdza mi pisownię na bieżąco i nie muszę o nim nawet pamiętać. :)

Pierwsze koty za płoty

niedziela, 10 luty 2008

Na razie ujawniła się jedna wada pisania tutaj: trzeba zapłacić, żeby móc coś zmieniać w CSS-ie. A ja bym sobie coś pozmieniał, bo choć mój szablon nawet mi się podoba, to wprowadziłbym i tak do niego pewne zmiany. Ale z drugiej strony mam konto pocztowe, za które płacę i nie uważam tego za dolegliwość. Pewnie jeśli zdecyduję się tutaj zostać, to zapłacę te 10$ i dopasuję sobie szablon.
Mam też jeszcze jeden kłopot. Nie mogę wciągnąć blogrolla z mojego bloxowego bloga. Wyeksportowałem go, jak trzeba. Wciągnąłem zgodnie ze wskazówkami i… nic. Przyjdzie przepisywać ręcznie. A nie bardzo mi się chce. :)

1,2,3… wpis próbny

sobota, 9 luty 2008

Po ponad roku blogowania na Blox.pl postanowiłem sprawdzić, jak to się robi u konkurencji. Blox nadwyrężył moją cierpliwość i choć z natury jestem leniwy udało im się skłonić mnie do rozważenia możliwości przeprowadzki. Zanim się na nią zdecyduję (jeśli w ogóle) chcę wypróbować inne platformy blogowe i dlatego jestem tutaj. Może zostanę na dłużej, a może nie. Okaże się. A mój bloxowy blog na razie jest jeszcze tutaj:

http://romanj.blox.pl